Jeszcze na kilka godzin przed meczem nie było wiadomo, czy spotkanie w ogóle się odbędzie. Powód oczywisty – koronawirus. Skład Manchesteru City został mocno osłabiony, bo na COVID zachorowali Walker, Ederson, Garcia i Gabriel Jesus. Ale po końcowym gwizdku Anthony’ego Taylora, to Chelsea bardziej marzyła o tym, by dzisiejsze starcie nie doszło do skutku. Oni się po prostu przeciwko The Citizens skompromitowali.

Dziesięć minut nie wystarczy

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że początek wcale nie zapowiadał takiego obrotu spraw. To podopieczni Franka Lamparda podchodzili wyżej, pressowali swoich rywali zdecydowanie mocniej. Regularnie naciskany był duet środkowych pomocników – Rodri i Gundogan – któremu trudno było sprostać atakom Kante, Mounta i Kovacicia. Właśnie dzięki ich uporowi, Manchester City popełnił jeden z nielicznych błędów.

Jeden z piłkarzy The Citizens podał piłkę do Zacka Steffena, który między słupkami zastępował Edersona. Amerykanin złapał piłkę i miał w gruncie rzeczy masę szczęścia, że nie popełnił tego błędu jeszcze bliżej swojej bramki, bo chociaż Chelsea egzekwowała rzut wolny pośredni bardzo blisko szesnastki (mimo że golkiper ewidentnie futbolówkę chwycił już w polu karnym), to nie potrafiła z niego jakkolwiek skorzystać. Nie mniej wysłała sygnał, że potrafi wywrzeć na swym przeciwniku dużą presję.

Kilka minut później znowu zagotowało się pod bramką Steffena, bo futbolówkę stracił Rodri. Hiszpana zaskoczył N’golo Kante i cudem zdołał odebrać piłkę Timo Wernerowi, nim ten na dobre wpadł w pole karne. No właśnie. Pytanie, czy defensywny pomocnik nie faulował w tej sytuacji Niemca, a Chelsea nie zasługiwała na rzut karny.

Gdyby został on podyktowany, a następnie wykorzystany, mecz mógłby się ułożyć zupełnie inaczej. Ale to tylko gdybanie, bo prawda okazała się dla Chelsea znacznie bardziej brutalna. Poza niezłym początkiem, The Blues byli w stanie zrobić cokolwiek jeszcze tylko na koniec meczu. Wtedy z zawodników Manchesteru City zeszło jakiekolwiek ciśnienie, a piłkę do bramki zdołał wcisnąć Callum Hudson-Odoi.

Dziesięć minut dobrego grania nie wystarczyło. Ostatnio tak zaskoczeni byliśmy, gdy Robert Lewandowski strzelił gola Wolfsburgowi.

Jak dzieci

W gruncie rzeczy trudno wytłumaczyć, dlaczego Manchester City aż tak mocno zdominował swojego rywala. Wcale nie mieli większego posiadania piłki, wykonali też mniej podań, ale to oni prowadzili ten mecz pod swoje dyktando. Stworzyli więcej okazji, przebiegli więcej kilometrów, a także zaliczyli więcej odbiorów. Chelsea może i miała piłkę przez większą część starcia, ale nic z tego nie wynikało. Posiadanie dla posiadania – najmniej produktywna taktyka, jaką można wymyślić.

Należy zwrócić uwagę, że The Citizens nie musieli się specjalnie wysilać, by stwarzać dogodne sytuacje. Regularne, indywidualne błędy, które przytrafiały się takim piłkarzom jak Thiago Silva, Kurt Zouma, czy Mateo Kovacić, prowadziły do tego, że bramkarz Chelsea musiał trząść portkami ze strachu. Jego koledzy byli bowiem na tyle gościnni, że większość strzałów Manchesteru City padła z obrębu pola karnego, a część właściwie z okolicy jedenastego metra.

Jeśli ktoś dzisiaj zachowywał dystans społeczny, to byli to piłkarze The Blues, którzy często pozwalali swoim oponentom na zbyt wiele. Wspomniany Silva dał się ograć jak dziecko, a nie jak 36-letni weteran boiskowych zmagań, który dawał radę i w Serie A, i w Ligue1. Ilkay Gundogan ograł go „na raz”, a następnie huknął na tyle mocno, że Mendy nie zdążył z interwencją. I chociaż sama akcja Manchesteru City, która prowadziła do tego gola, była koronkowa, to nie sposób nie odnieść wrażenia, że można było ją przerwać, gdyby podopieczni Lamparda byli lepiej skoncentrowani.

Takie przestrzenie między zawodnikami to obrazek znany nam raczej z Ekstraklasy, a nie z rozgrywek Premier League.

Zamienność pozycji pokonała Chelsea

Z upływem czasu wcale nie było lepiej, bo Chelsea nijak nie potrafiła sprostać wymienności pozycji, którą zastosował Manchester City. Chociaż dzisiaj w ataku formalnie występował Bernardo Silva, to na pozycji numer „dziewięć” pojawiał się głównie Kevin de Bruyne, ale też wspomniany Gundogan, Sterling, a nawet Zinchenko, nominalny lewy obrońca. Co rusz jakiś zawodnik The Citizens wyskakiwał zza pleców defensorów londyńskiej ekipy, sprawiając, że obraz ich gry w dzisiejszym meczu był po prostu żałosny.

Poza trafieniem niemieckiego pomocnika, Manchester City dołożył jeszcze dwa gole. Jeden autorstwa Phila Fodena, kolejny Kevina de Bruyne. Na szczególną uwagę zasługuje bramka Anglika, który otrzymał perfekcyjne podanie od Belga. Wypada jednak zapytać: czy taki układ gwiazd powinien mieć w naszej rzeczywistości miejsce? Bo to, co zrobił Thiago Silva, naprawdę woła o pomstę do nieba. Brazylijczyk najpierw nie zdołał dobrze wybić piłki, a później wrócić na swoją pozycję, co skwapliwie wykorzystał 20-latek, mający – tak na oko – jakieś sto metrów wolnej przestrzeni dookoła siebie. Warto docenić też Kurta Zoumę, który w tej sytuacji poszedł sobie na grzyby.

Skończyło się na trzech trafieniach graczy Guardioli, ale spokojnie mogło być więcej. W dogodnej sytuacji spudłował de Bruyne, zaś Gundogan bawił się dzisiaj tak doskonale, że Mendy’ego próbował w pewnym momencie pokonać piętką. Przy takiej dyspozycji Chelsea nie było to w sumie aż tak nierozsądne.

Dyspozycji, której oczywiście nie można zrzucić tylko na zawodników.

Co dalej z Frankiem Lampardem?

Jasne, indywidualne błędy. Jasne, kontrowersyjna sytuacja z Timo Wernerem i Rodrim. Ale znajmy umiar – Chelsea miała 90 minut na to, by się dobrze zaprezentować. Pokazać, że potrafią naprawdę grać w piłkę. Frank Lampard miał zaś 90 minut na to, by przedstawić swój plan taktyczny, którym będzie potrafił pokonać topowego rywala. Coś więcej, niż tylko poleganie na magii Ziyecha, dobrych centrach Chilwella, główkach Zoumy, kreatywności Mounta i wybieganiu Kovacicia. Niestety, Anglik zupełnie zawiódł.

W dzisiejszym meczu widzieliśmy jeden zespół i jedenaście indywidualności, które nie były scalone absolutnie niczym. No, może poza tym, że czasami ktoś mógł odnieść wrażenie, że piłkarze Chelsea grają na zwolnienie swojego trenera. Czy jednak wypada im się aż tak dziwić? Wyniki w ostatnim czasie były dalekie od perfekcji, a Lampard konsekwentnie publicznie krytykował swoich podopiecznych. Cięgi zebrali między innymi Timo Werner i Kai Havertz.

Swojej sytuacji Lampard nie zdołał poprawić także po przerwie, gdzie Chelsea obudziła się dopiero w końcówce. Kolejny raz zabrakło zdecydowanego pomysłu, stojącego nieco ponad to, co The Blues prezentowali w kilku poprzednich spotkaniach. Czyli wrzutkach na Oliviera Giroud lub Tammy’ego Abrahama. Kolejny raz Lampard nie wykorzystał piętnastu minut w żaden sposób, który odmieniłby postawę jego drużyny. Na drugą część spotkania nie oddelegowany został żaden piłkarz, a pierwszą zmianę przeprowadzono dopiero w 64. minucie, gdy tak naprawdę było już po meczu. Co więcej, Anglik nie zmienił nawet mentalności swoich piłkarzy – konsekwentnie snuli się po boisku, dając się zajechać podopiecznym Pepa Guardioli.

Telefon z numerem kierunkowym z Izraela może oznaczać koniec ery Franka Lamparda jako szkoleniowca The Blues. Ery, którą wiele osób zapamięta jako jeden ze słabszych okresów w klubie. Pod względem punktów na mecz, żaden szkoleniowiec od czasów przejęcia Chelsea przez Romana Abramowicza, nie zanotował gorszego wyniku.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie