Czy to się komuś podoba czy nie, Burnley na stałe wpisało się już do krajobrazu Premier League. Gracze Seana Dyche’a grają na najwyższym poziomie rozgrywkowym po raz piąty z rzędu i mimo ograniczonych możliwości finansowych, radzą sobie naprawdę dobrze. Co ciekawe, ich pozycja na rynku transferowym już niebawem może się znacznie poprawić.

Części fanów drużyna piłkarska Burnley kojarzy się pewnie bardziej z grą w rugby, aniżeli piłkę nożną. I rzeczywiście, swoje istnienie zawdzięczają członkom klubu rugby, Burnley Rovers, którzy to postanowili przekwalifikować się na piłkarzy. Korzeni nie udało się wyrwać, zespół wciąż nawiązuje do swojej macierzystej drużyny. Te korzenie, ale już w lokalnym ujęciu, były też szczególnie istotne w kwestii własności klubu. Od lat zarządzali nim lokalni biznesmeni oraz kibice.

Ludzie z Lancashire pociągali za sznurki na Turf Moor od dziesięcioleci. Biznesmen Bob Lord przeszedł z nimi drogę od kibica, przez członka zarządu, aż po prezesa i właściciela. Doprowadził The Clarets do największych sukcesów, między innymi drugiego w historii Mistrzostwa Anglii. Były zawodnik drużyn młodzieżowych, Barry Kilby, wspólnie ze swoim następcą, również sympatykiem Burnley, Mike’em Garlickiem, doprowadzili go z League One aż do bram Premier League.

Wszystko zmieniło się kilka dni temu. Media oficjalnie poinformowały o przejęciu 84% udziałów w klubie przez ALK Capital, amerykańskiego inwestora. Na czele całej transakcji stanął Alan Pace, który zasiądzie w fotelu prezesa.

170 milionów funtów na stole

W grę weszły poważne pieniądze. Amerykanie zapłacili za drużynę z Premier League 170 milionów funtów. Przypomnę tylko, że w 2010 roku kupno Liverpoolu kosztowało 300 milionów funtów. Dlaczego wybór padł akurat na zespół z północno-zachodniej Anglii? Przez kilka ostatnich lat Sean Dyche i spółka ustabilizowali swoją pozycję wśród angielskiej elity. Warto dodać, że dokonali tego przy naprawdę ograniczonych środkach. Obserwując jednak tę ekipę w tym sezonie można było odnieść wrażenie, że nie ma już szans na zrobienie kroku do przodu. Do tego potrzeba solidnego wsparcia zza kulis.

Te ma zapewnić pan Pace wraz ze swoim zapleczem, tak przynajmniej twierdzi w wywiadach, udzielonych po sfinalizowaniu transakcji. Nowy prezes zapowiada, że to początek wspaniałej przygody dla całej rodziny The Clarets.

Z tak bogatą historią, wspaniałą akademią i kibicami pełnymi pasji mamy wszystko, żeby uczynić ten klub wielkim. Całkowicie szczerze myślimy o długoterminowej przyszłości klubu tak, jakbyśmy byli członkiem rodziny. Nie zamierzamy zrobić niczego głupiego – opowiadał były bankier z Wall Street.

Rzeczywiście, wydaje się, że całe przejęcie ma ręce i nogi. Inwestorzy zdają się mieć pojęcie o przeszłości i nie planują rychłej rewolucji. Zmiany rzecz jasna zajdą, ale Alan Pace nie ma zamiaru odcinać się od poprzednich rozdziałów historii klubu. W nowym zarządzie zasiądzie dwóch byłych prezesów – Mike Garlick i John Banaszkiewicz. Ich obecność ma zapewnić płynną transformację i niezbędną wiedzę z ich ośmioletniej pracy na Turf Moor.

Na swoim miejscu ma pozostać jeszcze jedna postać, można powiedzieć centralna w całej tej układance.

Royal Dyche

W minionych latach lista menedżerów, którzy najdłużej pracują w pojedynczym klubie, mocno się zmieniła. Na emeryturę odszedł Sir Alex Ferguson, Arsenal opuścił Arsene Wenger, a Bournemouth i Exeter City rozstali się kolejno z Eddie’em Howe’em i Paulem Tisdale’em. Na czele tego rankingu pozostało trzech szkoleniowców, którzy na danym stanowisku pozostają dłużej niż 8 lat. Simon Weaver w Harrogate Town, Gareth Ainsworth w Wycombe Wanderers oraz Sean Dyche w Burnley.

Wybór odpowiedniego menedżera był zresztą najważniejszym zadaniem, jakie postawił sobie Mike Garlick. Jego zdaniem, ta decyzja weryfikuje całość pracy prezesa. Anglik chciał trenera na lata, który będzie w stanie przekuć jego wizję w rzeczywistość. Pierwotnie wybór padł na Eddiego Howe’a, który szybko zrezygnował jednak z pracy z powodów osobistych. Wrócił do Bournemouth, a resztę historii doskonale znamy. Jego następcą mianowano Seana Dyche’a. Była to ledwie druga praca angielskiego trenera, po roku pracy w Watfordzie.

Celem Dyche’a było zerwanie metki „yo-yo club”, czyli drużyny lawirującej na granicy Premier League i Championship. W klubie wiedzieli jednak, że realizacja tego zadania będzie wymagała czasu i stanęli na wysokości zadania. Mimo spadku z ekstraklasy już po jednym sezonie, Anglik otrzymał zaufanie i mógł naprawić sytuację. Ponowny awans wywalczył w następnym sezonie. Roczny pobyt w Premier League pozwolił im również odpowiednio poprawić finanse i wzmocnić drużynę przed kolejną próbą podboju elity.

Oczywiście The Clarets nie słynęli z wydawania gotówki. Co roku do klubu trafiali raczej budżetowi piłkarze, którzy byli w stanie dopasować się do filozofii Dyche’a, skutecznej w swojej prostocie. Wystarczy wspomnieć, że grają w Premier League od pięciu sezonów, a największa kwota wydana na zawodnika to 15 milionów funtów. Zdarzyło się to dwukrotnie, przy okazji transferów Chrisa Wooda i Bena Gibsona. Niemalże co roku zamykają stawkę, jeżeli chodzi o najmniejsze wydatki na płace, tym bardziej należy więc docenić robotę ich trenera.

Ich obecność w lidze nie ograniczała się przecież tylko do utrzymania. Dyche zaprowadził ich nawet do Ligi Europy, zajmując siódme miejsce w sezonie 17/18. Była to najlepsza lokata w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1974 roku.

Burnley stać na wielkie transfery?

Zdaniem Alana Pace’a, Sean Dyche jest jak najbardziej odpowiednią osobą na swoim stanowisku. Zapowiada tym samym pełne wsparcie dla menedżera, a ten z pewnością liczy na wzmocnienia, których w ostatnim czasie szczególnie brakowało.

Już przed rokiem transferów nie było wiele. Burnley ratowało się przecież wypożyczeniem Danny’ego Drinkwatera, które koniec końców okazało się kompletną katastrofą. Tegoroczne letnie okienko przelało jednak szalę goryczy. Zaledwie jeden istotny transfer, pozyskanie Dale’a Stephensa z Brighton i rosnąca frustracja Dyche’a, o której donosiły media. Dziś wiemy już doskonale, że wstrzemięźliwość na rynku miała związek z planowanym przejęciem.

Czy kibice mogą liczyć na spektakularne transfery? Z pewnością włodarze mogą sobie na to pozwolić pod kątem finansowym. Ekspert w tematyce futbolowych finansów, Kieran Maguire, zwraca uwagę na doskonałą sytuację klubu pod kątem Finansowego Fair Play. Jako że każdy z minionych sezonów kończyli na solidnym plusie, w 2019 roku generując zysk na poziomie 65 milionów funtów, mogą wydać naprawdę pokaźne sumy w kolejnych okienkach.

Czy będą chcieli z takiej możliwości skorzystać? Wątpliwe, aby filozofia klubu znacząco się zmieniła. Nowe twarze wciąż podkreślają, że liczy się dla nich odpowiedzialność finansowa, co jest szczególnie istotne w kontekście pandemii. Widzimy jednak jak źle sezon zaczęli The Clarets i tylko sam Dyche wie, jak przy takiej pladze kontuzji znajduje się w tej chwili nad kreską. Musimy więc spodziewać się jakiejkolwiek aktywności.

Pożyczki niczym Manchester United?

W zasadzie jedyna kontrowersja, która towarzyszy wydarzeniom ostatnich dni w Lancashire, to pochodzenie pieniędzy, które pozwoliły sfinalizować całe przedsięwzięcie. Część środków została zebrana przez pożyczki, ale właściciel uspokaja kibiców i twierdzi, że nie ma powodów do obaw.

Pożyczki, które zaciągnęliśmy na poczet kupna klubu są w stu procentach rozsądne i będziemy w stanie regularnie je spłacać. Ponadto spłaty te nie odbiją się w żadnym stopniu na codziennym funkcjonowaniu klubu – zaznaczył Pace.

Nigdzie nie przewija się konkretna kwota, która została pożyczona od MSD UK Holdings. Jak trafnie zauważa jednak Simon Stone z BBC, tego typu zabieg przywołuje negatywne skojarzenia z przejęciem Manchesteru United przez rodzinę Glazerów.

Transformacja to rzecz jasna ogromne wyzwanie, ale przede wszystkim wielka szansa. Czy The Clarets mają szansę zerwać z łatką zespołu bijącego się o utrzymanie? Wydaje się, że konkurencja nawet do stałego miejsca w pierwszej dziesiątce jest w tej chwili tak duża, że nie będzie o to łatwo. Zobaczymy też, jak poradzi sobie Sean Dyche, kiedy możliwości transferowe faktycznie się zwiększą, bo doskonale wiemy, że to zupełnie inna para kaloszy, niż działanie przy ograniczonych środkach. Z pozoru znacznie łatwiejsza, ale przecież wielu już przy takiej przemianie poległo.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie