Życie potrafi zaskakiwać. Jednego dnia jesteś wielkim talentem pozyskanym za grosze, później – pierwszym do sprzedaży. Wielki powrót i ostoja defensywy, następnie ciężka kontuzja. Holding i jego kariera to prawdziwy rollercoaster, jednak wygląda na to, że Anglik nareszcie dostanie szansę na stabilizację.

W 2016 roku na The Emirates trafił anonimowy wychowanek Boltonu. Miał za sobą udaną rundę na zapleczu Premier League, ale trudno powiedzieć, że zachwycał. Nieco drętwy, lecz grający z prawdziwą pasją. Mierzący 190 centymetrów defensor był ciekawym obiektem do obserwacji, jednak dla klubu na poziomie utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zainteresowanie Robem ze strony Arsenalu było niemałym szokiem. Bolton z radością przyjął ofertę opiewającą na 3 miliony funtów, a Arsene Wenger przywitał w swojej drużynie nowego zawodnika.

Od tamtego momentu zdarzały się mecze lepsze i gorsze jak to w karierze piłkarza. Rob jednak nigdy nie zaskarbił sobie zaufania francuskiej legendy. Jego najlepszy okres został okraszony cytatem, który już na zawsze pozostanie z nim związany. Arsene Wenger podsumował jego występy słowami – „Przepraszam, że nie kosztował 55 milionów funtów”.

Źródło: Arsenal

To nawiązanie do Johna Stonesa, który w 2016 roku, podobnie jak Holding przeprowadzał się do nowej drużyny. Zamieniał wtedy Everton na Manchester City i stał się najdroższym defensywnym zawodnikiem na świecie. The Citizens zdecydowali się wypłacić za Anglika dokładnie 56 milionów funtów. Wtedy 22-letni zawodnik nie spełniał oczekiwań z miejsca, jakie z nim związano. Jego kariera jest nieco podobna do naszego dzisiejszego bohatera. Stones miał okresy lepsze i gorsze, jednak nigdy nie zaskarbił sobie szczególnego uznania w oczach Pepa Guardioli. Do dziś.

Holding na trudne czasy

Wyjątkowym okresem w karierze Holdinga był sezon 18/19, gdy na stanowisku trenera zameldował się w klubie Unai Emery. Rob z miejsca stał się jego pierwszym wyborem. Wydawało się, że nareszcie spełnił oczekiwanie jakie wiązał z nim Arsene Wenger. Wydawał się dojrzały, aby zostać na lata ostoją defensywy Kanonierów. Napędzany dobrymi występami rósł w oczach. Stawał się najważniejszym elementem drużyny Hiszpana. Wszystko do momentu meczu z Manchesterem United na Old Trafford.

Marzenia obrońcy przerwała bardzo ciężka kontuzja. Zerwane więzadła krzyżowe wykluczyły go z gry na najbliższy rok, a pozycja, jaką zdążył zbudować w drużynie stopniała niczym dziś lodowce na Antarktydzie. Wtedy zaczęła się walka o powrót na boisku. W ciągu rehabilitacji wydarzyło się wiele. Pozycja Emery’ego podobnie niczym wspomniane wyżej lodowe góry całkowicie stopniała. Hiszpan, który dołożył swoją cegiełkę do rozwoju Roba, musiał pożegnać się z klubem.

Doskonale wiemy, co później działo się w Arsenalu. Kanonierzy trafili pod rękę Mikela Artety, który musiał czekać aż do kwietnia, aby wziąć go pod uwagę w kontekście pierwszego składu. Pandemia i przerwanie rozgrywek ligowych pozwoliły mu jednak nadrobić stracony czas. Wyrównał go przede wszystkim pod względem fizycznym i po reaktywacji był gotowy, aby na stałe wejść do drużyny.

To był trudny czas dla klubu. Szczególnie dla Mikela Artety w kontekście złożenia sensownej defensywy. Chyba każdy fan obawiał się, jak będzie wyglądać ta formacja, gdy liga ruszy na nowo. Tych odczuć na pewno nie poprawił fakt pojawienia się w niej wracającego po ponad roku nieobecności 25-latek.

Krok po kroku

Obawy te jednak jak się okazało, były nieuzasadnione. Oprócz katastrofalnego startu przeciwko City defensywa zaczęła wyglądać naprawdę dobrze. Nieprzespane noce Mikela Aretety przyniosły efekty i można było przypisywać do tej formacji pierwsze plusy. Również do samego nazwiska naszego bohatera. Rob stał się zawodnikiem, z którego Hiszpan nie chciał rezygnować. Latem dyskutowano, czy odważy się postawić na dwójkę nowych graczy, czyli Gabriela Magalhaesa i Williama Salibę. Część jednak pukała się w głowę i krzyczała – hola, hola! To Luiz powinien być partnerem Brazylijczyka.

Szokiem było jednak przystąpienie do sezonu, gdzie pierwszym wyborem Mikela został właśnie Anglik. Po prostu to nie był poziom, którego wszyscy oczekiwali. Ten jednak zaskoczył. Holding na rzecz stabilnych występów utemperował wybryki formy. Nie było już wahań od fantastycznego spotkania do fatalnego. Było po prostu solidne, a Rob zaczął coraz lepiej wyglądać z Gabrielem w parze.

Źródło: Goal

Nie można jednak rozpływać się nad samym Holdingiem. Pełnię formy przeżywał dopiero u boku Pablo Mariego, znacznie bardziej doświadczonego zawodnika. To chyba największy kamyk do ogródka Holdinga w tym sezonie. Do czegoś w końcu trzeba się przeczepić. Gdybyśmy mieli wskazać jego słabość, to doszukiwalibyśmy się tego w samej mentalności. Nieco mnie zawiódł fakt, że dorastający piłkarsko zawodnik z północnego Londynu woli schować się w cień swojego partnera.

Nie boli to w momencie, gdy obok niego jest Luiz, czy wyżej wspomniany, były obrońca Flamengo. Natomiast przy współpracy z Gabrielem nie wygląda to już idealnie. Trudno wymagać od Magalhaesa, że z miejsca będzie liderem w aspekcie psychiki, to w końcu młody, 23-letni gracz w nowym środowisku. To właśnie w tej parze wychowanek Boltonu miał być głową. Brazylijczyk co prawda wygląda świetnie w kontekście samej gry, jednak obecność przy nim charakteru, od którego biłaby pewność na pewno pozwoliłaby mu wejść na jeszcze wyższy poziom.

Uhonorowanie wiary

Jednak ten minus, choć poważny, nie może przyćmiewać roli w drużynie, jaką odgrywa Holding. Był pierwszym, który jasno powiedział, że to piłkarze muszą przejść przez kryzys i jest mu wstyd względem Artety, że przyczynia się do fali krytyki, jaka spływa na trenera Kanonierów. Jasno powiedział o sobie i kolegach, że są tego czynnikami, nie schował głowy w piach.

Widać, że Arteta mu ufa. Nieważne, czy zdecyduje się na to, aby Holding zagrał od pierwszej minuty, usiadł na ławce, czy wylądował na trybunach. Defensor będzie wiedział, że to wszystko jest częściś jakiegoś planu. Rob jest jego częścią. Dowodem na to jest kontrakt, który parafował przed kilkoma dniami. Związał się umową z Arsenalem do 2024 roku, zaledwie o rok więcej, niż jego poprzednia umowa. Po co ją w takim razie podpisał i dlaczego klub wyszedł z taką inicjatywą? Holding doczekał się podwyżki, na jaką po prostu zasłużył. To po prostu facet, którego warto mieć w drużynie.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie