Wiele ostatnio mówi się o duńskim systemie szkolenia, który doprowadził reprezentację do miejsca, w którym się znajduje. Jednak jeden z najważniejszych trybów tej machiny z owym systemem nie miał praktycznie żadnej styczności. Cóż, może przesadziłem, Kasper Schmeichel jest przecież bramkarzem.  Przed dzisiejszym meczem Duńczyk czuje się bardzo pewnie, czym sprowokował angielskich fanów, pytając na konferencji prasowej „czy futbol właściwie był kiedyś w domu? Wygraliście to kiedyś?”. Jak w odpowiedzi przyznał Harry Hane, Anglicy rzeczywiście nigdy dotąd nie wygrali mistrzostwa Europy. Co innego Duńczycy, których w ’92 do tytułu poprowadził ojciec Kaspera, Peter.

Schmiechel I Innowator

Gdy Peter Schmiechel rozpoczynał swój pierwszy sezon gry na Wyspach, miał na karku 27 lat. Był czterokrotnym mistrzem Danii, zdobywcą krajowego pucharu, a także laureatem plebiscytu dla duńskiego piłkarza roku. I choć brzmi to dość abstrakcyjnie wszystko, co najlepsze miało się dopiero wydarzyć. Zaledwie rok później doszło do najważniejszej zmiany w zawodowej karierze Petera. I bynajmniej nie chodzi o zdobyte w tamtym roku przez Duńczyków mistrzostwo Europy. W to samo lato w 1992 roku powstała Premier League. Wraz z nią zabroniono bramkarzom łapać piłkę celowo zagrywaną przez zawodnika tej samej drużyny.

Dla znakomitej większości piłkarzy zmiana wydawała się zapewne nie aż tak istotna. Jednak dla tego jednego gracza z każdej drużyny piłka nożna nigdy nie była już taka sama. Wielu bramkarzy zupełnie nie odnalazło się w nowych czasach, w których dobry chwyt i refleks nie stanowiły już jedynych atrybutów potrzebnych, by szczelnie strzec bramki. Był też jednak golkiper, który fenomenalnie przystosował się do nowego stylu, a wręcz go zdefiniował, Peter Schmeichel. Ten sam, który dopiero co w finale mistrzostw Europy poniekąd sprowokował związek do wprowadzenia tej zmiany. Tamtego dnia przez blisko połowę meczu bezczelnie grał na czas, łapiąc piłkę zagrywaną nawet przez własnego napastnika z połowy boiska przeciwnika.

Viaplay
Viaplay

Przez następne lata działo się to, czego część z nas nigdy nie zapomni, a druga część dobrze zna z opowieści i nagrań. Świetna gra nogami, fenomenalny refleks, pajacyki, zuchwałość, wyjścia do rożnych i niemalże niezliczona liczba trofeów zdobyta w drużynie wypchanej gwiazdami. Eric Cantona, Ryan Giggs, Paul Scholes czy David Beckham to tylko kilka nazwisk, z którymi Schmeichel zdobywał tytuły, i z którymi codziennie trenował w ośrodku The Cliff. Nie był to jednak jedyny Schmeichel obecny na treningach Czerwonych Diabłów. Niemalże od początku pobytu Petera w Manchesterze na treningi pierwszej drużyny w roli obserwatora uczęszczał jego syn, urodzony w 1986 roku Kasper.

Śladami ojca

„Miałem niesamowite szczęście, dorastać w środowisku mojego ojca. Dzięki temu mogłem codziennie podglądać najlepszych zawodników tamtych czasów. Widziałem, jak ciężko pracowali, jak dążyli do doskonałości i ile byli w stanie poświęcić, aby osiągnąć  cel. Ich etyka pracy była powodem, dla którego byli najlepsi. Wtedy dowiedziałem się, że nie ma dróg na skróty” – opowiadał kilka lat temu w wywiadzie dla Guardiana.

I rzeczywiście Kasper na szczyt nie wszedł na skróty, tylnym wejściem, z miejsca stając się gwiazdą drużyny. Choć nazwisko na pewno otwierało przed nim wiele drzwi, które nie dla każdego były uchylone, wiązało się też z ogromnymi oczekiwaniami, ale też odpowiedzialnością, często niechcianą popularnością i nieustannymi porównaniami.

W maju 1999 roku Peter Schmeichel zagrał ostatni mecz w barwach Manchesteru United, jednocześnie wygrywając Ligę Mistrzów i przypieczętowując jeden z najlepszych klubowych sezonów w historii piłki nożnej. Zawodnicy United zdobyli wtedy The Treble, a wyczerpany niekończącymi się zgrupowaniami Duńczyk postanowił opuścić Anglię. Przeniósł się wówczas do portugalskiego Sportingu. Oczywiście zabrał ze sobą rodzinę. To właśnie w Portugalii w pobliskim Estoril po raz pierwszy do szkółki piłkarskiej trafił młody Kasper.

Niedługo później musiał się z nią jednak pożegnać. Przygoda ojca w Lizbonie dość szybko dobiegła końca, gdy po dwóch latach Peter znowu zapragnął grać w najlepszej lidze świata. W 2001 roku przeniósł się do Aston Villi. Tym razem jego syn postanowił pójść jednak własną drogą. Po raz pierwszy i jedyny w swoim życiu zapisał się do szkółki piłkarskiej w rodzinnym kraju.

Pierwsze kroki

To właśnie tam w Danii, w szkole sportowej w Oure Kasper ostatecznie postanowił, że zostanie bramkarzem. W tym samym momencie zrozumiał też, jakie wymagania wiąże ze sobą nazwisko, które posiada. Pojął, że musi pracować jeszcze ciężej i wykazywać jeszcze większe zaangażowanie niż jego rówieśnicy.

„Ganiał za dosłownie każdą piłką, za którą się dało. Choć czasami wszyscy widzieli, że ta i tak wyląduje w bramce. W rezultacie pewnego razu z hukiem wpadł do bramki, zachwiał się w jedną stronę, w drugą, po czym upadł zaplątany w siatkę – opowiadał w 2016 roku dla BT Sport Bo Pedersen, ówczesny trener Schmeichela. – To było trochę komiczne, ale jednocześnie pokazywało, jaką mentalność ma Kasper. To coś absolutnie wyjątkowego to go napędza. Widać, że odziedziczył to po swoim ojcu. To ten sam rodzaj szaleństwa. Tego nie da się nauczyć, to trzeba mieć”.

Niedługo potem w dziesiątą rocznicę sukcesu z Euro 92 bohaterowie tamtych wydarzeń rozgrywali okazjonalne spotkanie w Szwecji. W pierwszej połowie  Peter Schmeichel stał na bramce, ale w drugiej postanowił sprawdzić się z przodu. Na zjeździe nie pojawił się jednak rezerwowy bramkarz Duńczyków, trener ustawił na bramce siedzącego jak zawsze w pobliżu boiska Kaspera.

Młody Schmeichel prezentował się na tyle dobrze, grając za środkowym obrońcą Larsem Olsenem, że ten zaprosił go na testy do trenowanego przez siebie Brondby. Zanim jednak 16-letni golkiper zdążył pojawić się w stołecznym klubie, zgłosił się po niego Manchester City. Nie wahał się ani chwili, szczególnie że w to samo lato z klubem z błękitnej części Manchesteru swój ostatni roczny kontrakt podpisał Schmeichel senior.

Niby Manchester, a jednak Darlington, Falkirk, Bury…

Jak się później okazało, przygoda młodego bramkarza z The Cityzens to ciągłe oczekiwanie na otrzymanie szansy. W poszukiwaniu gry w dorosłym futbolu Kasper kierował się na kolejne wypożyczenia do Darlington, Bury, Falkirk, Cardiff City i Coventry City. Nie ma się co jednak dziwić, że w klubie z Manchesteru niewiele pograł. Gdy przychodził, numerem jeden był jego ojciec, potem sprowadzono Davida Seamana. Po chwili w klubie znaleźli się też David James i Shay Given, a w kolejce czekał jeszcze Kieren Westwood i Joe Hart. Od każdego z golkiperów Duńczyk próbował wyciągnąć to, co najlepsze.

„Seaman, to człowiek legenda. Miał ogromny spokój i opanowanie, nawet będąc pod presją. To było świetne. James z kolei był niesamowitym atletą. Zawsze byłem pod wrażeniem tego, w jaki sposób pracował i dbał o swoje ciało. Shay to jeden z tych gości, o których wiesz, że jest dobry, tak naprawdę nie zdając sobie sprawy, jak bardzo. Widząc go z bliska na treningu, zauważasz, że jego najlepsze parady, pokazywane na powtórkach w telewizji, to dla niego codzienność” – opowiadał Kasper w wywiadzie dla The Athletic.

Jednak swoje najbardziej charakterystyczne zagranie zaczerpnął od najmniej znanego z bramkarzy Manchesteru City.

„Ronald Waterreus miał na mnie wielki wpływ. Był pierwszym bramkarzem, który pokazał mi, jak wykopuje piłkę wolejem z boku. Nigdy wcześniej tego nie widziałem. Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłem, jak to robi. To było niesamowite. A do tego potrafił tak kopać lewą i prawą nogą” – dodawał Duńczyk.

Wszystkie drogi prowadzą do Leicester

Ostatecznie w 2009 roku Kasper odszedł do mającego wówczas wielkie ambicje i ogromne środki ze wschodu Notts County. Do klubu z League Two sprowadzał go znajomy menedżer z Manchesteru, Sven Goran-Eriksson. Wschodni inwestorzy zniknęli jednak z klubu tak szybko, jak się w nim pojawili i po pół roku w Nottingham nie było już ani inwestorów, ani pieniędzy, ani też szwedzkiego menedżera.

„To był szalony sezon. Jednego dnia lataliśmy na mecze samolotami, następnego ledwo było nas stać na autobus – opowiadał Kasper. – Ten wyjazd to jednak wciąż jedna z najlepszych decyzji, jakie podjąłem. W takich sytuacjach naprawdę poznajesz ludzi, z którymi współpracujesz. Codziennie czytaliśmy gazety, żeby dowiedzieć się, co się właściwie dzieje. Skupiliśmy się jednak na piłce i spokojnie wygraliśmy ligę”.

Mimo awansu Notts nie było stać na dalsze utrzymywanie Schmeichela i ten za darmo przeszedł do Leeds. Po roku pod swoje skrzydła jeszcze raz ściągnął go wspomniany wyżej Eriksson.

„Jestem teraz szczęśliwy, ale nie żałuję żadnego  z poprzednich transferów . Grałem w prawie każdej profesjonalnej lidze w tym kraju i w ogóle na Wyspach. Grałem w Szkocji, w Walii, w Premier League i Championship. Miałem szczęście uczyć się od tylu ludzi” – opowiadał po ostatnim transferze.

Właśnie wtedy, dekadę temu Kasper Schmeichel podpisał kontrakt z Leicester City. Z czystym sumieniem można przyznać, że dla Duńczyka był to równie ważny ruch co transfer jego ojca dwadzieścia lat wcześniej.

Schmeichel II Kontynuator

Pobyt w Leicester to już niemalże legenda – awans, great escape, fenomenalny sezon zakończony mistrzostwem Anglii i wielka tragedia, której naocznym świadkiem był Kasper, i która jeszcze bardziej zjednoczyła społeczność Leicester City. Społeczność, która w tym roku znowu tryumfowała, tym razem po zwycięstwie w Pucharze Anglii, dzięki czemu Kasper mógł wpisać w cv jeszcze jedno trofeum, zdobyte niegdyś przez Petera.

Kilka dni temu na naszym profilu pojawiło się zdjęcie Kaspra okraszone podpisem „Legenda”. Choć post spotkał się z pozytywnym odbiorem, nie brakowało krytycznych głosów. „Z tą legendą to bym nie przesadzał”,  „To Peter jest legendą”, „Nie dorównał ojcu” – pojawiło się w komentarzach pod zdjęciem.  Nie ma się co oszukiwać, pod względem liczby tytułów Kasper nie dorówna już ojcu. Ale czy takiemu ojcu właściwie da się dorównać?

Z drugiej strony, legenda to pojęcie względne, każda nawet najmniejsza społeczność może mieć własną i właściwie nic nam do tego. Dokładając do tego ostatnie wydarzenia i wzór do naśladowania, jakim kolejny raz okazał się Kasper, czuje się spokojny, nazywając go w ten sposób. A tak naprawdę, czy w katalogu piłkarskich legend nie ma miejsca dla dwóch wielkich duńskich bramkarzy, nawet jeśli to ojciec i syn? Na pewno powinno się znaleźć, szczególnie jeśli dziś Duńczycy zdołają wywieźć z Wembley korzystny wynik.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie