Tym razem zbyt wielu emocji nie było. O ile dwa tygodnie temu Atletico stworzyło z Liverpoolem niezapomniane widowisko, to w rewanżu na Anfield oglądaliśmy pełną dominację gospodarzy. Liverpool bardzo szybko przejął kontrolę nad boiskowymi poczynaniami i odniósł pewne, zasłużone zwycięstwo. Podopieczni Jürgena Kloppa jeszcze przed 25. minutą strzelili dwie bramki. Czerwona kartka dla Felipa Luisa przed gwizdkiem na przerwę pozbawiła złudzeń gości na ugranie czegokolwiek dzisiejszego wieczoru na angielskiej ziemi.

Szybko podcięte skrzydła

Nieźle zaczęło się to spotkanie Atletico. Widać było, że podopieczni Diego Simeone byli podrażnieni porażką sprzed dwóch tygodni. Osłabieni brakiem zawieszonego Antoine’a Griezmanna czy kontuzjowanego Geoffrey’a Kondogbi mieli na początku spotkania swoje sytuacje. W pierwszej jedenastce w miejsce wypożyczonego z Barcelony Francuza wyszedł doskonale znany na Anfield Luis Suarez, dla którego był to dopiero drugi mecz po przeciwnej stronie barykady.

Ze strony gości brakowało jednak konkretów, czego najlepszym dowodem było zachowanie Angela Correi. Argentynczyk znalazł się w świetnej sytuacji, ale fatalnie przestrzelił dośrodkowanie w pole karne. Takich problemów chwilę później nie miał Trent Alexander-Arnold, który po wymianie piłki na prawym skrzydle dograł idealną piłkę za linią obroną Hiszpanów, do Diego Joty, a ten umieścił ją w siatce. The Reds po raz kolejny na początku wyglądali bardzo dobrze, podchodzili do swoich przeciwników wysoko i utrudniali im życie w rozgrywaniu piłki.

Natomiast nie minęło 10 minut, a już było 2:0. Znów w roli głównej Alexander-Arnold, znów błąd popełnia defensywa z Madrytu, w tempo wychodzi Mane i pokonuje bezradnego Oblaka. Liverpool od razu był bliski podwyższenia prowadzenia za sprawą groźnego uderzenia Oxlade-Chamberlaina. Dopiero po próbie Anglika do ataków przystąpili goście, którzy kilkukrotnie w krótkim odstępie czasu gościli w polu karnym The Reds. Lepiej zaczęły funkcjonować skrzydła, Koke przejął ciężar rozdysponowania piłek i w polu karnym gospodarzy zaczęło się kotłować. Tyle że z dużej chmury spadł malutki deszczyk, bo Atletico nie oddało w tym okresie nawet jednego strzału.

A w 37 minucie podobnie jak w spotkaniu w Madrycie, wyeliminowało się z rywalizacji poniekąd same. Wydawało się, że sędziujący ten mecz pan Danny Makkelie pokaże Felipe Luisowi żółtą kartkę za faul na Mane, jednak ten ku zaskoczeniu sięgnął po czerwień. Po zejściu z boiska Brazylijczyka z podopiecznych Simeone zupełnie zeszło powietrze. Przed gwizdkiem na przerwę ekipa Kloppa tylko podkręcała tempo i próbowała zdobyć trzeciego gola. Mieli swoje sytuacje Mohamed Salah i Alex Oxlande-Chamberlein, którzy strzelali z dystansu, miał sytuację Jota, który uderzał z główki, ale ostatecznie nie pokonali Jana Oblaka.

Pełna kontrola z jednym momentem słabości

Po przerwie zabawa The Reds trwała dalej, a Sadio Mane zmienił Roberto Firmino. Gola strzelił Jota, który otrzymał genialne podanie z głębi pola od Henderesona, ale po analizie VAR dopatrzono się niewielkiego spalonego. Następnie bliski szczęścia był Salah, który po indywidualnej akcji jednak chybił, a za chwilę z pięciu metrów nie trafił Fabinho. Na bramkę rywali uderzał nawet Tsimikas. Naprawdę było czuć różnicę klas po tej czerwonej kartce. Liverpool grał tak nakręcony, jakby musiał gonić co najmniej trzybramkową stratę.

Ale ku zaskoczeniu wszystkich bramkę zdobyło Atletico. Po dośrodkowaniu z głębi pola, na strzał sprzed szesnastki zdecydował się Luis Suarez. Po rykoszecie od Fabinho z interwencją nie zdążył Alisson i piłka zatrzepotała w siatce, ale ponownie odgwizdano spalonego. Jak nie idzie, to po prostu nie idzie.

The Reds nieco spuścili z tonu i skupili się na spokojnym budowaniu atkau pozycyjnego. Po jednej z takich akcji groźne uderzenie z dystansu oddał Virgil Van Dijk, ale nieznacznie się pomylił i przeniósł futbolówkę nad poprzeczką. Siedzący na trybunach Fernando Torres, patrząc na poczynania swojej drużyny, gdzie pełni rolę trenera młodzieżowej drużyny, miał nietęgą minę. Szczególnie jak na odważną i bardzo niecelną próbę z prawie 40 metrów zdecydował się Correa.

Simeone szukał jakiegoś rozwiązania. Wprowadził Sime Vrssaljko za Koke i Matheusa Cunhie za Yannicka Carrasco. Zmiany przyniosły rezultat, bo Atletico ruszyło z natychmiastową kontrą po błędzie Thiago, ale wyprowadzony na czystą pozycję Herrera koszmarnie chybił. Poza Hiszpanem Jurgen Klopp wprowadził na ostatnie minuty świeżych Minamino i Origiego. Natomiast w samej końcówce nie działo się już zbyt wiele. Kilka razy w polu karnym z Hermoso ponownie zabawił się jeszcze Salah, a Jota, próbując przewrotki, trafił w głowę Trippiera. Ostatecznie The Reds spokojnie utrzymali dwubramkowe prowadzenie. To oznacza, że w związku z remisem w Mediolanie zapewnili sobie wyjście z grupy z pierwszego miejsca.

Liverpool 2-0 Atletico

13′ Diogo Jota (asysta Trent Alexander-Arnold)

21′ Sadio Mané (asysta Trent Alexander-Arnold)

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie