Jeszcze kilka lat temu Gabriel Martinelli tułał się po odmętach brazylijskiego futbolu, będąc zawodnikiem Ituano FC, a później odbijał się od europejskich gigantów takich jak Manchester United czy FC Barcelona. Dzisiaj to reprezentant swojego kraju i jeden z najważniejszych graczy w układance Arsenalu, który pierwszy raz od niepamiętnych czasów pewnie zmierza po mistrzostwo Anglii.  Jaka historia kryje się za sukcesem Martinelliego?

Mimo że do tej pory 21-latek nie odegrał znaczącej roli w swojej drużynie narodowej, to nie możemy zapomnieć o tym, że jest częścią składu na wielkim mundialu. W przypadku innych reprezentacji zawodnik Arsenalu z pewnością byłby murowanym kandydatem do otrzymania powołania, jednak jeśli mówimy o Canarinhos, to wyjazdu nie można być pewnym niemal do ostatniej chwili.

Początki w Corinthians

Przygoda Martinelliego zaczęła się w wieku 6 lat i szczęśliwie młodzian wystartował od razu z wysokiego C. Co najważniejsze trafił do jednego z najlepszych klubów w Brazylii. Warto zauważyć, że na samym początku nie znalazł się w sekcji piłkarskiej, a futsalowej. To z pewnością wpłynęło na jego nienaganną technikę, co zaowocowało, kiedy zmieniał halę na boisko trawiaste. Duży klub wiązał się jednak z dużymi wymaganiami, które młody chłopak nie koniecznie chciał spełniać. Tu poznajemy jednak kogoś, kto zawsze trzymał Gabriela w ryzach. Ogromną rolę w piłkarskim rozwoju piłkarza Arsenalu, odegrał jego ojciec. Martinelli bez skrupułów przyznaje to w rozmowie z The Players Tribune, z której będą pochodziły wykorzystywane przeze mnie cytaty.

Nie zrozumiesz mojej historii, nie wiedząc nic o moim ojcu, João. Jest tak samo zainteresowany moją karierą, jak ja. Kiedy byłem dzieckiem, postanowił zabrać mnie na testy do Corinthians, kiedy miałem sześć lat. […] Chciał [ojciec] być zawodowcem, ale mu nie wyszło, a teraz pragnął, żebym ja sobie poradził.

Mój ojciec dużo gadał. Zwykł mówić, że wykorzystałem tylko 10% jego potencjału. Mówił: 'Nie ma żadnych filmików, nie ma zdjęć, nie możesz powiedzieć, że to nieprawda’. Podobno dużo biegał, wiem to od niego. Często powtarzał mi: 'Są dni, kiedy nie będziesz grał dobrze, gdy piłka odbije Ci się od piszczeli, ale kiedy biegasz, wciąż możesz dać coś swojej drużynie’. To była dobra lekcja. Zawsze go słuchałem.

Mimo zapału ojca, syn nie od razu podzielał podobny entuzjazm do zawodowego grania w piłkę.

Po prostu chciałem się dobrze bawić. Nie myślałem o tym, by zostać profesjonalnym piłkarzem. To znaczy, może, kiedy oglądałem Mistrzostwa Świata, marzyłem o tym. […] Oglądasz Selecão i wyobrażasz sobie założenie tej koszulki na mundialu.

Ale przede wszystkim chciałem po prostu grać. Kiedy miałem 10 czy 11 lat grałem dla Corinthians, w szkole, a także w klubach z niższych lig, w których mój ojciec miał znajomych. Czasami potrafiłem zagrać trzy mecze jednego dnia. Moi rodzice spędzali całe weekendy na wożeniu mnie dookoła. Poświęcili się tak bardzo, że prawie nie mieli własnego życia — wspomina zawodnik Kanonierów.

Przeprowadzka, która zdefiniowała przyszłość Martinelliego

Niedawno na stronie ukazał się artykuł opowiadający historię innego Brazylijczyka — Antony’ego. Dlaczego nawiązuje do tamtego tekstu? Aby pokazać, jak duży jest kontrast pomiędzy historiami obu panów — zwłaszcza na początku kariery piłkarskiej. Gracz Manchesteru United musiał liczyć na to, że ktoś wypatrzy go pośród jednej z najgorszych faweli w Brazylii. Tymczasem w podobnym wieku Martinelli miał już swojego własnego agenta, a także kontrolującego wszystko ojca.

W 2015 roku rodzina zawodnika Arsenalu przeprowadziła się do Itu — miasta oddalonego o 100 kilometrów od rodzinnej miejscowości 21-latka. W związku ze zmianą miejsca zamieszkania Martinelli zmuszony był również zmienić klub. Z prestiżowego Corinthians trafił do wspomnianego na początku Ituano FC. Mimo przenosin do drużyny o znacznie niższych standardach, to właśnie wtedy bohater tekstu zrozumiał, że piłka nożna to coś, z czym chce związać swoją przyszłość.

Podczas pobytu w Ituano Martinelli wciąż stawał się coraz lepszym zawodnikiem. W końcu na młodego gracza zaczęły zwracać uwagę kluby z Europy. Najpoważniej zainteresowany usługami 17-letniego wówczas piłkarza był Manchester United. Jak wspomina Brazylijczyk, odbył w Manchesterze kilka testów i był przekonany, że pokazał się z naprawdę dobrej strony, wystarczająco dobrej, aby już wtedy przenieść się do Anglii. Niestety trenerzy młodzieżowej drużyny Czerwonych Diabłów nie zdecydowali się na zakontraktowanie Martinelliego i jak wspomina piłkarz, nie chodziło o wiek, a o całokształt.

Niedługo po testach na Old Trafford przyszła pora na kolejny sprawdzian umiejętności, tym razem w FC Barcelonie. Blaugrana również nie podjęła decyzji o ściągnięciu do siebie zawodnika Ituano. Po nieudanym podboju Europy Martinelli wrócił więc do ojczyzny, gdzie rozegrał owocny sezon, po którym zapytania zaczęły składać kolejne drużyny.

Pojawiły się nowe oferty. Kiedy Rafael [agent piłkarza] powiedział mi, że Arsenal mnie chce, nie zastanawiałam się długo. Zapytałam ojca: 'Co o tym myślisz?’ Odpowiedział: 'Jedźmy do Londynu’. To najlepszy ruch, jaki kiedykolwiek wykonaliśmy.

Samotność największym wrogiem na początku przygody w Anglii

2 lipca 2019 roku Arsenal ogłosił pozyskanie Martinelliego. Brazylijczyk przeniósł się na Emirates Stadium za niewielką jak na realia rynku transferowego kwotę 6 milionów funtów. Mimo wymarzonego transferu nie wszystko układało się od razu po myśli 21-latka. Proces aklimatyzacji nie należał do najłatwiejszych, a największą barierą, jaką przywołuje gracz Kanonierów, był oczywiście brak znajomości języka angielskiego. W dodatku na światło dzienne zaczęły wychodzić lęki z dzieciństwa, które objawiły się wraz ze zmianami towarzyszącymi wyprowadzce z domu rodzinnego.

Kiedy przyjechałem do Londynu w 2019 roku, nie miałem pojęcia o niczym. Nie mogłem nawet spać. Moi rodzice i Rafael przyszli ze mną na początku, ale czasami musiałem spać sam w domu… Nigdy nie byłem w stanie tego zrobić. Jako dziecko, spałem z rodzicami, bo mieliśmy tylko jedną sypialnię. Kiedy przeprowadziliśmy się do Itu, bałem się spać sam. Nawet teraz potrzebuję kogoś w domu. Kiedy spałem sam, kończyło się to na całonocnej rozmowie telefonicznej z moją dziewczyną. To nie są żarty. Nawet w ciągu dnia nie lubię być sam.

Nie mogłem też prowadzić. Trzeba mówić po angielsku, żeby otrzymać prawo jazdy, a kiedy nauczyłem się mówić wystarczająco dobrze, pandemia przesunęła wszystkie testy. Spędziłem dwa lata łapiąc taksówki albo zamawiając Ubera. Wiesz, kto mnie uratował? Emi Martínez. Co za facet! Mieszkał 10 minut od mojego domu, więc zabierał mnie na trening i na stadion. Czasami odbieraliśmy też Daniego Ceballosa. Emi [Martínez] zawsze starał się wszystkim pomóc. Raz nawet spędziłam Sylwestra w jego domu z rodziną.

Kontuzja goni kontuzję

Debiutancki sezon w barwach Arsenalu przebiegł dość spokojnie i pomyślnie. Do pewnego momentu. Brazylijczyk zdołał rozegrać w kampanii 2019/2020 26 spotkań, w których zdobył 10 bramek i dorzucił 4 asysty. Niestety w czerwcu doznał fatalnej kontuzji, która wykluczyła go z gry niemal do końca roku.  Podczas jednego z treningów 21-latek poczuł ból w lewym kolanie. Jak się później okazało, piłkarz uszkodził chrząstkę, co wiązało się z koniecznością przeprowadzenia zabiegu.

Zalałem się łzami. Nie mogłem w to uwierzyć. Kiedyś skręciłem kostkę, ale to [kontuzja chrząstki] było pół roku bez robienia tego, co kocham. Nie mogłem nawet obciążyć stopy. Ale po tygodniu pomyślałem: 'Hej, nie ma sensu płakać. Idziemy dalej’.

Cieszę się, że wykorzystałem szansę, kiedy ją dostałem. Znacznie poprawiłe