Pamiętacie, czym straszono każde dziecko w okresie przedświątecznym? Nagle rodzice pamiętali każde, choć najmniejsze przewinienie, jakie zostało przypadkowo dokonane w ciągu całego roku. Trzeba było się naprawdę napracować, aby w ostatnich godzinach te dobre uczynki przyćmiły ponad trzysta dni psot. Arsenal jednak odwrócił nieco porządek świata i zdecydował się napsocić na samej mecie.

Raz w życiu dostałem rózgę… zabolało to niczym spotkanie z ciężarówką. Nagle świat się zatrzymał. Świąt nie było, a uszka z wigilijnego stołu wróciły do przełyku. W głowie myślałem, co zrobiłem źle, jak się poprawić, czy mam jeszcze szansę dostać prezent? Byłem skłonny zrobić wszystko, aby cofnąć czas i choć przez jeden dzień być najlepszym dzieckiem pod słońcem… do momentu, aż zobaczyłem, że pod ścianą stoi jeszcze jeden pakunek. Był podpisany moim imieniem, nagle świat wrócił do normalności.

Fantastyczny żart rodziców, którego traumę znoszę do dziś, nauczył mnie jednego. Warto jednak uważać na swoje czyny i starać się nikogo nie rozczarować, jeśli chce się mieć miłe święta. Mam wrażenie jednak, że historii podobnej do mnie nie mieli zawodnicy Arsenalu. Ci byli bardzo zmienni. Średni początek roku, który nadrobili w okresie letnim, aż do kompletnej katastrofy w okresie jesienno zimowym. To tak jakbyśmy znaleźli średnią choinkę, zabrali ją do domu, pięknie przystroili, a na koniec spalili dom, bo postawiliśmy choinkę za blisko kominka. Zdarza się.

Arsenal bawi się w Grincha

Świąt nie będzie! A na pewno nie będą spokojne i bezstresowe dla kibiców Kanonierów ich (nie)ulubieńcy zadbali o to, aby okres przedświąteczny był napięty nie tylko przy lepieniu pierogów i sprzątaniu domu. Szereg fatalnych występów przelatanych absurdalnymi sytuacjami, gdy z boiska wylatywał Granit Xhaka, czy Gabriel Magalhães dodawały dodatkowych emocji.

Trudno było uwierzyć w to, co się widzi. Brakowało łez, aby opisać to, co działo się w tym klubie. Człowiek zaczynał się śmiać, śmiać niczym psychopata, wiedząc w jakiej sytuacji jest jego klub. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie było światełka w tunelu.

 

Źródło: Talk Sport

 

Żadnego promyczka nadziei, że znajdzie się recepta na to dogorywanie. Liderzy zawodzili. Ba, oni wyglądali, jakby prowadzili strajk przeciwko klubowi, który im płaci. Na wierzch wypływały kolejne tajemnice szatni, które tylko pogłębiały poczucie zagubienia w obecnej sytuacji. Zawodnicy obrócili się przeciwko Artecie i samym sobie. Kanonierzy podzielili się w szatni na tych, którzy wierzyli, że obecny kryzys minie, jeśli będą się trzymać razem. Inni za to poczuli krew i wierzyli, że są w stanie własnoręcznie doprowadzić do bezkrólewia.

Wszystko w klimacie świąt.

Piękne, okropnego początki

Przeanalizujmy, kiedy zaczynają się problemy Arsenalu. Kanonierzy nie rozpoczęli sezonu z przytupem, mimo inauguracji sezonu na Craven Cottage i zwycięstwa 3:0 po show nowego nabytku – Williana. Mogło zacząć się lepiej? No właśnie tak. Arsenal imponująco wyglądał tylko na tablicy wyników, od środka nie wyglądało to wcale dobrze. Jednak wszystko można zrozumieć. Zawodnicy przed meczem trenowali dwa tygodnie, forma miała jeszcze nadejść.

Porażki z Manchesterem City i Liverpoolem były wpisane w koszta. Wiadomo, że Arsenal mimo imponującego lata nie był na poziomie mistrza i v-ice mistrza Anglii. Jednak na poziomie Leicester już powinien. Mimo to Lisy z The Emirates wywiozły 3 punkty, co zapaliło lampkę ostrzegawczą w głowie. Jednak na tę porażkę Kanonierzy odpowiedzieli najlepiej, jak mogli, czyli świetnym meczem.

