Historia Mikela jest niczym rozczarowanie miłosne, jakie każdy kiedyś w życiu przeżył. Arteta był kimś, w kim nie dało się nie zakochać od pierwszego wejrzenia. W końcu prezentował wszelkie wzorce, jakie zakorzeniły się w Arsenalu. Był po prostu idealny do garnituru, jaki czekał w szafie po odejściu ojca tego klubu. 

Z uwagi na kulturowe funkcje w społeczeństwie, ojciec kojarzy się w modelu społecznym, jako ten, który stawia podwaliny pod dom. Dom będący schronieniem, ale i ścianami, w których czujemy się sobą. Dom jednak to nie tylko mury i meble, to przede wszystkim miejsce, gdzie poznajemy świat. Ten dla kibiców Kanonierów został stworzony przez postać wybitną, choć nie zawsze rozumianą.

Arsenal pozbawiony Wengera jest właśnie takim domem bez ojcowskiej ręki. Postawił mury domu, w jakim mieszkają dziś wszyscy kibice Kanonierów. Zamontował okna, drzwi, jednak w pewnym momencie go zabrakło. Mimo że nie był doskonały, to znał te ściany jak własną kieszeń. Po prostu stracił siłę, aby coś w nim zmienić. Nikt tak naprawdę nie był przygotowany do tego, aby któregoś dnia go zabrakło. Arsene Wenger osierocił Arsenal. Klub który zbudował i wiedział, co dla niego jest najlepsze. Nie zawsze potrafił tego dokonać, jednak jego intencje były jasne. Chciał, aby kibice w jego domu czuli się lepiej, niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Intruz

Jego rolę miał zastąpić człowiek różniący się od Wengera chyba pod każdym względem. Miał wnieść do drużyny to, czego brakowało. Finezyjny i zabawny dla oka futbol Francuza miał zmienić się w surowy, lecz skuteczny Emery’ego. Nie ma w tym nic złego. Unai nie uznawał, że dziedzictwo swojego poprzednika należy zmienić, jednak należy pokazać, że dom ma nowego pana. Tak w półtora sezonu, Arsenal z niezwykle solidnej ekipy, która pod jego okiem świętowała ponad 20 spotkań bez porażki, zaczął  stawać się drużyną pogrążoną w przeciętności i marazmie.

Klub zaczął zrywać z tradycją, zmienił się w siermiężną drużynę, która w amoku szukała ratunku. Tylko dla kogo? Unai ratował siebie patrząc, jak dom popada w ruinę, a jego mieszkańcy sami demolują jego wnętrze. Wojna domowa, chaos, nie da się inaczej opisać jesieni 2019 roku, a przecież 2020 rok miał dopiero nadejść. Jeśli mielibyśmy doszukiwać się zapowiedzi tego, co stanie się w kończącym się już roku, to Arsenal był tego idealną zapowiedzią. Dopiero w momencie, gdy straciło się tak wiele, można było docenić przeszłość.

Duch The Emirates

Wybór nowego pana domu miał być kluczowy. W momencie, gdy ktoś miałby spróbować po omacku restaurować to miejsce, to nieco przestarzały dom mógł runąć na naszych oczach. Tutaj nie potrzeba było zarządcy, tutaj potrzeba było nowego ojca, który wlałby do klubu wartości, na jakich powstał ten dom.

Nie ma chyba drugiego na świecie klubu, który byłby tak przywiązany do postaci menedżera, jak właśnie Arsenal. Mógł nim być Manchester United, który po odejściu sir Alexa Fergusona musiał zmierzyć się z tymi samymi demonami, jednak tam postawiono na nieco inne rozwiązanie, które w klubie z Londynu nie mogło zdać egzaminu.

Arsenal potrzebował kogoś, komu może zaufać. Kogo warto będzie zainwestować czas, aby uwierzyć w lepszą przyszłość. Kogoś, kto wie, jak wyglądał ten klub i jego duch za czasów Wengera. Kogoś za kim zawodnicy będący częścią tego domu, jak i kibice wskoczą w ogień. Tym człowiekiem miał być Mikel Arteta, prawdziwy następca Arsene’a Wengera.

 

Źródło: ESPN

 

Takie wrażenie można było odnieść od jego pierwszego kroku w murach klubu w roli nowego szkoleniowca. Arteta zapowiedział, że jego misją jest odnaleźć zagubione DNA Arsenalu, jego prawdziwego ducha. Aby tego dokonać, chciał pokazać czego nauczył się od utęsknionego pana domu. Stworzył atmosferę, gdzie klub na nowo zaczął opierać się na ludziach. Począwszy od woźnych, greenkeeperów, sztabu medycznego, juniorów, zarządu i kończąc na tych najważniejszych, czyli kibicach.

Tym chciał wkupić się w łaski, kładąc kawę na ławę w każdej sytuacji. Jego decyzje były kontrowersyjne. W końcu przywrócił do drużyny znienawidzonego Granita Xhakę, jednak ten odpłacił za zaufanie i stał się jednym z najważniejszych elementów układanki nowego-starego Arsenalu. Widać było zaufanie budujące formę pomiędzy trenerem, a jego zawodnikami. Najważniejsza była dla nich wizja jaką chce osiągnąć.

Arteta kroczy po trofea

Sezonu ligowego nie udało się jednak uratować. Arsenal borykał się z problemami, jakie zakorzeniły się w drużynie za kadencji Emery’ego. Nikt jednak nie oczekiwał, że zapuszczony dom nagle zalśni blaskiem. Nikt nie oczekiwał, że podpalenie w kominku przywróci to ciepło, jakie pokochali kibice. Na to potrzeba było czasu. Ten jednak był sprzymierzeńcem Artety. Pokazał, że ma wizję, której zamierza się trzymać. Kanonierzy, mimo niepowodzeń, wyglądali na pewnych siebie. W końcu zdarzały się blamaże, jak choćby mecz przeciwko Manchesterowi City na otwarcie sezonu po restarcie ligi.

Sprawdzian jednak miał nadejść w Pucharze Anglii. Arteta walczył o zatrzymanie w drużynie najlepszego jej zawodnika, Pierre’a Emericka-Aubameyanga i o szansę, aby klub był atrakcyjnym kierunkiem dla letnich wzmocnień, jakie miały ożywić drużynę. Mały egzamin dojrzałości, nikt nie nakładał jednak prawdziwej presji na Hiszpanie. Arsenal był w tamtym momencie zbyt słaby, aby mierzyć się z Manchesterem City, mogli liczyć jedynie na cud. Cud, który nadszedł. Dojrzała postawa podopiecznych Artety i jego rozszyfrowanie drużyny Guardioli pozwoliły na to, aby zameldować się w finale. Był to promyk nadziei, że Arsenal faktycznie jest w stanie zrobić coś dużego na swoje warunki.

Następna na drodze była Chelsea. Kolejny raz ta sama sytuacja, The Blues byli zdecydowanymi faworytami przed tym spotkaniem, jednak po raz kolejny to Kanonierzy wyszli z tego starcia zwycięsko i wywalczyli swój bilet do Europy. Kolejny raz drużyna była uskrzydlona wiarą w siebie, walką jeden za drugiego i zaufaniem do człowieka na ławce rezerwowych. Człowieka, którego pierwszy raz można było uznać za wzorzec.

Sezon 19/20 zakończył się dla Artety wyjątkowo. Dla samego klubu, jak i jego kibiców również. W meczu o Tarczę Wspólnoty, czyli spotkaniu dla wielu o pietruszkę, Arsenal zdołał pokonać Liverpool. Mistrz Anglii dał się po raz kolejny zaskoczyć Artecie i jego drużynie, a to tylko mogło wzmocnić fundamenty pod pozycję Mikela. Jednak burza dopiero nadchodziła.

Burza, która może zniszczyć wszystko

Piękne było początkiem największego kryzysu, z jakim musiał sobie poradzić szkoleniowiec jeszcze przed rocznicą swojej pracy w Arsenalu. Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć na przełomie jesienni i zimy. Klub stał się miejscem prawdziwej wojny domowej, nad którą Arteta nie potrafił zapanować. Na pierwszy rzut oka było widać, że klub cierpi nie tylko na boisku, ale przede wszystkim poza nim.

Jeśli ktoś miałby zekranizować pierwszą część filmu o tym, jak główny bohater upada ze stabilnej sytuacji życiowej, to mamy do tego idealnego kandydata. Mikel świętował tryumfy, będąc w cieniu Pepa Guardioli, jednak postanowił stać się jego rywalem. Rzeczywistość tylko przez chwilę wydawała się usłana kwiatami. W końcu przy wsparciu kibiców, drużyny i pracodawcy po prostu musi być dobrze. Lecz co wtedy, gdy część z nich się od ciebie odwróci?

 

Źródło: Sky Sports

 

Arteta mimo zapewnień Edu Gaspara, który publicznie wstawił się za zdobywcą FA Cup i Tarczy Wspólnoty, nie mógł się czuć pewny jutra. Sam prawdopodobnie czuł, że jego przygoda z klubem może nie potrwać dłużej niż rok. Arsenal notował fatalne wyniki, a za tym szły konflikty pomiędzy zawodnikami i narastający bunt przeciwko jemu samemu. W głowie idealisty musiała pojawić się myśl o tym, że może ten dom właściwie nie należy do niego.

Zbyt duża kadra i odstawione zbyt silne postacie na boczny tor, to cierń, jakiego Arteta do dziś nie może się pozbyć. David Luiz będący liderem szatni nie odnajduje wspólnego języka z trenerem. Mesut Özil, który stoi na czele niemieckiego obozu w klubie czuje się oszukany przez Mikela i klub. Uważa, że decyzja o jego odstawieniu pochodzi nie od trenera, a jest to plan Arsenalu, aby się go pozbyć. Widzą też to jego przyjaciele z drużyny, dla których pomocnik jest wyróżniającą się postacią na treningach, jednak decyzja 38-latka jest nie do podważenia.

Arteta przed testem zaufania

Ci, którzy spodziewali się jednak trenera bez skazy, sami wpędzili się w ślepy zaułek, gdzie widnieje baner „Arteta out”. Każdy młody trener musi uczyć się przede wszystkim na własnych błędach i wyciągać z nich wnioski. Nic nie da praca z Arsenem Wengerem, czy Pepem Guardiolą, jeśli nie będzie zdolny do samooceny i samokrytyki. Mikel musiał poświęcić dużo zdrowia i cierpliwości kibiców, aby przyznać się do własnych błędów.

Niemal co tydzień na boisku pojawiała się ta sama 11-stka, złożona z zawodników, którzy raz za razem zawodzili. Arteta bał się zaryzykować odstawienia kolejnych czołowych postaci, mimo że miał za sobą grupę wsparcia. Kilku zawodników nie bało się wystąpić przed kamerami i otwarcie przyznać, kto jest w tej sytuacji winny. Hector Bellerin, Kieran Tierney, Rob Holding, Bukayo Saka i Bernd Leno jasno podkreślili, że to zawodnicy muszą zrobić wszystko, aby odpłacić za zaufanie trenera. Ten ostatni odważył się zdiagnozować problem trapiący klub. Otwarcie przyznał, że brakuje w drużynie jedności i dyscypliny, jednak nie jest temu winny sam trener.

Cios wymierzony w kolegów z zespołu miał być niczym strzał w twarz dla niektórych, mieli się obudzić i podejść do sytuacji niczym profesjonaliści. Długo trwało to, aby każdy z nich zrozumiał, że z klubem prędzej pożegnają się oni, niż sam Mikel. To jak zgorzkniała była szatnia w tym momencie pokazał powrót Gabriela Martinelliego. Brazylijczyk z miejsca stał się pierwszym wyborem Artety, gdy został oddany do jego dyspozycji. Było w nim widać głód gry, o którym wielu już zapomniało. W meczu przeciwko City niosła go pasja i chęć wywalczenia pierwszego składu już w następnym spotkaniu przeciwko Chelsea. Arsenal to spotkanie przegrał, jednak ten mecz i tak był powiewem lekkiej świeżości w drużynie z The Emirates.

 

Źródło: Mirror

 

Był to również mecz, który utwierdził Mikela w przekonaniu, że to czas, aby zmienić dotychczasową strategię. Na mecz przeciwko Chelsea w pierwszym składzie wystawił linię ofensywy złożoną z klubowej młodzieży, a ta go nie zawiodła. Martinelli, Saka i Smith-Rowe dali prawdziwy pokaz przeciwko The Blues i własnoręcznie rozprawili się z drużyną Franka Lamparda. Nie potrzeba było do tego emerytowanych gwiazd, czy doświadczonych zawodników… wystarczyli ci, którzy chcieli udowodnić, że zasługują na swoją szansę w drużynie z Północnego Londynu.

Czas decyzji

Podobnie udowodnił, że na swoją szansę zasługuje Mikel Arteta. Nie można zapominać o tym, że podobnie jak wyżej wymienieni zawodnicy, on sam jest na samym początku swojej drogi i będzie popełniał błędy. Wielu żyje przeszłością i powie, że Arsenal to nie jest miejsce do nauki. Prawda jednak jest bolesna i Kanonierzy nie są drużyną, która w rok będzie gotowa, aby powrócić do walki o najwyższą stawkę. Nie będą również w dwa lata idealną drużyną. Klub potrzebuje stabilizacji, jaką może zapewnić właściwy człowiek.

Jest nim Mikel Arteta, który zasłużył na to, aby mu zaufać. Natchnął wiarą kibiców na początku swojej przygody, więc nie skreślajmy go w momencie, gdy pojawia się pierwszy poważny kryzys. Żyjemy w zwariowanym świecie, co widać na przykładzie zwariowanej tabeli Premier League. Dziś przed meczem z Brighton, Kanonierów do to piątego miejsca dzieli 9 punktów, przy korzystnym rezultacie odległość zmniejszy się do 6 punktów. To pokazuje, że kryzys mógł wyglądać przerażająco w kontekście walki o utrzymanie, jednak tak naprawdę nie jest daleko do tego, aby wrócić do poważnej rywalizacji.

Zarząd decydując się na zatrudnienie Artety dał mu kredyt zaufania. Są mu winni, aby stać po jego stronie, gdy musi z niego skorzystać. Aby wrócił duch domu, najpierw potrzeba pokazać, że wierzy się w niego na dobre i złe, szczególnie gdy postać na którą garnitur Wengera leży doskonale jest już jego częścią.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie