Chociaż pomógł Leicester w zdobyciu tytułu, oficjalnie nie jest mistrzem Anglii. Choć w Anglii grał zaledwie cztery lata, kibice Lisów jeździli dla niego do Krakowa. Nigdzie jednak nie kochali go tak, jak w Anderlechcie. Marcin Wasilewski, drugi polski strzelec bramki w historii Premier League, ogłosił zakończenie kariery.

Takich postaci w piłce mamy już niewiele. Polski obrońca wygrał z szalenie niebezpieczną kontuzją, rozkochał w sobie kibiców utytułowanego klubu. Zaimponował tysiącom fanów na Wyspach i w Belgii swoją walecznością, i postawą twardziela. Najlepiej chyba określają go słowa Franciszka Smudy, cytowane na łamach portalu Sportowefakty.wp.pl:

Trochę już żyję, ale takiego charakteru nie spotkałem. Nie wiem, skąd on miał tyle wiary w siebie i przekonania, że osiągnie cel. W trudnych momentach mówił jak w amoku, przez zęby: „ale ja muszę, muszę to osiągnąć, nie poddam się”. Gdy się zawziął, nic go nie powstrzymało.

Potrafił ugryźć szklankę, kupić koledze na urodziny granat i wprawić w osłupienie lekarzy. W szatni Anderlechtu do dziś stoi jego szafka, chociaż zespół opuścił siedem lat temu. Marcin Wasilewski to nie tylko członek drużyny, która wygrała Premier League. To prawdziwa legenda.

Od zawsze szczery do bólu

Zaczynał w Hutniku Kraków, potem reprezentował barwy Śląska Wrocław, Wisły Płock, Amiki Wronki i Lecha Poznań. Z kraju wyjechał stosunkowo późno, bo miał 27-lat, ale nie przeszkodziło mu to w zrobieniu kariery za granicą. Mało kto jednak spodziewał się, że Marcin Wasilewski zostanie legendą jednego z najlepszych belgijskich klubów i mistrzem Premier League. Wyboista droga do tego celu rozpoczęła się, a jakże, u nas, nad Wisłą.

Już w czasach występów w Ekstraklasie dał się poznać z tego, za co zapamięta go większość kibiców. Z bycia bezkompromisowym walczakiem, nadrabiającym ewentualne braki gigantycznym zaangażowaniem. Szczery do bólu, bezpośredni i bardzo głośny na murawie – gdy Wasyl pojawiał się na boisku, zawsze łatwo było go znaleźć. A napastnicy nigdy nie mogli czuć się przy nim bezpieczni. Łokieć, bark, ostry wślizg… jego repertuar zagrań „ostrzegawczych” był bardzo szeroki i sprawiał, że rywale podchodzili do niego z ogromnym respektem. Gdy się wściekał, nie owijał w bawełnę, czy to chodziło o opieprzenie kolegów z drużyny, sędziego, przeciwników, czy inne sprawy. Pokazał to podczas pamiętnego wywiadu, jeszcze z czasów gry dla Kolejorza.




Dobra postawa w kraju zaowocowała zainteresowaniem z zagranicy. Zimą 2007 roku zgłosił się Anderlecht. Spędził tam ponad sześć lat.

Wasyl Legenda Fiołków

Przychodził jako zawodnik niemal kompletnie nieznany. Bo kto w Brukseli kojarzyłby obrońcę Lecha Poznań? Wasilewski startował na Stade Constant Vanden Stock z czystą kartą. Bez oczekiwań, bez presji. Sam miał pokazać, na co go stać i co potrafi. A posiadał cechy, które fanom ekipy z belgijskiej stolicy bardzo przypadły do gustu.

Szybko go pokochali. Za wolę walki, za zaangażowanie, za to, że gotów był oddać na murawie zdrowie dla ich ukochanych barw. Gdyby grał te 20 lat wcześniej, idealnie pasowałby do Szalonego Gangu w Wimbledonie. I do dzisiaj kibice wspominają go z ogromnym rozrzewnieniem.

On pokochał Anderlecht, a my pokochaliśmy jego – możemy przeczytać wypowiedź Tima, fana Anderlechtu na łamach newonce.sport. – Wytatuował sobie herb klubu na łydce. Był nawet taki mecz z Club Brugge, gdzie ściągnął getry, żeby jeszcze mocniej to wyeksponować. W przeszłości mieliśmy wielu wspaniałych zawodników: Zetterberga, Scifo, Kompany’ego. Ale Wasyl jest wyjątkowy. Nie jest technicznym piłkarzem, ale kupił nas tym, jakim jest człowiekiem. To pozytywny wariat.

W sierpniu 2009 roku serca kibiców Fiołków stanęły jednak w miejscu. Polak, podczas starcia ze Standardem Liege, zaatakował przy linii bocznej Axela Witsela. Wejście wślizgiem zakończyło się tragicznie dla obrońcy. Belg stanął na jego nodze, doszło do otwartego złamania. Te obrazki pamiętamy do dziś. Ogólnokrajową nagonkę i łatkę „brutala”, przypiętą obecnemu pomocnikowi Borussii Dortmund również. Młody zawodnik Standardu zaczął dostawać pogróżki, musiał dostać ochronę. W końcu ulubieniec fanów Anderlechtu padł ofiarą gracza znienawidzonych rywali. Stanowił symbol poświęcenia podczas świętej wojny. Można zaryzykować stwierdzenie, że ten dzień stanowił fundament jego legendy. I to nie tylko dlatego, że Wasilewski stracił tym samym szanse na transfer do występującego w Premier League Hull City. Następnego dnia miał pojechać do Anglii i podpisać kontrakt. W wyniku urazu musiał zostać w Brukseli.

Uosobienie walki

Nawet bez oficjalnej diagnozy wszyscy wiedzieli, co się stało. I nikt nie miał wątpliwości, że sytuacja wygląda naprawdę poważnie. Złamana kość piszczelowa i strzałkowa, kompletnie zmasakrowana noga 29-letniego piłkarza… to było nie tylko poważne zagrożenie dla całej jego kariery. Lekarze dopuszczali podobno możliwość amputacji nogi. Powrót na murawę stał pod wielkim znakiem zapytania.

Musiał przejść sześć operacji, miał pauzować nawet rok, ale pracował bez wytchnienia. Trybuny robiły wszystko, aby mu pomóc. Wtedy narodziła się tradycja: w 27. minucie (grał z numerem 27) na stadionie rozbrzmiewały gromkie okrzyki „Wasyl, Wasyl!”. Kultywowane jest to do dzisiaj.




Niezłomność, waleczny duch i tytaniczna praca sprawiły, że Polak zadziwił wszystkich. Po ośmiu miesiącach wrócił do gry po katastrofalnej kontuzji. Wtedy wszyscy kibice już wiedzieli – to będzie legenda, to będzie symbol Anderlechtu. Nie chodzi tylko o oddanie barwom, ale też o to, jakie przesłanie niesie ze sobą jego postać – żeby nigdy się nie poddawać i walczyć do końca. Że nawet po najbardziej bezlitosnym, potężnym ciosie można się podnieść. Że Marcin Wasilewski to symbol, żyjący pomnik. Pomnik, który stoi do dziś, nawet po zakończeniu kariery, nawet siedem lat po opuszczeniu Belgii.

Czuję się, jakbym zaczynał karierę po raz drugi. Lekarze mówili, że jeśli wrócę, to najwcześniej za 10 miesięcy, a wróciłem po ośmiu. Harowałem za dwóch, byłem zdeterminowany, walczyłem ze wszystkich sił i zostałem nagrodzony – opowiadał Super Expressowi. – Wiedziałem, że zagram w tym meczu, dzień wcześniej rozmawiałem z trenerem i zapewnił mnie, że wejdę na końcówkę. Byłem przygotowany na ciepłe przyjęcie kibiców, ale to, co mnie spotkało, było niesamowite. Owacja na stojąco i taki doping, że aż się można było popłakać ze wzruszenia.

Prawie 200 meczów dla Anderlechtu, 22 gole, dziewięć trofeów, w tym cztery mistrzostwa kraju. Do tego wciąż żywe obrazki, gdy po swoich trafieniach rzuca się w objęcia trybun. Gdy krzyczy na partnerów, motywując ich w trudnych momentach lub skacze do gardła przeciwnikom. Historia wygranej walki o zdrowie i powrót na murawę. Status legendy w Brukseli nie wziął się znikąd. A dowodem przywiązania sympatyków Fiołków jest fakt, że regularnie jeździli na jego mecze do Leicester, a później Krakowa.

Kierunek: Anglia

Doświadczony reprezentant Polski w 2013 roku nie zdołał osiągnąć ze swoim klubem porozumienia w sprawie przedłużenia kontraktu. 33-latek został godnie pożegnany, wszedł na murawę w końcówce meczu, pieczętującego kolejne mistrzostwo kraju. Przed pierwszym gwizdkiem czas poświęcili mu również przedstawiciele władz klubu. Wszyscy, od zarządu, po kibiców, wiedzieli, że to koniec pewnej epoki. Odchodził człowiek, który niemal oddał swoje zdrowie dla barw Anderlechtu. I chociaż wylądował po drugiej stronie kanału La Manche, nigdy o nim nie zapomnieli.

Po kilku miesiącach poszukiwania pracodawcy wylądował w grającym na poziomie Championship Leicester City. Na łamach The Athletic można znaleźć anegdotę dotyczącą jego pierwszego dnia na King Power Stadium. Gdy się pojawił, trener Nigela Pearsona akurat wyjechał na rowerze z ośrodka treningowego. Angielski menedżer po powrocie nie mógł uwierzyć, gdy usłyszał, że doświadczony defensor po prostu poszedł trenować z resztą zawodników. Bez chwili zawahania zadecydował o zaoferowaniu mu kontraktu. Takich właśnie ludzi potrzebował.

Polak na papierze wydawał się idealnym zawodnikiem do gry na Wyspach. Silny, rosły, dobry w powietrzu. Dla wyznawcy prostego, fizycznego futbolu, jak Pearson, był to świetny kandydat do zajęcia miejsce w środku, czy też na prawym boku obrony. Szybko odnalazł się w realiach drugiej ligi angielskiej i zajął miejsce w podstawowym składzie.

Wasilewski i spełnione marzenia o grze w Premier League

Wasilewski zrealizował swoje marzenia o grze w Premier League, pomagając drużynie w wywalczeniu promocji już w pierwszym sezonie. Swoją odwagą i walecznością imponował nie tylko partnerom, ale i kibicom, a kolegów z boiska szokował i poza nim.

Świętowaliśmy awans w barze. Wasilewski nagle wziął szklankę i powiedział do nas: „Jeszcze mnie nie znacie” – opowiadał Anthony Knockaert francuskiej telewizji SFR Sport. – Potem włożył szklankę do ust i zaczął ją zgniatać zębami. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Na języku miał mnóstwo krwi. Potem jeszcze zmierzył nas wzrokiem i powiedział: „Jestem chorym człowiekiem”. Zresztą potem to powtórzył. Przestraszył nas, ale to świetny facet.

Chociaż kampanię w ekstraklasie zaczął na ławce, w końcu wskoczył do podstawowego składu. W ekipie Lisów pełno mieliśmy wówczas walczaków z krwi i kości. Wes Morgan, Jamie Vardy, Paul Konchesky, Esteban Cambiasso, Wasyl… tej grupy nie dało się złamać. Taka obsada szatni pozwoliła podnieść się i zaliczyć jeden z najbardziej niesamowitych comebacków w historii ligi. Leicester w kwietniu znajdowało się na dnie tabeli, ale dzięki siedmiu wygranym w ostatnich dziewięciu kolejkach zdołali uratować swój byt. Polak współtworzył tę niesamowitą historię, grając w niemal każdym spotkaniu końcówki sezonu.

Dodatkowo wychowanek Hutnika Kraków zapisał się w polskiej historii Premier League. 31 stycznia 2015 roku został drugim zawodnikiem znad Wisły, który trafił do siatki w meczu Premier League. Wykorzystał dośrodkowanie Cambiasso, pokonując Davida de Geę strzałem głową. Gol okazał się jedynie bramką honorową, bo Lisy przegrały na Old Trafford 1:3, ale i tak w kraju zrobiło się głośno. W końcu na polskie trafienie w angielskiej ekstraklasie czekaliśmy ponad 20 lat!

Piłkarz, który zjednoczył kibiców

Wspominaliśmy już, że kibice Anderlechtu nie zapomnieli o swoim ulubieńcu. Od początku jego przygody w Anglii do Leicester regularnie wybierały się grupy wiernych fanów, dopingujących legendę w jej nowych barwach. Początkowo sympatycy Lisów niespecjalnie wiedzieli, o co chodzi z tą grupą entuzjastów walecznego Polaka, krzyczących jego przezwisko w 27. minucie spotkań. Jak to jednak na trybunach bywa, zwłaszcza gdy trzyma się kciuki za wspólny cel, szybko udało się nawiązać przyjazne stosunki.

Kolejne wizyty Belgów na King Power Stadium przyjmowano z coraz większym entuzjazmem i udało się nawet zawiązać kibicowską „sztamę”. Dziś fani ekip z Leicester i Brukseli pozostają w bardzo dobrych relacjach. Zorganizowali nawet wspólny wyjazd do Polski. Wszystko dzięki Wasylowi, człowiekowi, który rozkochał w sobie ludzi po dwóch stronach kanału La Manche. Zresztą trudno dziwić się, skoro do swoich sympatyków z Belgii zawsze podchodził niczym do starych kumpli.

Gdy podczas sezonu 2016/17 dostał od nich informację, że przyjeżdżają do Manchesteru na mecz Anderlechtu z United, długo się nie zastanawiał. Wskoczył w pociąg, aby spotkać się z nimi w pubie.

„Pamiętam tę scenę. Trzy tysiące fanów Anderlechtu na mieście, a on wysiada z taksówki pod pubem. Ludzie patrzą przez szyby. Zaczynają się zrywać. To był obłęd. Musieliśmy zmienić stolik i się schować, bo wszyscy robili sobie z nim zdjęcia – możemy przeczytać słowa wspomnianego już fana Fiołków, Tima, na łamach newonce.sport.

Marcin Wasilewski – gość, który (nie)wygrał Premier League

Wydawać się mogło, że pod względem sportowym już nic w jego karierze nie mogło przebić szalonej ucieczki spod topora i nazwiska Wasyla na liście strzelców w angielskiej ekstraklasie. Miał 35 lat, grał w zespole dolnej połowy tabeli. Co jeszcze mogło go spotkać? No i spotkało coś, czego w życiu nie mógł się spodziewać.

Historię magicznej kampanii 2015/16 znamy wszyscy. Claudio Ranieri, „dilly ding, dilly dong”, Riyad Mahrez, Jamie Vardy, N’Golo Kante, mistrzostwo kraju – jedna z najpiękniejszych opowieści w historii angielskiego futbolu. Tytuł został przypieczętowany po remisie Tottenhamu z Chelsea. Legenda Anderlechtu wraz z kolegami z zespołu oglądała derby Londynu u Jamiego Vardy’ego. Obrazki z tej imprezy wszyscy dobrze pamiętamy.

