Niespełna dwa tygodnie temu Jamie Vardy świętował 10 lat w Leicester City. A co Anglik robił 10 lat wcześniej, zanim trafił na King Power Stadium? W 2002 roku podjął pierwszą, nieudaną próbę wkroczenia w świat profesjonalnego futbolu. Młody Jamie nie załamał się po tym, jak został odrzucony przez klub, któremu kibicował od dziecka. Nie zniechęciła go również praca w fabryce oraz problemy z kręgosłupem. Historia Jamiego Vardy’ego, choć niewiarygodna, może być wzorem dla każdego, kto mimo przeciwności losu pragnie spełniać swoje marzenia.

Droga na szczyt napastnika Leicester to materiał na naprawdę dobry film. Zresztą mało brakowało, aby właśnie do tego doszło. Historią Vardy’ego interesował się zresztą nie byle kto, bo reżyser kultowego filmu Goal! — Adrian Butchart. W końcu nie każdy piłkarz po zaledwie roku gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym, zyskuje taką popularność, że jego twarz ląduje na paczce chipsów. Vardy Salted, bo tak nazywał się ich smak, zostały wyprodukowane w zaledwie 32 000 egzemplarzy i rozdane kibicom podczas meczu Leicester — Chelsea w grudniu 2015 roku. Obecnie na eBayu wciąż można znaleźć pojedyncze paczki. Cena? Przeszło 100 złotych.

Własne Walkersy, multum pobitych rekordów i cudowna historia napisana z Leicester City jak na razie przyczyniły się jedynie do powstania autobiografii i kilku amatorskich dokumentów. Dekada Vardy’ego w drużynie Lisów to zatem doskonała okazja, aby przybliżyć historię jednego z najlepszych angielskich napastników w XXI wieku.

U nas miejsca nie znajdziesz!

Jamie Vardy to typowy chłopak, który od małego ganiał za piłką. Po latach odbijania futbolówki przed domem, Anglik postanowił spróbować swoich sił w lokalnej drużynie. W wieku 15 lat trafił więc do Sheffield Wednesday, na którego mecze chodził niemal od urodzenia. Oglądając The Owls występujące wówczas w najwyższej klasie rozgrywkowej, Vardy podziwiał Nigela Pearsona — swojego późniejszego trenera, który być może zaważył na jego przyszłości. Ale o tym za chwilę.

Historia 35-latka byłaby za prosta, gdyby tak po prostu udało mu się w Sheffield. Po niespełna roku gry w juniorskich zespołach, Anglik został odrzucony ze względu na warunki fizyczne. Trenerzy stwierdzili, że Vardy jest po prostu zbyt wątły i nie poradzi sobie w rywalizacji na najwyższym poziomie.

Kiedy Sheffield mnie odrzuciło, bo byłem za mały, naprawdę cierpiałem. To był jeden z powodów, dla których zrezygnowałem [z gry w piłkę]. Myślałem, że nigdy nie zostanę zawodowym piłkarzem. Po tym jak zostałem wyrzucony, przestałem grać na pewien czas. To był najgorszy moment w całej mojej karierze. Ciężko było to zaakceptować — wspominał w swojej autobiografii Vardy.

Praca na dwa etaty

Po nieudanej przygodzie w Sheffield, Jamie Vardy znalazł swoje miejsce w Stocksbridge Park Steels, grającym wtedy w ósmej lidze. Za znalezienie się w składzie drużyny na mecz, piłkarze otrzymywali wynagrodzenie w wysokości 30 funtów i był to jedyny sposób na zarobek w klubie. 

Nie trudno się więc domyślić, że nie starczało to na potrzeby nastolatka. Mecze i treningi Vardy zaczął dzielić z pracą w fabryce, gdzie wytwarzane były szyny medyczne oraz kule ortopedyczne. Praca była naprawdę ciężka, a codzienne 12-godzinne zmiany dały się we znaki plecom Anglika. Po dziś dzień snajper Lisów zmaga się z bólem kręgosłupa.

Musieliśmy wkładać dużo ciężkich rzeczy do pieców, a półki, na które odkładaliśmy rzeczy były o wiele wyższe niż mój wzrost. Kiedy robisz to na co dzień i podnosisz około 100 razy dziennie, to szkodzi plecom — opowiada Anglik.

Jednak to nie powstrzymało mnie od gry w piłkę. Dzień wcześniej rozgrywałem mecz, a następnego poranka dzwoniłem do pracy i mówiłem, że jestem kontuzjowany, żeby dostać wolne — możemy przeczytać w książce Jamie Vardy: From Nowhere, My Story.

Kłopoty z prawem

Okres gry dla Stocksbridge nie był najlepszym czasem w życiu Vardy’ego. Anglikowi ciężko było pogodzić rywalizację w klubie i wycieńczającą pracę, dlatego, kiedy już miał wolną chwilę, to korzystał z niej 'na maksa’. Niestety takie zachowanie również niosło za sobą konsekwencje i odbijało się na grze w piłkę. Pewnego razu Vardy został złapany przez policję, po tym jak pod jednym z klubów wdał się w bójkę. Jak tłumaczył, stanął wtedy w obronie swojego kolegi, który padł ofiarą złośliwych żartów.

Pewnej nocy wyszedłem z przyjacielem, który nosił aparat słuchowy. Dwóch chłopaków bez powodu uznało, że byłoby zabawnie go uderzyć i zaatakować. Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem, ale wstawiłem się za nim i broniłem go, jak każdego kumpla. Skończyło się na tym, że wpadłem w małe kłopoty.

Policjanci nie byli wyrozumiali, a Jamiego nie ominęła kara. Przez pół roku Anglik był zmuszony grać i pracować z opaską, która śledziła jego lokalizację. Taki elektroniczny chip często stosowany jest w przypadku warunkowego zwolnienia z aresztu, bądź kiedy osadzony wyjdzie za kaucją. W przypadku Vardy’ego ograniczał on możliwość opuszczania domu po godzinie 18:00. Jak wspomina napastnik Leicester, często sprawiało to niemałe kłopoty w kontekście rozgrywania meczów.

Mogłem grać w piłkę, ale czasami musiałem przeskakiwać przez płoty i wsiadać do samochodu, żeby wrócić i nie przekroczyć wyznaczonej godziny.

Kiedy mecze na wyjeździe były zbyt długie, mogłem zagrać tylko godzinę. Musiałem zejść z boiska, mając nadzieję, że wygramy i wskoczyć prosto do samochodu, żeby zdążyć wrócić do domu — wspomina Anglik.

Co by jednak nie mówić, Vardy zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii Stocksbridge Park Steels. W 107 meczach Anglik zdobył 66 bramek i wprowadził klub do siódmej ligi. Poza tym, w obliczu nieprzyjemnej i krótkiej przygody w Sheffield Wednesday, możemy uznawać Stocksbridge za drużynę, z której wypłynął na głębokie wody. O tym, jak ważną postacią dla całej społeczności The Steels niech świadczy fakt, że w 2016 roku jedna z trybun na Bracken Moor — stadionie klubu — została nazwana właśnie na cześć napastnika Leicester.

Pierwsze transfery i porzucenie pracy

Po blisko 8 latach gry dla Stocksbridge Vardy przeniósł się do FC Halifax Town. Ówczesny menedżer drużyny był wielkim fanem talentu Jamiego i ostatecznie w 2010 roku udało mu się sprowadzić do klubu napastnika za kwotę 15 000 funtów. Transfer do drużyny prowadzonej przez Neila Aspina okazał się dla Anglika prawdziwą trampoliną. Zaledwie dwa lata później Jamie Vardy podpisywał już kontrakt z Leicester. Lisy grały wtedy co prawda w Championship, jednak przeskok z amatorskiej szóstej ligi na zaplecze angielskiej ekstraklasy w zaledwie dwa sezony jest co najmniej imponujący.

Przygoda w Halifax potrwała zaledwie rok. Z Vardym w wyjściowym składzie drużyna zdołała zająć 1. miejsce w lidze, a o Anglika zaczęły zabiegać inne drużyny. W tamtym momencie napastnik Lisów postanowił zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Ze względu na wciąż doskwierający ból pleców i możliwość rozwoju na szczeblu piłkarskim, Vardy porzucił pracę w fabryce.

Doszło do momentu, kiedy moje plecy po prostu nie chciały współpracować. Pomyślałem sobie, że to odpowiednia chwila, żeby powiedzieć sobie ‘Nie możesz robić tego więcej’. Więc złożyłem wypowiedzenie i zdecydowałem się żyć z pieniędzy zarobionych na piłce. Na szczęście trzy dni później zgłosiło się po mnie Fleetwood — komentował Anglik.

Kolejny transfer to kolejny przeskok o jeden poziom rozgrywkowy wyżej i zaledwie jeden rok gry w nowych barwach. W Fleetwood Vardy szybko ustabilizował swoją markę i kwestią czasu było, kiedy sięgnie po niego klub z wyższej ligi. W sezonie 2011/2012 Jamie Vardy pomógł drużynie w wywalczeniu awansu. Przy okazji został królem strzelców, zdobywając 31 bramek w 46 meczach. Fleetwood następny sezon rozpoczyna więc w 4. lidze, a Vardy stał się pierwszym w historii zawodnikiem spoza Football League, za którego zapłacono milion funtów. Wraz z ekipą Leicester City Vardy miał walczyć o awans do angielskiej elity. Zaledwie dwa lata po tym, jak z Halifax triumfował na siódmym poziomie rozgrywkowym.

Ciężkie początki

W Leicester nie wszystko układało się jednak od razu po myśli Vardy’ego. Pierwszy sezon w nowym klubie nie zakończył się awansem, a bohater dzisiejszego tekstu nie mógł odnaleźć się w realiach Championship. Co prawda w pierwszych 10 kolejkach zanotował trzy bramki i trzy asysty, jednak przez resztę sezonu dołożył do tego dorobku zaledwie jednego gola i asystę. W tamtym czasie Vardy był bardzo bliski zrezygnowania z gry na King Power Stadium. Jak możemy wyczytać w angielskiej prasie, napastnik żądał wypożyczenia do Fleetwood. Rozważał nawet definitywne zakończenie poważnej kariery i skok na kasę wybierając klub na Ibizie. Od tego pomysłu miał odwieść go Nigel Pearson, który był szkoleniowcem Lisów. Anglik namówił snajpera na pozostanie w klubie i trzeba przyznać, że jest to jeden z największych sukcesów w jego karierze.

Już w następnym sezonie Leicester wygrało rozgrywki i awansowało do Premier League. Kluczową rolę w wygraniu mistrzostwa odegrał wówczas 26-letni Vardy. Razem z Davidem Nugentem stanowili o sile ataku Leicester. Duet napastników strzelił w tamtym sezonie 36 goli, a do tego panowie dołożyli 15 asyst. Lisy zakończyły sezon zdobywając 102 punkty, a Jamie Vardy został wybrany przez swoich kolegów najlepszym zawodnikiem kampanii.

Od wielkiej ucieczki po najbardziej sensacyjne mistrzostwo Anglii w dziejach futbolu

Opowiadając dzieje Jamiego Vardy’ego nie sposób nie zahaczyć o nieprawdopodobną historię Leicester City. Aby jak najlepiej zrozumieć fenomen wygranego przez ekipę Claudio Ranieriego mistrzostwa Anglii, musimy cofnąć się jeszcze do sezonu 2014/2015. Lisy nie zaliczyły wcale gładkiego wejścia do angielskiej ekstraklasy i niech 14. pozycja, jaką zajęli na koniec rozgrywek, nikogo nie zmyli. Może i Nigel Pearson nie jest najlepszym szkoleniowcem, jakiego mogliśmy obserwować, jednak do historii przeszedł za sprawą doprawdy spektakularnego wyczynu. Pod jego wodzą Lisy zostały bohaterem jednej z największych ucieczek, jakie mogliśmy oglądać w całej Premier League.

Po 30. kolejkach drużyna z King Power Stadium szorowała dno tabeli. Od początku sezonu udało im się zgromadzić zaledwie 19 oczek. Później nadeszło ikoniczne już dzisiaj dziewięć ostatnich kolejek sezonu, w których zespół Leicester wygrał aż siedem spotkań i zgromadził 22 punkty. Taki dorobek spokojnie wystarczał na pozostanie w lidze, a niemały udział miał w tym Vardy. Właściwie Anglik zaczął wchodzić na obroty już w meczu poprzedzającym tę wspaniałą passę. Spotkanie z Tottenhamem zakończył wtedy z golem i asystą, jednak drużyna Pearsona uległa Kogutom 4-3.  Od tamtego momentu napastnik Leicester zdobył łącznie 4 bramki i 4 asysty, co stanowiło ponad połowę jego dorobku w całej kampanii. 

Leicester City mistrzem Anglii

Wszyscy już wiemy, jakie wydarzenia miały miejsce później. Po dokonaniu z Leicester niemożliwego Pearson opuścił klub. Jego miejsce zajął Claudio Ranieri, który o stokroć przebił wyczyn swojego poprzednika. Nadal ciężko uwierzyć w to, że drużyna broniąca się przed spadkiem sezon wcześniej, wygrała mistrzostwo Anglii. Nie wiem, czy taka sytuacja ma prawo powtórzyć się jeszcze raz, jednak nawet jeśli, to z pewnością przyjdzie nam na nią czekać naprawdę długo. Wygranie najlepszej ligi na świecie zaledwie dwa sezony po awansie i zaledwie sezon po tym, jak cudem uniknęło się spadku, to po prostu ewenement na skalę globalną. Jak oszacował m.in. portal Independent, angielscy bukmacherzy na triumfie Leicester stracili blisko 25 milionów funtów. Przed sezonem szanse na zdobycie mistrzostwa przez Lisy były oceniane na 5000/1. Prawdopodobnie każdy fan Premier League kojarzy to legendarne wideo, kiedy piłkarze Leicester razem z Marcinem Wasilewskim podczas imprezy w domu Vardy’ego eksplodują ze szczęścia, po tym, jak Chelsea doprowadziła do remisu i tym samym pozbawiła Spurs szans na mistrzostwo.

Był to wspaniały sezon dla wszystkich zawodników Leicester, jednak my skupimy się na dzisiejszym bohaterze. A jest o czym opowiadać. Przede wszystkim Jamie Vardy pobił rekord od wielu lat dzierżony przez Ruuda van Nistelrooya. Na przełomie sezonów 2002/2003 i 2003/2004 Holender zanotował passę 10 kolejnych meczów z co najmniej jedną strzeloną bramką w Premier League. Napastnik Leicester nie dość, że ustanowił nowy rekord, to w dodatku zrobił to na przestrzeni jednego sezonu. Strzelanie zaczął w czwartej kolejce, w meczu przeciwko Bournemouth, a zakończył w kolejce numer 14, kiedy przeciwnikiem Lisów był Manchester United. Mimo tego fenomenalnego sukcesu Vardy’emu nie było dane wygrać złotego buta — wówczas raptem o jedno trafienie prześcignął go Kane, który znalazł drogę do siatki 25 razy.

Czy Jamie Vardy to człowiek na jakiego kreują go media?

Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile wspólnego z prawdą mają te wszystkie historie na temat napastnika Leicester, o których słyszymy od lat? Red Bull, tytoń do żucia i bycie największym żartownisiem w drużynie. Jeśli jesteście ciekawi, to spieszę z odpowiedzią. Wszystkie są jak najbardziej prawdziwe.

Swego czasu miałem okazję pracować w jednym z większych hoteli w stolicy, w którym ekipa Leicester zatrzymała się przed meczem z Legią Warszawa. Spotkało mnie jeszcze większe szczęście, kiedy menedżer przydzielił mnie do zajmowania się drużyną rywali Wojskowych. Miałem więc niemal jeden pełny dzień, aby przyjrzeć się piłkarzom z bliska, poznać ich przedmeczowe nawyki i zobaczyć jak to jest, kiedy są totalnie wolni od kamer i całej tej otoczki.

Jak było naprawdę?

Jamie zdecydowanie nie zawiódł moich oczekiwań. Anglik zawitał do sali śniadaniowej z samego rana, jako jeden z pierwszych zawodników. W ręku oczywiście miał już przygotowaną puszkę Red Bulla. Prawdopodobnie już drugą, bo w dniu meczu pierwszą zwykł pijać od razu po przebudzeniu. Oczywiście napoju nie ruszył, dopóki klubowy kucharz nie przygotował mu omleta z serem i szynką, który jest podstawą diety 35-latka. W miarę upływu czasu stolik, przy którym usiadł Vardy, zaczął się zapełniać. W końcu, z 10-osobowego, gracze byłego Mistrza Anglii urządzili sobie co najmniej dwa razy taki i ani myśleli przestać biesiadować. Z części sali, gdzie byli ulokowani, coraz słychać było głośne rozmowy i żarty. Mnie szczególnie zapadł w pamięci temat o Kelechim Iheanacho. Nigeryjczyk ze względu na zamieszanie z dokumentami w ostatniej chwili musiał cofnąć się na lotnisku i ostatecznie nie przyleciał wraz z drużyną do Polski. Anglik nie odpuścił takiej okazji i przynajmniej raz na kilka minut wtrącał jakiś sytuacyjny żart związany z absencją 25-latka.

Oczywiście nie mogło zabraknąć też tytoniu do żucia. Jamie chętnie dzielił się nim z innymi kolegami z drużyny, którzy wcale nie odmawiali. Mały plastikowy krążek wędrował więc po wszystkich częściach stołu, a po sali uniosła się intensywna miętowa woń. Co ciekawe tytoń, z jakiego korzysta, a przynajmniej korzystał 35-latek podczas pobytu w Warszawie, pochodzi ze Szwecji. Nie jest dostępny do kupienia ani w Anglii, ani w Polsce. 

Aby polubić Jamiego Vardy’ego wystarczyła właściwie chwila. Kiedy nie było obok niego kolegów z drużyny, ciągle podśpiewywał, później nakręcał rozmowę, a na koniec zaczął puszczać stare muzyczne hity, które sam śpiewał. Anglik nie odpuścił również okazji na zagadanie do pracowników i wypróbowania swoich umiejętności języka polskiego. Jeśli go kiedyś spotkacie, dam wam dobrą radę. Nigdy nie pytajcie Vardy’ego, jak wymówić 'pomarańcza’.

Ani słowa o emeryturze

Po spektakularnym mistrzostwie z Leicester Vardy po dziś dzień zachwyca nas na boiskach Premier League. W lipcu 2020 roku Anglik został członkiem Klubu 100 – czyli wąskiego grona piłkarzy, którzy zdobyli w angielskiej ekstraklasie minimum 100 bramek. W tym samym sezonie dopiął tego, czego nie udało mu się podczas kampanii mistrzowskiej i został królem strzelców Premier League. Przy okazji dokonując tego w wieku 33 lat, stał się najstarszym zawodnikiem, któremu udało się to osiągnąć. Po drodze snajper Lisów zaliczył też wyjazd z kadrą na EURO 2016 i Mistrzostwa Świata w Rosji w 2018 roku. Później zrezygnował jednak z gry w reprezentacji, co tłumaczył chęcią zrobienia miejsca dla młodych, utalentowanych napastników. Przyczyna była jeszcze jedna. Jamie Vardy nie wyobraża sobie końca kariery. Nie wyobraża sobie siebie bez Leicester