Żywot rezerwowych bramkarzy nigdy nie jest łatwy. Szanse wejścia na boiska i zyskania odpowiedniego czasu gry są bardzo ograniczone. Tu nie dochodzi do sytuacji, że trener po prostu zdejmuje swój numer 1 i wstawia drugiego, jak ma to miejsce przy graczach z pola. Jeśli jeden golkiper zaczyna mecz w wyjściowej jedenastce, to na 99% dogrywa go do końca. Chyba, że przydarzy się jakaś niespodziewana kontuzja. Numer 2 swoich szans musi szukać w meczach pucharowych i to zazwyczaj tych mniej ważnych. Jeśli zagra na przyzwoitym poziomie trenerowi może zaświecić się lampka, czy aby na pewno stawia regularnie na lepszego z pary. A co zrobić, gdy jest się numerem 3? A co zrobić, gdy w klubie jest się dopiero bramkarzem numer 5? Na to pytanie odpowiada Robert Sanchez. Mewa, która jeszcze jakiś czas temu mogła pomarzyć o lotach w bramce Brighton.

Hiszpan, którego ciągnęło do Anglii

Mimo, że Robert Sanchez pochodzi z Kartageny, swoje pierwsze poważne piłkarskie kroki stawiał w Walencji, a mianowicie w drużynie Levante. Młody bramkarz zdecydowanie wyróżniał się w swoich drużynach młodzieżowych, zwracając na siebie uwagę międzynarodowych skautów. Jednym z nich był Mark Anderson, wieloletni specjalista ds. rekrutacji w Akademii Brighton, który nastolatka zobaczył w czasie jednej ze swoich służbowych podróży do Hiszpanii w 2014 roku. Anglik z miejsca zachwycił się potencjałem drzemiącym w Sanchezie i zapragnął ściągnąć go do zespołu Mew. Zresztą wyjawił to w wywiadzie dla Sky Sports.

Po prostu wiedziałem, że w tym chłopcu jest wielki potencjał. Jego postura, jego warunki fizyczne, jego osobowość, jego umiejętności… Miał po prostu wszystko. Wykonuję tę pracę od 35 lat i tylko kilka razy miałem podobne przeczucie. To nie zdarza się zbyt często, więc kiedy tak się dzieje, z radością postawiłbym na takiego gracza życiowe oszczędności. Teraz, kiedy się przedarł, jest to łatwo powiedzieć, ale zawsze wiedziałem, że poradzi sobie dobrze.

Kartageńczyk po rozmowach z Andersonem podjął jak na swój wiek trudną decyzję i postanowił przenieść się do Wielkiej Brytanii. Zawodnik musiał się przy tym wykazać nie lada cierpliwością. Przedsięwzięcie nie było proste do przeprowadzenia. Golkiper z Levante był związany skomplikowaną umową, gdzie stronami były również jego wcześniejsze, młodzieżowe drużyny. Przez te zawirowania minął prawie rok, zanim w końcu doszło do przeprowadzki. Podczas gdy wielu piłkarzy mogłoby zrezygnować z takiego posunięcia ze względu na te trudności, chęci Roberta absolutnie się nie zmniejszyły. Szef rekrutacji Brighton wspomina, że Sanchez nieustannie pytał kiedy w końcu kluby się dogadają.

Dzwonił do mnie i nieustannie powtarzał: ‘Mark, Mark, co się dzieje? Kiedy mogę przyjechać?’.  Tak bardzo chciał być w Wielkiej Brytanii. Tak bardzo chciał być piłkarzem Brighton.

Wyczekiwane przenosiny

Kiedy nareszcie udało załatwić się wszelkie formalności, Sanchez samotnie przeniósł się na upragnione Wyspy. Nie było to dla niego łatwe, gdyż nikt bliski nie wspierał go na miejscu. Młody bramkarz został zakwaterowany u lokalnej pary w wynajmowanym pokoju, a słaba znajomość angielskiego uniemożliwiała sprawną komunikację. Zawodnik jednak podjął wyzwanie. Pomimo nieznajomości brytyjskiej kultury i języka, zawsze pojawiał się na wszelkich spotkaniach, zawsze pragnął być zaangażowany w życie klubu.

W Brighton piłkarsko czekała na niego spora rywalizacja. Hiszpan w swojej drużynie natknął się na grono równie utalentowanych jak on bramkarzy – Christiana Waltona i Toma McGilla. Obaj już mieli wtedy na swoim koncie występy w angielskiej młodzieżówce. To tylko jednak motywowało go do jak najcięższej pracy i dawania z siebie 110% nawet przy najdrobniejszych elementach bramkarskiego rzemiosła. Jego umiejętności były bardzo cenione przez kadrę trenerską akademii – najpierw przez Justinasa Gasiunasa, a następnie przez Bena Robertsa. Ten drugi ma w tej historii szczególne znaczenie, bo stał się dla młodego golkipera drugim ojcem.

Zresztą do dziś obaj panowie pracują razem, z tą różnicą, że już w seniorskiej drużynie. To właśnie on był zaangażowany w dobór klubów, do których Sanchez był potem wypożyczany. W 2018 roku Robert podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt z Brighton, a z polecenia Rodgersa trafił najpierw do grającego w League Two Forest Green Rovers, a następnie do znajdującego się w League One Rochdale, by zyskać trochę boiskowego doświadczenia i dojrzałości.

W oczekiwaniu na szansę

Wybór tych zespołów nie był przypadkowy, bo ich styl gry, oczywiście zachowując odpowiednie proporcje, był zbliżony do tego co prezentuje Brighton. W barwach drużyny z Nailsworth spisywał się nieźle. Od początku miał zaufanie trenera i zadebiutował już w pierwszej kolejce w efektownej wygranej z Grimsby 4:1. W 17 meczach puścił 17 goli co nie jest najgorszym rezultatem, ale jedynie dwukrotnie zachował czyste konto. Jego wypożyczenie zostało jednakże przerwane po pół roku. Matt Ryan w trakcie sezonu został powołany przez selekcjonera reprezentacji Australii na Puchar Azji i Mewy potrzebowały na krótki okres trzeciego golkipera do rotacji.

Na starcie kampanii 19/20 Robert Sanchez udał na wypożyczenie do drugiego wspomnianego wyżej klubu. W Rochdale też nie rozegrał pełnych rozgrywek, ale tu na drodze stanęła pandemia. Wielkim orędownikiem talentu Hiszpana w drużynie The Dale był ówczesny trener bramkarzy – Steve Collins.

Znałem go z jego pierwszego wypożyczenia do Forest Green. Coś w nim było. Ma 6 stóp i 6 cali [197cm], jest atletyczny, ale jest też przy tym naturalnym piłkarzem. Czuje się komfortowo z piłką przy nodze. Potrafi grać długo, potrafi grać krótko i robi to z naprawdę świetną dokładnością. Jest typem nowoczesnego bramkarza.

Podczas pobytu na Spotland Stadium wychowanek Levante imponował trenerom ogromną chęcią do nauki i doskonalenia swoich umiejętności. Warty podkreślenia jest tu jego występ z Manchesterem United w Carabao Cup. Na Old Trafford przez długi czas jego wspaniałe parady utrzymywały zespół przy życiu. Po ostatnim gwizdku, więcej niż o samym meczu mówiło się właśnie o Sanchezie i jego wręcz lotniczych interwencjach. Ostatecznie wystąpił w 35 meczach w lidze oraz pucharach i choć wpuścił sporo bramek (aż 53), to wydatnie pomógł w utrzymaniu Rochdale na trzecim poziomie rozgrywkowym.

Wyczekiwany debiut i pilny telefon do mamy

Owocne wypożyczenie do klubu z hrabstwa Wielkiego Manchesteru nie przełożyło się na poprawę pozycji w hierarchii bramkarzy w Brighton. Kiedy piłkarze Grahama Pottera wrócili na początku sierpnia z urlopów, Robert Sanchez był dopiero piątym wyborem trenera za Mattem Ryanem, Davidem Buttonem, Jasonem Steelem i Christianem Waltonem. Jednakże pomimo tak niekorzystnej sytuacji, wszystko z odrobiną szczęścia powoli zaczynało się układać się po myśli Hiszpana. Jeszcze latem Button odszedł za około milion funtów do beniaminka z West Bromwich, a w przedsezonowym sparingu z Chelsea długoterminowej kontuzji nabawił się Walton. To pozwoliło awansować na początku rozgrywek 23-latkowi na pozycję numer trzy. Zamknęło również przynajmniej do stycznia dyskusję o ewentualnym kolejnym sezonie na pańszczyźnie w innym zespole.

Na początku listopada jego sumienna praca została niespodziewanie wynagrodzona. W meczu przeciwko Tottenhamowi Potter postanowił z „powodów taktycznych” dać odpocząć niekwestionowanemu do tej pory numerowi jeden w bramce Mew – Ryanowi. Wydawało się, że w tym momencie do bramki wskoczy Jason Steele, który bronił we wszystkich spotkaniach Pucharu Ligi. Jednak beneficjentem został właśnie Sanchez, który w ten sposób zadebiutował w angielskiej ekstraklasie. Co prawda, nie udało mu się uchronić klubu od porażki ze Spurs (1:2), ale w ciągu tych 90 minut zagrał na dużym spokoju i zaliczył kilka przyzwoitych interwencji. To jak ważny był to dla niego wieczór wyjawił później klubowej telewizji.

Byłem niezwykle szczęśliwy dzisiaj, ponieważ nie miałem łatwej podróży, aby dotrzeć do tego miejsca. Debiut w Premier League jest tym, na co pracowałem przez całe życie. Po prostu starałem się dać z siebie wszystko.

Mecz ten miał jeszcze jeden warty wspomnienia moment. Gdy Hiszpan dowiedział się, że wybiegnie w wyjściowej jedenastce, od razu wykonał telefon do swojej mamy, która wraz z tatą puściła go samotnie do Anglii jeszcze jako nastolatka, aby mógł spełnić swoje piłkarskie marzenia.

Zawsze gdy rozmawiam z mamą powtarzam jej, że moja szansa nadejdzie. W sobotę zadzwoniłem i powiedziałem, że będą mogli oglądać mnie w telewizji! Dała znać wszystkim bliskim. Była bardzo szczęśliwa. Po meczu powiedziała mi, że dostała przeszło 1000 smsów od rodziny i przyjaciół.

Co Brighton daje Sanchez za słupkami?

Sanchez nie wskoczył od razu do bramki Brighton na stałe. Ławka rezerwowych dla Ryana miała być czymś w rodzaju oczyszczenia i następnie powrócił on między słupki Mew. Jego forma jednak nadal była daleko od tej z poprzednich kampanii. Po pięciu spotkaniach do składu znów wskoczył 23-letni wychowanek Levante. W meczu z Fulham na Craven Cottage Hiszpan zachował czyste konto, a Potter podjął decyzję, że zostanie on nowym numerem jeden. Ryan zaś w styczniu został oddany na półroczne wypożyczenie do Arsenalu.

Od 13. kolejki i wspomnianego występu w zachodnim Londynie, Sanchez nieprzerwanie strzeże bramki Mew. W sumie wystąpił już w 18 spotkaniach, wpuszczając jedynie 17 goli co jest świetnym wynikiem jak na klub bijący się o utrzymanie i jak na fakt, że zespół z Ryanem stracił 19 bramek w 11 meczach. Z Hiszpanem Brighton kończyło mecz aż 7-krotnie z czystym kontem, w tym 4 razy z rzędu co ustanowiło nowy rekord klubu w Premier League. Jednocześnie zaliczyła punktową zwyżkę z poziomu 1 oczka przewagi nad strefą spadkową do 7.

Robert Sanchez w swojej grze wyróżnia się niesamowicie dobrym refleksem, mimo że jest bardzo wysokim golkiperem. Wzrost pozwala mu często obronić strzały, które mogłyby być poza zasięgiem innych bramkarzy. Tu na wyróżnienie zasługuje interwencja z lutowego meczu z Kogutami, gdy wyciągnięty jak struna końcami palców sparował na rzut rożny uderzenie Viniciusa. Kolejną jego mocną stroną jest gra w powietrzu. Kartageńczyk jest niezwykle pewny w wyjściu do górnych piłek. Można być niemal pewnym, że gdy wysokie dośrodkowanie pójdzie w pole karne, on je przejmie. Pewna postawa w tym aspekcie pozwoliła Brighton ograniczyć starty bramek po rzutach rożnych i wolnych, co było ich piętą achillesową w pierwszej połowie sezonu. Z nim w bramce trójka środkowych obrońców zyskała zastrzyk pewności siebie i znacząco podniosła swoją formę.

Wygryziony ze składu Kepa

Występy Sancheza w Premier League nie uszły uwadze selekcjonera La Furia Roja. Luis Enrique powołał zawodnika Brighton na marcowe mecze reprezentacji Hiszpanii z Grecją, Gruzją i Kosowem. W Hiszpanii taki wybór spotkał się często z dużym niedowierzaniem, bo pomimo problemów z grą wydawało się, znajdzie się miejsce dla Kepy Arrizabalagi. Do tego stopnia, że Marca wypuściła artykuł kim tak naprawdę jest Robert Sanchez. Trudno jest jednak z wolą byłego trenera Barcelony się nie zgodzić. Sanchez naprawdę imponuje na przestrzeni ostatnich miesięcy, podczas gdy gracz Chelsea (poza meczami FA Cup) ogląda mecze z ławki rezerwowych. Dumny ze swojego zawodnika był również Graham Potter, chwaląc go w wywiadzie dla talkSPORT.

Jestem bardzo zadowolony z niego i z trenerów bramkarzy, którzy pracowali z nim i wszystkimi chłopakami w akademii. To wspaniała historia. Jesteśmy z tego powodu zachwyceni jako klub. Jest to nagroda dla Roba za jego pracę z nami i rozwój, ale także dla nas i ludzi związanych z tym klubem, którzy mu w tym pomogli.

Choć ostatecznie Robert Sanchez nie wystąpił w żadnym ze spotkań, to pierwsze powołanie jest dla niego ogromnym wyróżnieniem. Zapewne też nie jest ostatnim. Ma wyśmienite warunki fizyczne, jego etyka pracy nie pozostawia żadnych zastrzeżeń, a ciągła chęć rozwoju będzie tylko pchała go przodu. Nie ma już wątpliwości, że szkoleniowiec Brighton postąpił słusznie odsuwając na bok Matta Ryana, by postawić na Sancheza. W nagrodę za swoje występy podpisał w lutym nowy kontrakt do czerwca 2025 roku. Jeśli w końcówce sezonu 23-latek pomoże Mewom w utrzymaniu w angielskiej ekstraklasie, to myślę, że zobaczymy go także w kadrze na Euro. A wtedy wykona jeszcze jeden pilny telefon do mamy.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie