„Myślę, że ta dwójka [Varane i Sancho], którą pozyskaliśmy, zrobi dla nas ogromną różnicę, zarówno krótkoterminowo, jak i długoterminowo. Raphael jest w kwiecie wieku dla środkowego obrońcy. Jest w tym samym wieku co Harry i jest o rok starszy od Erica a kilka lat od Victora. Mam więc fantastyczną grupę środkowych obrońców”. Takie słowa po transferze Mistrza Świata z 2018 roku wypowiedział Ole Gunnar Solskjaer wyraźnie zachwycony kolejnym wzmocnieniem swojej linii defensywy. W całym tym gremium zabrakło jednak jednego nazwiska. Piłkarza, który wciąż jest w klubie, ale ostatnimi miesiącami miał ze szczęściem wyraźnie nie po drodze. Phil Jones, bo o nim tu mowa, mógł poczuć się na pewno tymi słowami Norwega wyraźnie dotknięty.

Przeszło trzy tygodnie temu w życiu 29-latka nastąpił pewnego rodzaju przełom. Po raz pierwszy od spotkania Pucharu Anglii z Tranmere w styczniu zeszłego roku znalazł się on w kadrze zespołu z Old Trafford. Gdyby mecz w Carabao Cup z West Hamem potoczył się odrobinę inaczej, otrzymałby w końcówce nawet kilka minut. Mimo niekorzystnego rezultatu on jedyny z przegranej strony mógł schodzić ze sceny jako mentalny zwycięzca. Natomiast nie zmienia to faktu, że Phil Jones nie jest w miejscu, w którym być powinien. Potencjał na karierę w wielkiej piłce posiadał jak mało kto. Tyle że w drastyczny sposób doświadczył drogi z samego szczytu do zapomnienia.

Mały wzrostem, wielki umiejętnościami

Phil Jones swoją piłkarską karierę zaczynał w barwach Ribble Wanderers, zanim w wieku 11 lat dołączył do szkółki Blackburn Rovers. Anglik przechodził przez wszystkie drużyny młodzieżowe The Blue and Whites, wyróżniając się na tle klubowych kolegów. Pod koniec sierpnia 2009 roku, zadebiutował w pierwszym zespole w wygranym 1:0 spotkaniu Pucharu Ligi przeciwko Nottingham Forest. Zaledwie tydzień po swoich 18. urodzinach po raz pierwszy zagrał w Premier League, zatrzymując na Ewood Park zmierzającą po tytuł mistrzowski Chelsea (1:1). Występ był o tyle imponujący, że Jones skutecznie zaopiekował się samym Didierem Drogbą, zaliczając kilka kluczowych bloków i przechwytów.

Do końca rozgrywek 09/10 defensor utrzymał miejsce w jedenastce Rovers i wydatnie pomógł w spokojnym zakończeniu rozgrywek w środku tabeli. W następnym sezonie stał się liderem ekipy prowadzonej przez Steve’a Keana. Grał niezwykle dojrzale jak na swój młody wiek, pokazywał siłę fizyczną i dowodził całą linią defensywy. Dzięki swojej krępej budowie, nawet pomimo niskiego wzrostu jak na zajmowaną pozycję (zaledwie 1.80 m), przeciwnikom niezwykle ciężko przychodziło go ograć. W dodatku wykazywał się wszechstronnością, mógł zostać ustawiony na środku obrony, na prawej stronie oraz jako typowa szóstka.

W czasie sezonu 10/11 miał pierwsze poważniejsze problemy zdrowotne, po tym, jak doznał urazu stawu skokowego w czasie grudniowej potyczki z West Hamem. Lekarze stawiali tezę, że zawodnik nie wróci do startu następnej kampanii. Kontuzja była poważna, ale finalnie powrócił na początku kwietnia i od razu zagrał na zero z tyłu z Arsenalem na The Emirates.

Sir Alex Ferguson był nim do prawdy zachwycony. Nawet po spotkaniu, gdy Czerwone Diabły wpakowały Blackburn aż 7 goli, chwalił go w rozmowie pomeczowej. Bardzo cenił sobie jego zdolności przywódcze, boiskową dojrzałość i umiejętność gry w powietrzu. Fakt, że Phil Jones w wieku zaledwie 18 lat wyrósł na czołową postać zespołu, najlepiej to podkreśla. Rovers 12 miesięcy po transakcji spadli z ligi. Ferguson wierzył, że w przyszłości klub z Manchesteru oprze na młodzianie swój blok defensywny razem z Chrisem Smallingiem i Jonny’m Evansem. Dlatego po zakończonej kampanii Manchester United wykupił go za ponad 16 milionów funtów, prześcigając w transferowym wyścigu Liverpool. Tym samym został drugim najdroższym nastolatkiem w historii angielskiego futbolu.

Talent czystej wody? Mało powiedziane

Wydawać by się mogło, że przychodząc do zespołu, gdzie na twojej pozycji są takie legendy jak Nemanja Vidic i Rio Ferdinand, w dodatku jeszcze dwóch młodych gniewnych wspomnianych wyżej, twoje szanse na grę są nikłe. A jednak okazało się zupełnie inaczej. Szkocki menedżer od początku postawił na 19-letniego wówczas zawodnika. Phil nie grał wszystkiego od deski do deski, ale regularnie dostawał kolejne szanse, zaczynając sporo spotkań od pierwszej minuty najczęściej u boku Ferdinanda lub Evansa.

Nie zawsze grał na środku obrony, bo Ferguson korzystał z jego uniwersalności. Kiedy wystawił go na początku sezonu przeciwko byłej drużynie z prawej strony, ten zaliczył dwie asysty, w tym jedną po fenomenalnej 30-metrowej szarży. Grając jako defensywny pomocnik, strzelał też bramki, choćby popisując się wolejem niczym rasowy napastnik w rywalizacji z Aston Villą. Po drodze zadebiutował w drużynie narodowej w spotkaniu eliminacyjnym do Euro 2012 z Czarnogórą, jeszcze za kadencji Fabio Capello. Występ Phila oczarował włoskiego szkoleniowca, który stwierdził, że „Phil Jones urodził się z talentem” i porównał go do samego Fernando Hierro.

20-letni defensor rósł w oczach, pokazując ludziom w klubie i fanom, że może godnie zastąpić odchodzących powoli w cień Nemanję i Rio. Szczególnie że w jego przypadku przesiadka z klubu mniejszego kalibru do 19-krotnego Mistrza Anglii okazała się nad wyraz spokojna. W nagrodę za udaną kampanię pojechał na turniej, odbywający się następnego lata w Polsce i na Ukrainie. Niestety sezon po mistrzostwach Europy rozpoczął ze znacznym opóźnieniem. Poważna kontuzja łąkotki zmusiła go do zabiegu operacyjnego. Pod koniec listopada wznowił treningi i powoli dochodził do formy.

W lutym, gdy United wróciło do gry w Lidze Mistrzów, Phil Jones rozegrał jedno ze swoich najlepszych spotkań w barwach Czerwonych Diabłów. Wieczór na wypełnionym po brzegi Santiago Bernabeu, przeciwko Królewskim z Jose Mourinho u sterów z ofensywną czwórka: Benzema – Di Maria – Ronaldo – Özil. Mimo to młody obrońca był do prawdy olśniewający. Umiejętnie wyłączył z gry tych zawodników, których w danym momencie musiał (najczęściej Portugalczyka). Zagrał na szóstce niczym prawdziwy szef. Odbierał piłkę, blokował strzały, wygrywał pojedynki jeden na jednego, rozgrywał piłkę. Gdy zaszła potrzeba sprytnego faulu, również to czynił. Jednym słowem KLASA.




Zbudował swój pomnik, który jednak szybko zaczął rdzewieć

Kilka tygodni później United, już wyeliminowani przez Real (w rewanżu co ciekawe brakło m.in. Jonesa), Manchester United przypieczętował na Old Trafford 20. tytuł mistrzowski. Podopieczni Sir Alexa roznieśli 4:0 Aston Villę, a legendarny szkoleniowiec dał wówczas jedną z najbardziej nietrafionych prognoz w swojej trenerskiej karierze.

To, jak wygląda, na boisku sprawia, że będzie naszym najlepszym graczem w historii. On może być jednym z najlepszych graczy, jakich kiedykolwiek mieliśmy, bez względu na to, gdzie go wystawimy. Ma dopiero 21 lat, w przyszłości będzie fenomenalnym piłkarzem. Może grać w dowolnym miejscu na boisku. Dzięki swojemu instynktowi i umiejętności czytania gry ma ogromny wpływ na poczynania drużyny.

Czy te słowa wypowiedział kiedykolwiek w stosunku do postawy Ryana Giggsa? A może Paula Scholesa lub Davida Beckhama? To może, chociaż względem Cristiano Ronaldo? Absolutnie nie. Szkot niesamowicie podziwiał potencjał swojego angielskiego defensora, choć być może przemawiała przez niego euforia po ostatnim zdobytym trofeum. Głęboko wierzył, że zostawia obronę Czerwonych Diabłów w dobrych rękach. Nawet pomimo faktu, że wychowanek Blackburn już wtedy mierzył się z kontuzjami i nie zawsze zaczynał spotkania w podstawowej jedenastce. Odchodzący na emeryturę miesiąc później menedżer zawsze próbował myśleć o dwa kroki do przodu. Wydawało się, że „tyły” United mają solidne fundamenty na najbliższe 6-8 sezonów.

Tymczasem dla piłkarza, niejako również dla całego klubu, zaczęła się równia pochyła. U Davida Moyesa oraz Louisa Van Gaala miał pewny plac gry, jeśli tylko był zdrów. Jednak w ciągu trzech lat Phil Jones złamał kość piszczelową, miał również problemy ze stawem skokowym. Kilkukrotnie zwichnął kostkę, przeszedł zabieg na niedrożność żyły w siatkówce. Na przestrzeni 3 sezonów za kadencji dwóch następców Fergusona zawodnik opuścił aż 53 spotkania. Nawet przy jedynym pozytywie tego okresu, udanej drodze po Puchar Anglii w sezonie 15/16, nie brał udziału w żadnej z potyczek nawet przez chwilę. Klub cały czas w niego wierzył i latem 2015 roku podpisał nową czteroletnią umowę. Z Old Trafford tamtego okienka odszedł Jonny Evans i patrząc z perspektywy czasu, Jones powinien zrobić to samo.

Usunięty z dysku twardego

Czas powoli mijał, a los czasami coś oddawał pochodzącemu z Preston piłkarzowi, ale zdecydowanie częściej zabierał. Życie pod rządami Jose Mourinho tylko pozornie okazało się odrobinę lepsze. Fakt, w czasie pierwszego sezonu Portugalczyka na Old Trafford, gdy był do dyspozycji, grał po 90 minut we wszystkich rozgrywkach. Były opiekun Chelsea bardzo cenił sobie fakt, że Jones przede wszystkim, jak na defensora przystało, uwielbia bronić, a dopiero później skupia się na innych obowiązkach.

Ale urazy kolana i palca u nogi zabrały mu przeszło 100 dni w trakcie kampanii 16/17. A gdy już grał, to jego występy nie wywarły na Jose zbyt wyrazistego wrażenia, bo pierwsze co The Special One zrobił w czasie następnego okienka, to ściągnął do siebie Victora Lindelöfa. Całkowity zwrot w relacjach nastąpił w listopadzie 2017 roku, gdy Anglik, by zagrać w towarzyskim sparingu reprezentacji Synów Albionu z Włochami, przyjął aż sześć zastrzyków znieczulających. Mimo to, po 25 minutach nie był w stanie kontynuować meczu i wyleciał również na następne ligowe spotkanie z Newcastle United.

Zresztą w ostatnim sezonie u sterów klubu z Old Trafford, Jose upokorzył Phila i Erica Bailly’ego na jednej z pomeczowych konferencji prasowych. Anglik przestrzelił decydujący rzut karny w spotkaniu Carabao Cup z Derby, a jego opiekun nie pozostawił na nim suchej nitki.

Kiedy zobaczyłem, że seria wciąż trwa po szóstym, siódmym karnym, domyślałem się, że będziemy mieć kłopoty z Jonesem i Erikiem. Wiedziałem, że wtedy naprawdę będziemy mieli kłopot.

Szatnia United podobno oniemiała, gdy szkoleniowiec wypowiedział publicznie takie słowa. Ta pomyłka kosztowała go niezwykle słono, bo na następną szansę gry musiał czekać ponad dwa miesiące. O zmianach w relacjach Jonesa z Mourinho najlepiej świadczy jeden fakt. Kiedy już po swoim zwolnieniu z czerwonej części Manchesteru utytułowany trener pojawił się w quizie organizowanym przez firmę LiveScore, został poproszony o wymienienie 3 angielskich defensorów, których prowadził w swojej karierze. Portugalczyk szybko wymienił Johna Terry’ego i Gary’ego Cahilla z czasów Chelsea. Długo jednak nie był w stanie wymienić trzeciego obrońcy, mimo że nie tak dawno pracował z Chrisem Smallingiem czy właśnie Philem Jonesem. Czyżby celowo wymazał z pamięci obu tych panów? Bardzo możliwe.

Nordycka odwilż? Tylko na moment

Ole Gunnar Solskjaer przywrócił 29-latka z powrotem do meczowego składu. Norweg jednak większości z odsuniętych na boczny tor zawodników dawał drugą szansę, dlatego nie był on w żaden sposób wyjątkowo traktowany. Zresztą niedługo potem otrzymał nowy kontrakt – 4-letnią umowę z pensją wynoszącą 100 tysięcy funtów tygodniowo, co do dziś jest mu mocne wytykane. Wynikało to jednak w dużej mierze z tego, że Ed Woodward przez lata miał obsesję na punkcie przedłużania kontraktów kolejnych graczy, by zachować ich wartość rynkową. Latem za rekordowe pieniądze przybył Harry Maguire, a Phil znów powędrował w dół w klubowej hierarchii.

Transfer mógł okazać się tym bardziej bolesny dla wychowanka Blackburn, jeśli spojrzymy trochę w przeszłość i porównamy osiągnięcia obu graczy. Mając 21 lat, Jones już dokonywał wielkich rzeczy z United, występował w reprezentacji Anglii i był przyrównywany do samego Johna Terry’ego. Właśnie zdobył tytuł Mistrza Anglii, a rok wcześniej znalazł się w kadrze na Euro. Obecny kapitan w tym samym wieku błąkał się jeszcze w rozgrywkach League One, reprezentując barwy Sheffield United. Spojrzenie wstecz pokazuje, jak w odmienne strony poszły ich kariery.

Pod koniec stycznia 2020 roku, będąc już wtedy piątym w kolejności środkowym obrońcą, Phil Jones rozegrał ostatni swój oficjalny mecz w koszulce Czerwonych Diabłów. Otrzymał szansę w 3. rundzie Pucharu Anglii przeciwko trzecioligowemu wówczas Tranmere Rovers. Na Prenton Park ekipa Solskjaera wygrała aż 6:0, a Phil strzelił nawet jedną z bramek. Od tego czasu nie rozegrał ani jednej minuty. Ostatnie 20 miesięcy spędził z boku, próbując wyleczyć kolejny uporczywy uraz łąkotki w kolanie. Dokładnie taki sam, jaki leczył przez lata jego aktualny menedżer. Na drugą część kampanii 20/21 nawet nie został zgłoszony. W lecie tego roku Manchester United mógł zorganizować dla niego specjalny mecz z okazji 10 lat pobytu w klubie. Zapytany, dlaczego odrzucił tę możliwość, brutalnie szczerze odpowiedział: „Oprócz mamy i taty, kto jeszcze by się na nim pojawił?.

Droga krzyżowa

Trwający ponad półtora roku proces rekonwalescencji w przypadku 29-latka był niezwykle żmudny. Sam piłkarz przechodził przez wielomiesięczne tortury, o czym opowiedział na łamach The Times. Problem łąkotki pojawił się już za czasów gry w akademii Blackburn, a także na początku drugiego sezonu w United. Jeden z urazów doprowadził do sytuacji, gdy musiał poddać się specjalistycznemu zabiegowi usuwania chrząstki, ponieważ nie dało się już jej naprawić. Ruch do przodu nie stanowił żadnego problemu, ale kłopoty zaczynały się, gdy otrzymywał cios z boku kolana.

Pandemia Covid-19 sprawiła jednak, że Phil Jones miał w końcu czas na dłuższy odpoczynek i odpowiednią regenerację. W czasie przymusowego zamknięcia pracował jak demon, odbudowując w pełni swoją kondycję fizyczną. Wstawał bardzo wcześnie rano, aby jeszcze przed tym, jak budziły się jego dzieci, mógł pójść pobiegać i popracować na siłowni. Kiedy drużyna wznowiła ćwiczenia w maju 2020 r., czuł, że jest „w najlepszej formie w ciągu swojej zawodowej kariery”.

Tymczasem ciążąca nad nim klątwa znów dała o sobie znać w najgorszej możliwej postaci. Podczas drugiej sesji treningowej zespół miał zaplanowany trening sprinterski. Po jednej z ukończonych serii Jones zaczął odczuwać ogromny ból. Nie był w stanie biec dalej, nie potrafił nawet podnieść nogi, aby ją zgiąć. Środkowy obrońca pojechał do Barcelony do światowej sławy specjalisty dr Ramona Cugata. Najpierw otrzymał serię zastrzyków, ale ona nie pomogła. Dlatego w sierpniu 2020 roku przeszedł kolejną poważną operację.

Po treningu noga mi spuchła. Odłożyłem piłkę, a każdy ruch wymagający zgięcia kolana był po prostu agonią. Nawet najmniejsze szturchnięcie.

Wrak człowieka

Rehabilitacja obejmowała tydzień w klinice w stolicy Katalonii, dwa miesiące chodzenia o kulach oraz leczenie domowe z wykorzystaniem specjalistycznych maszyn. Koronawirus wszystko jednak utrudniał i wydłużał. Ograniczenia w podróżowaniu uniemożliwiły na początku wizyty w Barcelonie, przez co, cały proces ciągnął się miesiącami. Phil znajdował się na skraju załamania nerwowego.

Nigdy wcześniej nie osiągnąłem niższego punktu jako człowiek, upadłem na dno. Kiedy wracałem [z boiska treningowego United], byłem w totalnej rozsypce. Miałem gigantyczny bałagan w głowie. Często zalewałem się łzami. Mówiłem do Kayi [swojej żony]: „Nie wiem, co robić”. Pamiętam, że oboje wtedy płakaliśmy.

Czuł się okropnie, bo ponowny powrót do pełni sił, ograniczył jego zaangażowanie w życie rodzinne. Nie był w stanie pomagać małżonce, a kiedy dochodziło do zabawy z dwójką swoich dzieci, odpływał myślami daleko od domu.

Utrzymywała naszą rodzinę w całości, kiedy przechodziłem przez to piekło. Czułem się winny, bo wiedziałem, że na to nie zasługuje, by po opiece nad mną, jeszcze zajmować się dziećmi. […] Wiele razy czułem się okropnym tatą. Kiedy twoja córka mówi ci, że przebierasz się za księżniczkę, to przebierasz się za księżniczkę. Ale mnie tam po prostu nie było.

Phil Jones przyznał, że w pierwszych miesiącach, gdy z powrotem pojawił się w ośrodku treningowym w Carrington, okazało się to dla niego niewiarygodne trudne. Miejsce to powodowało, że na tle kolegów czuł się „bezużyteczny i bezwartościowy”. Aby uniknąć ich spotkania i ewentualnych pytań o stan zdrowia, specjalnie poprosił klubowego fizjoterapeutę o późniejsze sesje.

A kiedy już po blisko 14 miesiącach wrócił do zdrowia i mógł dołączyć do drużyny, zaraził się Covid-19, przez co stracił możliwość uczestniczenia w obozie przygotowawczym, który Czerwone Diabły odbywały tego lata w Szkocji. 2 sierpnia w końcu odbył pierwszą całą jednostkę treningową z pierwszym zespołem. Kiedy schodził z boiska po skończonych ćwiczeniach, koledzy i sztab nie przestawali klaskać. We wrześniu po raz pierwszy od 20 miesięcy znalazł się w kadrze meczowej. I choć raczej Ole uczynił to w ramach nagrody za powrót, Jones, w porównaniu do swoich kolegów, mógł odjeżdżać z Old Trafford jako zwycięzca. Po tym wszystkim nareszcie wrócił.

Urazy, kryzys tożsamości i ciemna strona Internetu

Spośród wszystkich czynników, jakie w dużej mierze miały wpływ na taką, a nie inną ścieżkę kariery piłkarza, trzy wyróżniały się szczególnie. Pierwszym z nich są oczywiście wspomniane wcześniej kontuzje. Lista różnych urazów, jakie przechodził w swojej karierze, powala na… kolana. Łąkotka, staw skokowy, palce, kostka, siatkówka w oku. Defensor od rozgrywek 13/14 nie rozegrał więcej niż 30 spotkań w jednej kampanii. W ciągu dwunastu sezonów Premier League wyszedł na boisko równo 200 razy. Nic dziwnego, że przylgnęło do niego określenie „szklanki”. Przerwy w grze spowodowały, że Phil utracił cześć swoich atrybutów fizycznych, choćby szybkość, którą tak wyróżniał się jeszcze jako nastolatek.

Drugą kwestią jest kryzys tożsamości w Manchesterze United. Phil Jones nie okazał się taką ostoją defensywy, jak zakładał Ferguson. Nie wyróżniał się na tle swoich boiskowych kompanów, gdy Czerwone Diabły zaliczały kolejne fatalnie kampanie. On sunął w dół tak samo, jak cały klub. Nie pomagały jego ciągłe absencje, bo ciężko w dłuższej perspektywie zaufać zawodnikowi, który za chwilę znowu może być nieobecny.

Trzecią istotną sprawą jest ciemna strona Internetu. Piłkarz rzadko korzystał z social mediów, zazwyczaj wrzucał zdjęcia nowych strojów lub drużynowych występów. Jednak jego ostatnia aktywność kończy się na 2017 roku. Od tego momentu na Twitterze czy Instagramie nie ma ani jednego nowego posta. Łatwo to jednak zrozumieć. W ostatnich latach Anglik odgrywał rolę worka treningowego dla tzw. klawiszowych wojowników. W sieci znajduje się mnóstwo memów z jego wyrazem twarzy przy wykonywaniu wślizgu lub skakaniu do główki. Nawet sam Twitter wyśmiał obrońcę, gdy testując jedną z nowych funkcjonalności, napisał na swoim oficjalnym koncie: „Wymień piłkarza lepszego niż Phil Jones”.

Możliwe, że jestem łatwym celem. Ale — i mówię to w najmilszy możliwy sposób — wiem, kto będzie się śmiał ostatni. Jestem dumny ze swojej kariery, a kiedy się skończy, będę cieszył się życiem.

Smalling i Evans pokazali mu drogę

Choć trudno w to uwierzyć, Phil Jones pozostaje obok Davida De Gei, piłkarzem z najdłuższym stażem klubie. Jest też jednym z najbardziej utytułowanych. Został mistrzem Premier League, odniósł triumf w rozgrywkach Carabao Cup, sięgał dwukrotnie po Tarczę Wspólnoty i wygrał Ligę Europy. W dodatku 27 razy wystąpił w seniorskiej reprezentacji Synów Albionu. Dwa razy brał udział w Mistrzostwach Świata. Patrząc z boku, można stwierdzić, że nie jest tak źle. Multum piłkarzy marzy o tym, aby choć przez chwilę przywdziać koszulkę Czerwonych Diabłów. Jednak, biorąc pod uwagę jego gigantyczny potencjał, trzeba sobie jasno powiedzieć, że Jonesowi w życiu po prostu nie wyszło.

Fakt, że wciąż przebywa na Old Trafford, dowodzi, że polityka przedłużania umów Eda Woodwarda była błędna. Wystarczy spojrzeć na tych, którzy razem z nim mieli tworzyć blok defensywny czerwonej części Manchesteru przez następne kilka lat. Jonny Evans, najpierw zrobił krok w tył, przechodząc do West Bromu. Tam dobrą postawą zapracował na transfer do Leicester, w którym jest czołowym zawodnikiem. Chris Smalling w Romie otrzymał drugie życie i przywrócił swoją karierę na właściwe tory. Tu przejście do mniejszego zespołu również mogłoby na los 29-latka podziałać ożywiająco.

Mimo tego, że kontuzje pokrzyżowały mu plany i zabrały spory kawałek kariery, on sam po pokonaniu tych problemów czuje się szczęśliwy i z podziwem patrzy na to, co osiągnął. Patrząc na linię defensywy Czerwonych Diabłów przez ostatnie 10 lat, wciąż nie stanowi ona monolitu. Wydawano kolejne dziesiątki milionów funtów, spychając 29-latka w dół w klubowej hierarchii. Tymczasem nie pomogło nawet sprowadzenie Raphalela Varane’a, który dostosował się do miernego poziomu całej reszty. Kto wie, czy gdyby nie te wszystkie zdrowotne kłopoty, może wcale nie byłoby potrzeby sięgania po kolejnych środkowych defensorów.

„On to pamiętał”

Tym, co niewątpliwie budzi podziw, jest jego determinacja. Liczne urazy i nieustanny hejt w sieci niejednemu zabrałyby dalsze chęci do gry. Tutaj, pomimo wręcz stanów depresyjnych, Jones nie poddał się i nadal wierzył w kolejny już powrót. Solskjaer w nagrodę zabrał go na wspomniany mecz z West Hamem. A gdyby kontuzja Erica Bailly’ego na rozgrzewce okazała się groźniejsza, wyszedłby nawet w pierwszym składzie.

Być może tę siłę podtrzymało, poza wsparciem najbliższych, tegoroczne spotkanie na premierze filmu o Sir Alexie Fergusonie samego głównego bohatera. Szkot podszedł do piłkarza przed seansem i pokrzepił go wspomnieniem o pamiętnym spotkaniu w Lidze Mistrzów z Realem Madryt.

Poszedłem na premierę filmu o nim razem z kilkoma graczami i kiedy podszedł, podając mi rękę, powiedział: „Hej, byłeś cholernie dobry tego wieczoru z Realem na wyjeździe. Schowałeś do kieszeni Cristiano Ronaldo”. To dało mi niewiarygodnie dużo pewności siebie.