Polskie przygody z angielską ekstraklasą

Na Polaka w Premier League nie trzeba zwykle długo czekać. Czy to Tomek Kuszczak, czy Jurek Dudek, Łukasz Fabiański, Wojtek Szczęsny i Artur Boruc. Ale zaraz, zaraz. To sami bramkarze. A co z zawodnikami z pola? Czy Marcin Wasilewski i Bartek Kapustka to “białe kruki” w Anglii? Czy polska piłka w angielskiej ekstraklasie tylko bramkarzami stała? Okazuje się, że nie. 

Szlak dla naszych rodaków przetarł już w 1972 roku Manny Andruszewski. Obrońca z Orzełkiem na piersi nie występował, bo choć jego rodzice byli Polakami, to sam piłkarz urodził się i wychował na Wyspach. Tam też zrobił największą karierę. Zadebiutował w drużynie Southampton i to właśnie ze Świętymi kojarzony jest najbardziej. Zaliczył dla nich w sumie blisko 100 występów zarówno w drugiej, jak i pierwszej ówczesnej angielskiej dywizji. Później pograł jeszcze w Aldershot, które nigdy na tak wysokim szczeblu nie było, a na koniec wyjechał do Stanów gdzie zakończył karierę.

Sześć lat od debiutu Andruszewskiego do najwyższej klasy rozgrywkowej zaczęli pukać inni zawodnicy z Polski. Tym razem byli to reprezentanci naszego kraju. Do Manchesteru City trafiła żywa legenda piłki znad Wisły – Kazimierz Deyna, a szeregi Bolton Wanderers wzmocnił Tadeusz Nowak. Obydwaj przeszli z Legii i obydwaj byli już u zmierzchu swoich poważnych piłkarskich karier. “Kaka” miał już 31 lat, a “Ferrari” 30. Obydwaj też Anglii nie zwojowali. Deynę trapiły liczne kontuzje i nigdy nie osiągnął choćby ułamka swojej niezwykłości znanej z polskich i europejskich rozgrywek. Z Manchesteru City odszedł bez żalu w 1981 roku, strzelając dla Obywateli 12 bramek w 38 spotkaniach. Co się natomiast piekielnie szybkiego skrzydłowego tyczy – w Boltonie pograł rok, po czym stwierdzono, że to za wysokie progi. Nowak rozegrał w ich barwach nieco ponad dwadzieścia spotkań i zdobył w nich gola. Nie podbił serca trenerów, ale kibiców już tak. Bo choć nie był najlepszym graczem Boltonu, to wprowadził nieznaną wówczas egzotykę do piłki na najwyższym wtedy poziomie.

Na kolejnego Polaka musieliśmy czekać naprawdę długo. Nie ma co się jednak dziwić. Wciąż przecież panował komunizm i jakikolwiek transfer za zachodnią granicę był właściwie abstrakcją. Żaden ligowiec nie wyjechał, ale w 1988 się udało. Zbigniew Kruszyński, nie mieszkał w Polsce od kilkunastu lat. Z kraju wyjechał w połowie lat siedemdziesiątych gdzie grał w m.in:. Hamburgu. Wreszcie zawitał też na Wyspy. Tam spędził naprawdę wiele czasu, bo pograł w Anglii sześć lat. Na najwyższym poziomie bronił barw Wimbledonu i Coventry City, które występowało już w Premier League, a nie odchodzącej w niepamięć First Division. Później przyszedł czas na niższe ligi i występy w Peterborough United. Karierę zakończył trzy lata później w wieku 37 lat.

Kiedy spadł mur berliński, kiedy wreszcie można było ruszać spokojnie na Zachód, pojawiły się też transfery z polskiej ekstraklasy. Pierwszym takowym został Robert Warzycha, który już w 1990 roku przeniósł się do Evertonu. Transfer z Górnika Zabrze był sporym zaskoczeniem dla wielu, ale jeszcze większym szokiem było to co stało się już po utworzeniu Premier League. Mamy sezon 92/93 a klub Polaka stawia czoło Manchesterowi United. I radzi sobie co najmniej dobrze. Duża w tym zasługa naszego pomocnika, który w przepiękny sposób wkręca w murawę defensora Czerwonych Diabłów, a następnie pakuje piłkę w samo okienko bramki, nie dając szans samemu Peterowi Schmeichelowi. Stał się tym samym pierwszym zawodnikiem spoza Wysp, który strzelił gola w angielskiej ekstraklasie. Warzycha rozegrał w sumie ponad 70 spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej i choć gwiazdą się nie stał, to na trwałe zapisał się na kartach historii Premier League. Później wyjechał do ligi węgierskiej, by na koniec osiąść w Stanach Zjednoczonych i stać się gwiazdą tamtejszej ligi.

Kolejnym polskim wysłannikiem w Anglii został Dariusz Kubicki. Rok 1991, a po gracza Legii Warszawa zgłasza się Aston Villa. Wojskowi się nie sprzeciwiają. Obrońca szturmem ligi nie zdobywa, ale zalicza się go do grona solidnych wyrobników. Po przygodzie ze Lwami trafia do Sunderlandu. Najpierw na zasadzie wypożyczenia, a następnie już jako pełnoprawny piłkarz. I tam pograł już naprawdę sporo, bo w koszulce Czarnych Kotów zaliczył grubo ponad 100 spotkań. Szkoda jedynie, że mniej niż połowa przypadła na rozgrywki w Premier League, a także że nie przełożyło się to na jakiekolwiek sukcesy. Ostatecznie zakończył karierę w Darlinghton gdzieś na dolnych szczeblach wyspiarskiej piłki.

Kolejne występy Polaków można właściwie przemilczeć. Po odejściu Kubickiego z Sunderlandu czekaliśmy aż do 2003 roku na naszego piłkarza z pola. Wówczas to z Birmingham City związał się popularny “Świr” – Piotr Świerczewski. Cóż… Kariery nie zrobił. Jeden mecz na poziomie Premier League i tyle go widzieli. Później tułał się w ekstraklasowych klubach śniąc o swojej genialnej dyspozycji znanej z francuskiej boisk.

Następnym okazał się być młodziutki wówczas Jarosław Fojut, który bronił barw Bolton Wanderers. Bronił to może za dużo powiedziane, bo zagrał dla nich zaledwie raz w Premier League, w zremisowanym 1:1 starciu z Portsmouth. Jarek w Anglii posiedział aż do 2009, zaliczając po drodze takie klasowe drużyny jak Luton Town i Stockport County. Wreszcie wrócił do Polski, odbudował formę w Śląsku, wyjechał za granicę, wrócił do Polski, i tak w kółko. Obecnie w Pogoni Szczecin.

W 2006 prócz obrońcy mieliśmy kolejnego reprezentanta polskiej myśli szkoleniowej. Legendarny, co by nie mówić, Emmanuel Olisadebe występował wówczas w barwach Portsmouth. Szkoda jedynie, że to był już “Oli”, który wywoływał uśmiech na twarzach, a nie strach u obrońców. Dwa występy i trzeba było się pakować. Czarnoskóry piłkarz udał się do o wiele słabszych lig, ale i tam kariery nie zrobił. Trochę więcej postrzelał jedynie w Chinach i w 2013 zawiesił korki na kołku.

Dużo większe nadzieje niż z wyżej wymienioną trójką wiązaliśmy z byłym graczem Tottenhamu – Grzegorzem Rasiakiem, który trafił na White Hart Line w sezonie 2005/06. Przeniósł się on tam w ostatni dzień okienka transferowego i wywołał niemałe, pozytywne poruszenie. Większość zdawała sobie wówczas sprawę z tego, że polski snajper w Championship był, naprawdę nie przesadzam w tym momencie, prawdziwym lisem pola karnego. Blisko pół gola na mecz w przeciętnym Derby County robiło naprawdę dobre wrażenie. Szkoda jedynie, że nic z tego nie wynikło w Premie League. Dla Spurs gola nie strzelił (spora w tym zasługa sędziego, który nie uznał mu prawidłowo strzelonej bramki w meczu z Liverpoolem) aż w końcu po rozegraniu dla Kogutów zaledwie 8 spotkań na najwyższym poziomie, został wypożyczony do Southampton. Tam znowu szalał. Do tego stopnia, że Święci zdecydowali się na transfer definitywny. W końcu po Polaka sięgnął inny zespół z angielskiej ekstraklasy. Bolton wypożyczył go w 2008 roku, a Rasiak…znowu nie podołał. Później postrzelał jeszcze dla Watfordu i Reading, ale jego licznik goli w Premier League wciąż wskazywał zero. W 2012 przeniósł się do Warty Poznań, gdzie zakończył karierę. A mogło być tak pięknie.

Obecnie naszego honoru bronią nasi wspaniali bramkarze, a także trzech gości z pola. Niezawodny Marcin Wasilewski i młodziutcy Krystian Bielik oraz Bartek Kapustka. I o ile nasz defensor będzie powoli kończył swoją wspaniałą angielską historię, to wychowankowie Legii i Cracovii dopiero trafili do tego futbolowego raju. I oby naprawdę odnaleźli oni tam swój Eden, a nie jak niektórzy z naszych kadrowiczów istny Tartar.

By | 2016-08-06T19:15:29+00:00 Sierpień 6th, 2016|Bez kategorii, Slider|0 komentarzy

About the Author:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Zostaw komentarz