Wielkie zwycięstwo na Old Trafford, obiekcie przeklętym przez sir Alexa Fergusona. Arsenal od lat nie potrafił wejść do twierdzy Czerwonych Diabłów i wynieść z niej trzech punktów. Miejsce to narosło w legendy i nikt nie był na tyle odważny, aby rozgniewać ducha Szkota żywego na stadionie. Nikt oprócz Thomasa Parteya. Ghańczyk oczarował sobą Premier League, oczarował sobą również kibiców Manchesteru United. Był doskonały, niezwykle inteligentny w ofensywie i defensywie, przy nim rośli kolejni zawodnicy Arsenalu. W tym Elneny, który wszedł na niespotykany dotąd poziom. Kanonierzy taktycznie zaszachowali mecz, całkowicie upokorzyli gospodarzy, mimo że bramkę zdobyli z rzutu karnego. To był majstersztyk taktyczny, gdzie przeciwnicy nie mogli uwierzyć własnym oczom, a co ważniejsze, własnym umiejętnościom.

Wydawało się, że to kluczowy moment nowego sezonu. Po tak świetnym występie zespół The Gunners musiał pójść w górę. Musiał? To były piękne początki tragedii. Nie zobaczyliśmy podobnie dysponowanej drużyny od 1 listopada. Co więcej, wystarczył tydzień, aby doszło do blamażu. Goszczona na The Emirates Aston Villa dokonała rzezi niewiniątek. Na stadionie w Londynie zdemolowali Kanonierów 3:0, ci nie mogli uwierzyć w to, co widzą. To przechodziło ludzkie pojęcie. Choć przecież miał to być tylko wypadek przy pracy.

Dwa miesiące tułaczki Arsenalu

Leeds, Wolverhampton, Tottenham, Burnley, Southampton, Everton. Ile punktów zdołali zdobyć w tych zmaganiach nasi dzisiejsi antybohaterowie? Przed sezonem strzelalibyśmy w jakieś 13 na 18 możliwych. Byłaby to całkiem sprawiedliwa rachuba. Uwzględniamy tu porażkę z Tottenhamem, małe potknięcia i remisy z dobrze dysponowanymi rywalami. Takie rezultaty można dziś przyjąć z pocałowaniem ręki, lecz rzeczywistość jest brutalna. Dwa, D-W-A punkty zdobyte na 18 możliwych. Frajerami okazali się zawodnicy Leeds i Southampton, którzy nie zdołali pokonać fatalnych Kanonierów.

 

Źródło: The Sun

 

Można godzinami pisać o tym, co właściwie nie grało w Arsenalu. Ja to skrócę do kilku słów. W Arsenalu nie zagrało nic. Trudno jednak zmienić stan rzeczy w momencie, gdy na boisku nikt nie wierzy, że mogą zdołać odwrócić kartę, lub wręcz tego nie chcą. W klubie doszło do wojny domowej. Jasno było widać, że w tym wszystkim musi być drugie dno, jak się okazało było. Arteta stracił szatnię. Ta zdecydowała się uprzykrzyć mu życie, a fatalne wyniki pogłębiały tylko spór pomiędzy stronami.

Wyraźnie było widać, że zawodnicy są zagubieni w tym, co się dzieje. Część była w opozycji do pozycji trenera głównie z uwagi na odsunięcie od składu Mesuta Özila i Sokratisa. Grupa ta miała na tyle mocną pozycję w szatni, że za nimi poszło kilka wpływowych postaci. W tym między innymi David Luiz, który nie wystąpił w meczu na wyżej wspomnianym Old Trafford. W obu przypadkach zawodnicy nie zostali poinformowani, dlaczego Mikel zdecydował się z nich zrezygnować. Był to jasny sygnał, że Hiszpan nie zamierza się tłumaczyć ze swoich decyzji, jednak doświadczeni zawodnicy nie godzili się na to, aby młody trener traktował ich niczym juniorów, którzy mieliby czuć się zaszczyceni możliwością podania piłki.

Problemy się mnożyły. Areta poszedł na wojnę, którą przegrywał swoimi decyzjami. Kolejnym kamyczkiem do jego ogródka okazała się niekonsekwencja. Mikel zdecydował się odstawić od składu część z buntowników za ten jawny wyraz sprzeciwu wobec zasad, gdy swoich pupilków nie zamierzał nawet zrugać. Mowa tutaj o wypadzie Williana na wakacje do Kataru. Tak się złożyło, że zaraz przed meczem z Leeds. Nie przeszkodziło to, aby skrzydłowy wybiegł w meczu z Pawiami w pierwszym składzie. Jawny brak konsekwencji doprowadził do rewolucji w szatni, gdzie znaczna część stanęła murem za swoimi kolegami z boiska.

Liga sprawiedliwych

Klub jednak wydał oświadczenie. Arteta ma nasze pełne poparcie. Posłańcem właścicieli był Edu, czyli wspólnik w tym całym przedsięwzięciu odbudowy klubu z Mikelem na tapecie. Była to deklaracja, że zrobią wszystko, aby Hiszpan podjął niezależne decyzje mające przywrócić klub na szczyt. Nawet jeśli kryzys w postaci strefy spadkowej coraz groźniej dawał o sobie znać.

Był to gest, jaki rozbudził sprawiedliwych, czyli tych, którzy doświadczyli talentu szkoleniowca klubu. W ogień za nim poszło kilka wpływowych nazwisk. V-ice kapitan – Hector Bellerin, kolega z drugiej flanki – Kieran Tierney, młoda gwiazda – Bukayo Saka, a także Bernd Leno, Rob Holding, Dani Ceballos i Mohamed Elneny. Brakuje w tym wszystkim kapitana drużyny – Pierra Emericka-Aubameyanga, jednak ten wolał schować głowę w piach.

Każdy z wymienionych zawodników podkreślał, że problem leży w nim, nie w Artecie. To oni muszą odwdzięczyć się za zaufanie trenera i zrealizować jego wizję na boisku. Tylko tyle i aż tyle. Na pewno najmocniej zabrzmiały słowa niemieckiego bramkarza, który niejako potwierdził spekulacje o konflikcie części składu z Mikelem:

Nie możemy chować się za plecami Artety i czuć się bezpieczni, bo krytyka spływa na niego, a nie na nas. To niesprawiedliwe. To my musimy odmienić ten sezon, nie on. To ile czasu poświęca nam po to, abyśmy byli każdego dnia lepsi jest niesamowite. Musimy zaufać Mikelowi, samym sobie, czas na dyscyplinę i stawić czoła temu, gdzie sami się zaprowadziliśmy.

Jednak nie wszyscy chyba chcą denerwować świętego Mikołaja. Chwila szczerości pokazała, że w tym wszystkim nie ma jedynego winnego. Nie martwcie się. Na dniach poświęcimy jeszcze czas samemu Artecie, który również ma swoje za uszami, jednak wywiady z innymi z „ligi sprawiedliwych” nabrały innego znaczenia po szczerości Leno. Pozwoliło to otworzyć oczy na to, co dzieje się za kulisami.

Świąteczny cud, Arsenal łapie oddech

Nadzieja jednak umiera ostatnia, szczególnie w okresie, gdy dzieją się prawdziwe cuda. Święta to wyjątkowy czas i atmosfera. Wrogowie podają sobie rękę, babcia ucisza wujków kłócących się o politykę i Arsenal demoluje Chelsea. Wróć… Arsenal przełamuje fatalną passę? Drugi dzień świąt okazał się nad wyraz hojny dla Kanonierów.

*  – Arteta dokonał małej rewolucji w składzie, stawiając na tych, którzy chcą umierać za tę drużyną i ta nie zawiodła. Bezustanny pressing, zażarta gra i finezja pozwoliły Kanonierom odnieść niezwykle ważne zwycięstwo na własnym stadionie. Chelsea wraca na Stamford Bridge bez świątecznych podarków, a Arsenal dokonuje niemożliwego. To miała być istna masakra ze strony The Blues, a to oni wyglądali niczym drużyna pogrążona w kryzysie. Nagle Arsenal odżył… tylko na jak długo?

Chcemy jednak ogłosić, że Mikołaj już obiegł całą ziemię i nie może wrócić do niegrzecznych chłopców. Jeśli jednak sterta rózg pod choinką dała im do myślenia, to muszę pamiętać, że rok trwa do przyszłego Bożego Narodzenia i nawet świetne spotkanie z Chelsea nie sprawi, że jeszcze przed nowym rokiem znajdą wymarzone prezenty pod choinką. Czas pokazać się z lepszej strony i pamiętać, że świąteczne cuda mogą trwać cały rok.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie