W tym roku mija 25 lat, od kiedy Szkocja po raz ostatni zagrała na Mistrzostwach Europy. W 1996 roku, w czasie imprezy rozgrywanej w Anglii jeszcze w formacie 16 zespołów, reprezentacja pod wodzą Craiga Browna była dosłownie o włos od wyjścia z grupy. Jednak gol na 1:4 Patricka Kluiverta w spotkaniu Holandii z Anglią, przesądził ostatecznie o tym, że to Oranje ich kosztem awansowali dalej dzięki większej liczbie zdobytych bramek. Po 23 latach (dwa lata później zaliczyli jeszcze bardzo nieudany mundial we Francji) piłkarze z Kraju Potwora z Loch Ness wracają na międzynarodową arenę. Choć Szkoci trafili do trudnej grupy, to zagrają aż dwa z trzech spotkań u siebie. The Tartan Army, jak określani są ich szaleni kibice, liczą na przełomowe lato.

Słaby początek eliminacji i zmiana warty

Szkocja okazała się jednym z pierwszych beneficjentów wprowadzonej przez UEFA w 2018 roku Ligi Narodów. Drużyna z Wysp Brytyjskich trafiła tam do trzeciej dywizji, gdzie wygrała grupę z Izraelem i Albanią, inkasując w sumie 9 punktów. Tym samym zapewniła sobie udział w barażach o awans do Mistrzostw Europy w przypadku niepowodzenia w eliminacjach. To okazało się kluczowe, bo na wiosnę i jesień 2019 roku reprezentacja radziła sobie bardzo przeciętnie. Dość powiedzieć, że na otwarcie przegrała na wyjeździe z Kazachstanem aż 0:3, za co głową zapłacił ówczesny selekcjoner – Alex McLeish.

Na nowego menedżera tutejsza federacja wybrała Steve’a Clarke’a, byłego defensora Chelsea, który na Stamford Bridge spędził przeszło 11 lat. 57-latek po odwieszeniu butów na kołek pracował przez lwią cześć trenerskiej kariery jako asystent, m.in. w swoim byłym klubie pod opieką Jose Mourinho. Ale zahaczył również o West Ham za czasów Gianfranco Zoli u sterów czy Liverpool, gdzie współpracował z Kennym Dalglishem. Na swoje przeszedł dopiero w 2012 roku, obejmując West Brom. Co ciekawe, ekipa z The Baggies pod jego wodzą osiągnęła swój najlepszy wynik w historii startów w Premier League. W kampanii 12/13 uplasowała się na 8. miejscu w ligowej tabeli, wygrała aż 14 spotkań i zdobyła 48 punktów. Każdy z tych rekordów do dzisiaj nie został pobity.

W połowie następnego sezonu Clarke został jednak zwolniony w obliczu niezadowalających zarząd rezultatów. Następnie pracował jeszcze w Reading, a także, ponownie jako asystent, w Aston Villi. Warty podkreślenia jest fakt, że z The Royals Szkot po raz pierwszy od 88 lat dotarł do półfinału Pucharu Anglii. Jednak to ostatni jego klubowy przystanek – Klimarnock – zadecydował, że stał się głównym kandydatem do objęcia narodowego zespołu. Popularnych Killie wyciągnął z dna tabeli szkockiej Premiership na odpowiednio 5. i 3. pozycję, co uznano w kraju za ogromny sukces. W nagrodę dwukrotnie zgarnął statuetkę dla trenera sezonu. Dlatego w jego zatrudnieniu pokładano spore nadzieje.

Prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym jak zaczynają, a jak kończą

Clarke lubi grać przed mediami rolę surowego szefa. Jednak poza światłem reflektorów to zupełnie inny człowiek. To spokojem, dbałością o najdrobniejsze detale, determinacją, ale także nutką humoru Clarke w każdym z miejsc, gdzie pracował zapracował sobie na kredyt zaufania wśród podopiecznych i osiągał wyniki ponad stan.

Jestem facetem, który lubi włożyć buty, ubrać dres, zakładać na szyję gwizdek, brać kilka notatek i wychodzić na boisko. Wtedy czuję się najbardziej komfortowo.

57-letni menedżer zostawia też zawodnikom sporo swobody poza treningami. Świetną historię przytoczył na łamach BBC jeden z jego byłych podopiecznych –  Gary Dicker. Prowadząc Killie, Steve zabrał drużynę przed decydującą fazą sezonu na obóz treningowy na Teneryfie. Na miejscu nie ustanowiono z zawodnikami żadnych zasad dotyczących nocnych wyjść. Kadra była niepewna granic, zwłaszcza że pierwszego dnia pozwolono im „uderzyć w miasto”. Dicker wspomina, że następnej nocy koło 9, wychodząc z hotelu, wpadli na Clarke’a i kilku jego współpracowników.

Szef zapytał ich, dokąd się wybieramy. Próbowaliśmy na szybko znaleźć jakąś wymówkę, ale nic sensownego nie przychodziło nam do głowy. Po kilku sekundach popatrzyłem na Clarka, a on tylko śmiał się z faktu, że prostym pytaniem wprawił nas w taki mętlik.

Takie swobodne podejście, a także dobór właściwych schematów taktycznych przyczynił się, choć nie od razu, do poprawy wyników oraz zmiany ponurej aury wokół reprezentacji. Szkocja zaraz po jego debiucie zaliczyła serię 4 porażek z rzędu z Belgami i Rosjanami, ale przyzwoita końcówka pozwoliła im swoją grupę ukończyć na 3. lokacie. Taki wynik awansu na turniej nie dawał, ale Wyspiarze mieli w zanadrzu jeszcze baraże. Po odprawieniu w Glasgow Izraela, w finałowym starciu przyszło im się zmierzyć z Serbią w Belgradzie. Podopieczni Clarke’a prowadzili 1:0, ale stracili gola w doliczonym czasie gry za sprawą Luki Jovicia. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc doszło do rzutów karnych. W nich bohaterem został bramkarz Derby – David Marshall, który obronił strzał Mitrovicia, doprowadzając cały kraj do euforii. Oczekiwanie dobiegło końca.




Grupa szansy?

Szkocja miała wbrew pozorom szczęście w losowaniu. Przez specyfikę samego turnieju, który rozgrywa się w 12 miastach, wiadome było, że jeśli podopieczni Clarka awansują, zagrają przynajmniej dwa z trzech spotkań na własnym stadionie. Hampden Park znalazł się bowiem wśród aren Euro 2020. Drugą sprawą był fakt, że jeśli Anglicy też zapewnią sobie udział w imprezie, obie ekipy znajdą się w tej samej grupie.

Drogą loterii, to Synowie Albionu podejmą na Wembley swoich rywali z północy. Jako że ulubieńcy The Tartan Army zapewnili sobie bilet wstępu na mistrzostwa przez play-offy, sklasyfikowani zostali w dopiero czwartym koszyku. Los przyniósł im z drugiego koszyka Chorwację, a z trzeciego Czechów. W obu przypadkach ominęli więc najsilniejsze ekipy (odpowiednio Francję i Portugalię). Narzekać nie mogli.

Zagranie na własnym terenie, w głównej mierze przed własnymi kibiców według mnie może mieć ogromne znaczenie. Szczególnie dla takich ekip jak Szkocja, które raczej nie będą stawiane w roli faworyta. Doskonale wiadomo, jak lokalni fani potrafią ponieść Celtic w spotkaniach Ligi Mistrzów z największymi gigantami europejskiego futbolu. Jaki kocioł są oni w stanie przygotować ekipie gości. Z powodu pandemii na mecze reprezentacji wejdzie zaledwie 12 tys. z możliwych 52 tys. Jednak jak podkreśla sir Alex Ferguson w rozmowie ze stroną Firstpost to i tak wystarczy, by stworzyć wyjątkową atmosferę.

Wiem, że to tylko 12 000 osób. Ale 12 000 w Hampden, kiedy się ruszają, krzyczą, skaczą, dopingują, to jak 50 000 na Wembley. Możemy stworzyć taki klimat, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Wydaje się, że kraj spod znaku ostu raczej będzie szukał swojej szansy na awans z drugiego lub trzeciego miejsca. W mojej opinii Synowie Albionu są poza zasięgiem każdej z wymienionych wyżej ekip. Chorwaci, z racji tytułu wicemistrzów świata i naprawdę kilku piłkarzy z samej śmietanki europejskiego futbolu, wydają się być kandydatem do drugiego miejsca. Jednakże tutaj zostawiam sobie furtkę. Absolutnie kluczowe dla Szkotów jest pierwsze spotkanie z naszym południowym sąsiadem. W jesiennych starciach Ligi Narodów The Tartan Army dwukrotnie pokonała Národní tým. Powtórzenie takiego rezultatu jest osiągalne i dałoby świetną sytuację wyjściową przed starciami z mocniejszymi ekipami.

Znajomi z Premier League

A o korzystny rezultat jest kim powalczyć. Steve Clarke miał trochę szczęścia, gdyż trafił na jedno z najzdolniejszych pokoleń w szkockim futbolu na przestrzeni ostatnich 20 lat. 57-letni szkoleniowiec odziedziczył drużynę ze zdecydowanie większą liczbą piłkarzy grających na co dzień w klubach Premier League, którzy nie stanowią tylko dodatku do szerokiej kadry zespołu.

Czy ktoś teraz wyobraża sobie lewą flankę w Liverpoolu bez Andy’ego Robertsona? Wątpię, bo na chwilę obecną to jeden z najlepszych bocznych obrońców na świecie. Czy Aston Villa zaliczyłaby tak dobry sezon bez trzymającego wszystko w ryzach Johna McGinna? Tu odpowiedź nasuwa się podobna. Poza tym, po naprawdę solidnych kampaniach są Scott McTominay , Che Adams czy Liam Cooper. Pierwszy z nich wyrasta na Old Trafford, ku uciesze wielu sympatyków United, na prawdziwego lidera drużyny, defensywnego pomocnika, mającego nie raz, nie dwa zapędy pod pole karne przeciwnika. Adams kontynuował swoja dobrą dyspozycję z końcówki rozgrywek 19/20, będąc istotną postacią Southampton, szczególnie pod nieobecność Danny’ego Ingsa. Z kolei Cooper to kapitan i podpora bloku defensywnego Leeds u Marcelo Bielsy.

Nie można również zapomnieć o Kieranie Tierneyu, którego transfer na Emirates Stadium jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobił Arsenal w ostatnich letnich okienkach. Oczywiście są gracze trochę mniej znaczący w swoich ekipach niż ci wyżej wymienieni. Stuart Armstrong w Świętych był na granicy pierwszej jedenastki. Ryan Fraser, choć z często tylko z ławki, dostawał swoje minuty w Newcastle. Jest jeszcze całkiem niezły zaciąg solidnych zawodników z Celtiku czy Championship. Callum McGregor, podpora The Bhoys, jest absolutnym pewniakiem i wiodącą postacią w środku pola u Clarke’a. Z kolei Lyndon Dykes z QPR wyrasta na drugą opcję ataku obok Adamsa.

Choć to wszystko na papierze pięknie brzmi, z kadrą, jaką dysponuje Szkocja, nie jest do końca tak kolorowo. Przede wszystkim dlatego, że skład nie jest odpowiednio zbilansowany. Z jednej strony mamy dwóch znakomitych lewych obrońców, z drugiej na prawej flance nie ma choćby połowy tak dobrego zawodnika. Obawy można mieć co do obsady bramki, a także środka obrony.

Czym Szkoci mogą zaskoczyć swoich rywali?

Wszystkie wymienione tutaj czynniki spowodowały, że Clarke, chcąc jak najlepiej wykorzystać atuty swoich piłkarzy, musiał szukać niekonwencjonalnych rozwiązań. Głównym zadaniem stojącym przed obecnym selekcjonerem, była próba znalezienia takiej koncepcji, aby znaleźć miejsce zarówno dla Robertsona, jak i Tierneya. Obaj to bardzo ofensywni usposobieni obrońcy, lubujący się w wielokrotnych wrzutkach w pole karne przeciwnika z dowolnego miejsca na boisku.

Dlatego też 57-latek, podobnie jak Paulo Sousa, zdecydował się zaszczepić wśród swoich piłkarzy grę z trójką z tyłu. Dominującym systemem Szkotów jest 3-5-2, jednak drużyna potrafi płynnie przejść w 4-3-3 w zależności od potrzeb. Zawodnik z północnego Londynu w reprezentacji ustawiany jest w roli lewego środkowego defensora. To daje sporą swobodę w podłączaniu się do akcji ofensywnych Robertsonowi. Gdy brakuje gracza Liverpoolu w sferze obronnej, to właśnie Tierney przejmuje jego rolę. Zresztą i sam podopieczny Artety często ucieka się do ścinania ze skrzydła do środka pola i prób dryblingu w nadziei na zaskoczenie przeciwnika.

Ale to nie jedyny eksperyment stosowany przez byłego opiekuna Kilmarnock. Kolejnym jest przestawienie Scotta McTominaya z pozycji defensywnego pomocnika na środkowego obrońcę. Rosły zawodnik radzi sobie w tej roli znakomicie, gdyż uwypuklone są tutaj jego najważniejsze atuty jak wzrost, siła, gra w powietrzu i umiejętność wyprowadzania piłki. Na innej pozycji często grywa również McGinn, który z braku klasycznego rozgrywającego w kadrze przesuwany jest na „10”.

Clark do swoich podopiecznych zastosował bardzo pragmatyczne podejście. Menedżer nie ma po prostu odpowiednich wykonawców, by próbować grać trochę ambitniejszy futbol. Dlatego Szkoci głównie nastawieni są na grę z kontry i szukanie stałych fragmentów gry. Tu właśnie przewagę dają jej tacy gracze jak Robertson, Tieney czy McTominay, którzy czy to prostopadłymi podaniami, czy wysokimi dośrodkowaniami potrafią szybko przetransportować piłkę na połowę rywala. Tam gracze ataku często próbują jak najszybciej oddać strzał, nawet z niezbyt przygotowanych pozycji. Z kolei w fazie obronnej drużyna cofa się głęboko we własne pole karne, nierzadko przebywając tam całą piątką defensorów.

Na jaki wynik stać ulubieńców The Tartan Army?

Poprzednie występy Szkocji na arenie międzynarodowej nie przynosiły wielkiej chwały reprezentacji. Przez lata kadra, dla tych którzy jeszcze pamiętają, dostarczała coraz bardziej traumatycznych przeżyć swoim kibicom. Wielką katastrofą okazały się dla The Tartan Army choćby Mistrzostwa Świata Kobiet rozgrywane dwa lata temu we Francji.

Dlatego Euro 2020 to wyjątkowa okazja dla drużyny Steve’a Clarka. Choć sam awans i udział w prestiżowym turnieju to wiele dla tej ekipy, ewentualny sukces na przełomie czerwca i lipca zapisze ich złotymi zgłoskami na kartach historii. Po raz pierwszy – a kto wie, czy nie ostatni – spotkania na imprezie tej rangi przyjdzie im rozgrywać u siebie. Taką przewagę po prostu muszą wykorzystać. Wielokrotnie mieliśmy już do czynienia, jak ekipy, grając na własnej ziemi, ogrywały w glorii chwały kolejnych przeciwników. Korea Południowa w 2002, Portugalia w 2004 i Rosja w 2018 roku to tylko niektóre z nich.

W meczu otwarcia na Hamden Park z Czechami trzeba postawić solidny stempel i zainkasować 3 punkty. Nie ma innej możliwości. Z Anglią o jakiekolwiek oczko będzie niezwykle ciężko, ale wyjątkowa atmosfera towarzysząca meczowi może poniesie ich do niemożliwego. To najstarsza rywalizacja w futbolu, a także znakomita okazja do zemsty za ‘96. Nie ma drugiej takiej ekipy, z którą Szkoci toczyliby bardziej zaciekle batalie i z którą pragnęliby wygrać bardziej niż z Synami Albionu. O losie zadecyduje w mojej opinii finałowe starcie z Chorwacją.

Jak pokazało Euro 2016, awans do najlepszej szesnastki turnieju praktycznie na 100% zapewnią 4 punkty. Przy odrobinie szczęścia nawet 3. Głęboko wierzę, że tę drużynę na to stać. Coś więcej? Raczej nie. Choć, jeśli udałoby się wyjść z 2. miejsca, to trafiają na naszych lub Szwedów. Bez szans na pewno w tym spotkaniu by nie byli. Ale już samo wyjście z grupy i tak będzie dla tej kadry i jej kibiców długo wspominanym sukcesem.

Kalendarz Szkotów na Euro:

Poniedziałek 14 czerwca, 15:00: Szkocja vs Czechy – Hampden Park, Glasgow

Piątek 18 czerwca, 21:00: Anglia vs Szkocja – Wembley, Londyn

Wtorek 22 czerwca, 21:00: Szkocja vs Chorwacja – Hampden Park, Glasgow

Zgłoszona 26-osobowa kadra:

Bramkarze: Craig Gordon (Hearts), David Marshall (Derby), Jon McLaughlin (Rangers).

Obrońcy: Liam Cooper (Leeds), Declan Gallagher (Motherwell), Grant Hanley (Norwich), Jack Hendry (Celtic), Scott McKenna (Nottingham Forest), Stephen O’Donnell (Motherwell), Nathan Patterson (Rangers), Andy Robertson (Liverpool), Greg Taylor (Celtic), Kieran Tierney (Arsenal).

Pomocnicy: Stuart Armstrong (Southampton), Ryan Christie (Celtic), John Fleck (Sheffield United), James Forrest (Celtic), Ryan Fraser (Newcastle United), Billy Gilmour (Chelsea), John McGinn (Aston Villa), Callum McGregor ( Celtic), Scott McTominay (Manchester United), David Turnbull (Celtic).

Napastnicy: Che Adams (Southampton), Lyndon Dykes (QPR), Kevin Nisbet (Hibernian).

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie