Luca D’Andrea pisał w „Istocie zła”, że nie istnieje choć jedna osoba, która nie słyszałaby o Elvisie, Nirvanie, Hendricksie czy Rolling Stonesach. Abdoulaye Doucouré to przypadek odwrotny. Nawet ludzie Liverpoolu, którzy nie interesują się Premier League, zapewne mieliby problem ze wskazaniem go na zdjęciu. Nic w tym dziwnego, nie jest gwiazdą. Bardziej szokujące jest to, jak mało uwagi poświęcamy mu my, wszyscy zakochani w futbolu.

Derbowe zwycięstwo nad Liverpoolem miało w Evertonie dwóch głównych aktorów – Jordana Pickforda i Richarlisona. U The Toffees widowisko nigdy nie jest jednak przesadnie przytłoczone przez indywidualności. Tak jak podczas poprzednich meczów tego sezonu, Abdoulaye Doucouré był raczej cichą postacią drugoplanową, na pewno nie statystą.

Idealne otwarcie spotkania, okraszone bramką brazylijskiego napastnika, zapoczątkowane było przecież przez Francuza. To on dwukrotnie wygrał walkę o pozycję i skierował piłkę do Jamesa Rodrigueza, który kilka sekund później mógł cieszyć się z asysty.

Tak mniej więcej wygląda nieco niewdzięczna rola pomocnika z jego zadaniami. Gromkie brawa spadają na gwiazdy ofensywy, które jego ciężką pracę na całym boisku muszą przekształcić w coś ekstra. Ale 28-latek nie łaknie sławy czy pochwał. Wystarczy spojrzeć na jego reakcje po golach kolegów, kiedy pierwszy biegnie do strzelca z wielkim uśmiechem. Po prostu chce dla swojego klubu jak najlepiej i wkłada w to&nbs