Znalazłoby się kilka klubów, które chciałyby mieć w pierwszym składzie takiego bramkarza, jakiego Manchester United przez lata trzymał na ławce rezerwowych. David de Gea nie jest gościem, z którym ktokolwiek chciałby rywalizować o miejsce w składzie, ale Sergio Romero, odchodząc z Old Trafford, może czuć lekki niedosyt.

Wszystko może skończyć się tak, jak się zaczęło. Czerwone Diabły szukają klubu, który chciałby pozyskać Argentyńczyka już teraz, lecz bardzo prawdopodobne, że opuści klub latem, wraz z wygaśnięciem obecnej umowy. Ole Gunnar Solskjaer potwierdził już bowiem, że nie zostanie ona przedłużona. I choć na Old Trafford również trafił za darmo, miał szanse odegrać tam dużą rolę.

Kiedy przyleciał do Anglii z Sampdorii, Louis van Gaal dobrze wiedział, czego może od niego oczekiwać. Romero był podstawowym zawodnikiem Holendra, kiedy sięgali wspólnie po mistrzostwo Holandii z AZ Alkmaar. Docelowo jego zadaniem było zastąpienie Victora Valdesa jako drugiego bramkarza. Menedżer szukał jednak takiego golkipera, który umiejętnościami pasuje do wyjściowej jedenastki wielkiego klubu, jakim jest Manchester United.

Przy okazji podpisania kontraktu z Romero, van Gaal mówił o konieczności przygotowania się na zagrożenie, którym jest odejście de Gei do Realu Madryt. Czy przez chęć udowodnienia czegoś, czy przez problemy z faksem, Hiszpan nadal staje między słupkami Czerwonych Diabłów. Gdyby wszystkie sprawy załatwiane były elektronicznie, historia Argentyńczyka mogła wyglądać zupełnie inaczej.

Mimo dopisania sobie do dorobku Ligi Europy, Pucharu Ligi, Pucharu Anglii i Superpucharu Anglii, 33-latek przez blisko 6 lat pozostawał więc tylko rezerwowym bramkarzem. Czy w pewnym momencie najlepszym drugim wyborem na świecie? Moim zdaniem tak. Teraz jest jednak już 3. w kolejce do gry, a w takim gronie lepszego na pewno nie znajdziecie.

Od początku skazany na bycie dwójką

Niecałe dwa tygodnie po ogłoszeniu podpisania umowy, Romero dostał szansę debiutu. Na inaugurację ligi zachował czyste konto z Tottenhamem. Później, w kolejnych 5 meczach rozegranych w sierpniu, ta sztuka udała mu się 3-krotnie. Z Argentyńczykiem w składzie Manchester United nie przegrał żadnego z 6 otwierających sezon meczów (Tottenham, Newcastle, Aston Villa, Swansea, 2x Club Brugge). Marzenia o pierwszym składzie zgasły kiedy tylko skończyło się letnie okienko transferowe, a wraz z nim saga de Gea-Real Madryt.

Mimo dobrego startu już na początku swojej przygody w Anglii, do końca kampanii wybiegł na boisko już tylko 7 razy. I to licząc 3 mecze w drużynie U23. W Lidze Mistrzów nie dostał żadnej szansy, po spadku do Ligi Europy zagrał dwa mecze z FC Midjtylland. Kiedy jednak ekipa van Gaala trafiła na Liverpool, w dwumeczu bronił de Gea.

Sygnał wysłany wtedy Argentyńczykowi miał utrzymać się do końca jego pobytu na Old Trafford. Dostawał minuty praktycznie tylko wtedy, gdy podstawowy golkiper nie mógł grać. Wyniki i jego dobra forma nie miały za to realnego wpływu na to, czy w kolejnych spotkaniach też pojawi się między słupkami. Na mocniejszych przeciwników będzie musiał robić miejsce swojemu rywalowi, choć wywalczył awans, będąc z drużyną na murawie.

Nie mógł zrobić nic więcej

Mając za rywala takiego kozaka, jakim jest de Gea, wywalczenie składu może okazać się najtrudniejszym zadaniem w karierze. Nie można winić klubu za to, że konsekwentnie stawia na sprowadzonego z Atletico piłkarza. To w końcu jedna z najważniejszych i prawdopodobnie najlepiej grająca postać czerwonej części miasta ostatnich kilku lat. Były jednak momenty, kiedy Hiszpan przeżywał małe kryzysy. Argentyńczyk nawet wtedy nie dostawał jednak okazji do regularnej gry.

Najwięcej występów w trykocie z diabełkiem na piersi Romero rozegrał pod wodzą Jose Mourinho, kiedy klub sięgnął po Ligę Europy. Dzięki niemu w sezonie 2016/17 Argentyńczyk mógł poczuć się ważną częścią ekipy, która wywiozła z finału w Sztokholmie złoto. Poza rozgrywkami międzynarodowymi nie mógł liczyć na więcej. De Gea królował w lidze, a w krajowych pucharach grał tylko do pewnego momentu. Kiedy tylko przyszedł czas na cięższego rywala (w FA Cup przeciwko Chelsea po 3 wygranych z rzędu, w Carabao przeciwko Manchesterowi City po zwycięstwie z niżej notowanym Northampton), siadał na ławce.

Nikt nie zabierze mu jednak tego, że był numerem jeden w prawdopodobnie największym sukcesie United od czasów sir Aleksa Fergusona. Ten jeden raz udało się zdobyć trofeum na arenie międzynarodowej. Dodatkowo dało ono awans do Ligi Mistrzów, czego piłkarze nie wywalczyli sobie, zajmując dopiero 6. miejsce w lidze.

Z biegiem lat nic się nie zmieniało. Romero grał ze słabszymi, aby Hiszpan mógł odpocząć. W ubiegłej kampanii Solskjaer poszedł śladami The Special One i pozwolił mu rozegrać niemal całą Ligę Europy. Sukcesu nie udało się powtórzyć, bo Manchester United przegrał półfinał z późniejszym tryumfatorem, Sevillą. Nie zmienia to faktu, że bramkarz kolejny raz pokazał się z dobrej strony i wykręcił niesamowite statystyki.

Romero rezerwowym, którego chciałby każdy menedżer

Już na początku wspominałem, że sporo klubów chciałoby go w pierwszym składzie. Gdyby ktoś nie znał sytuacji Romero w United i włączył któryś z jego występów w barwach United, mógłby mieć problem z odgadnięciem, że jest on tylko zmiennikiem. Jego występy wyglądały tak, jakby zupełnie nie przeszkadzał mu brak rytmu meczowego.

Sukces w Lidze Europy, choć zbudowany na zwycięstwach z klubami mniejszymi od tego z Old Trafford, nie był czymś, co postawilibyśmy przed sezonem w ciemno. Defensywa do dzisiaj potrafi przysporzyć kibicom ból głowy, a i tak jest w nieporównywalnie lepszej dyspozycji, niż miało to miejsce w poprzednich latach. Argentyńczyk jakby zdawał sobie z tego sprawę, bo mnóstwo groźnych sytuacji uratował swoimi decyzjami. Częstym widokiem były jego wyjścia na przedpole, czy nawet skraj pola karnego. Do tego stałym elementem w je