Rola naszego rodaka podczas tamtych rozgrywek zdecydowanie zmalała po ściągnięciu na King Power Stadium Roberta Hutha. Legenda Anderlechtu zagrała tylko cztery ligowe mecze, o jeden za mało, żeby otrzymać mistrzowski medal. Nie znalazła się też na liście kilku graczy, których można „dodać” do grona nagrodzonych. Dlatego też Polak oficjalnie nie jest mistrzem Anglii (można to sprawdzić na oficjalnej stronie Premier League).

Niemniej, doceniono go… w Brukseli. Dzień po meczu przedostatniej serii gier, ostatnim domowym dla Lisów, kiedy oficjalnie wręczono im puchar, pojechał do Belgii. Zaliczył symboliczne pierwsze kopnięcie piłki podczas meczu, został przywitany jak legenda. Mistrzostwo dla Leicester świętowano również na Stade Constant Vanden Stock. W końcu zdobył je jeden z prawdziwych Fiołków, żyjący pomnik tego klubu.

Kluczowe ogniwo w szatni

Włoski szkoleniowiec bardzo chwalił Polaka za jego wpływ na partnerów. Uważał, że miał duży udział przy tworzeniu dobrej atmosfery w szatni, nawet pomimo niewielu szans na występy. Charakter Wasilewskiego sprawił, że kochał go nie tylko szkoleniowiec, ale i fani. Stąd też dostał umowę na kolejny rok.

On jest sercem tego zespołu, musiałem go mieć w składzie na kolejny sezon! – Tłumaczył Ranieri. – Kocham „Wasa”. Po sezonie poszedłem do działaczy i poprosiłem, aby zaproponowali mu nową umowę. Powiedziałem, że muszę go mieć w drużynie, bo on jest sercem i duszą Leicester.

Następne 12 miesięcy okazało się ostatnimi na Wyspach. Wasyl pojawił się na murawie tylko pięć razy, menedżer, który dał Lisom mistrzostwo, stracił pracę. Jego następca, Craig Shakespeare, nie widział miejsca dla weterana. Ostatni rozdział swojej kariery Polak napisał przy ulicy Reymonta w Krakowie, zakładając koszulkę Wisły. Pozostał pomimo kryzysu, pomógł w wywalczeniu utrzymania w Ekstraklasie. Kolejny raz, podczas ogromnej przebudowy, nieoceniony okazał się jego charakter.

W sezonie 2018/2019 defensor stał się kluczowym zawodnikiem drużyny prowadzonej przez Macieja Stolarczyka i prawdziwym liderem, zarówno na boisku, jak i poza nim, a swoją charyzmą zarażał innych graczy – możemy przeczytać na oficjalnej stronie krakowskiego klubu.

Swoim zachowaniem potrafił idealnie wpłynąć na atmosferę w zespole. Pomimo tego, że można było się go bać, lubił tez dowcipy i oryginalne prezenty.

Mi kupił atrapę granatu. Powiedział: „odbezpiecz go i nim rzuć, kiedy się wku…sz” – wspominał Sławomir Peszko na łamach portalu Sportowefakty.wp.pl. – Jeżeli jestem w Krakowie i mam do kogoś zadzwonić, żeby wyszedł na piwo, wykręcam numer Wasyla. To świetny kumpel.

Z byłym skrzydłowym Wolverhampton łączy go więcej – chociażby pamiętny „incydent taksówkowy”, przez który otarli się o wyrzucenie z kadry na Euro 2012. Eks-obrońca Leicester umiał się zabawić, czasem nawet i w nie do końca dozwolony sposób. Przez to jednak szybko zdobywał sympatię kolegów.

Dla Wisły strzelił tylko jednego gola. Ale za to w jakim meczu! Podczas derbów, przeciwko Cracovii. Ten dorobek mógł podwoić w swoim ostatnim występie w karierze. Zaledwie kilka minut po wejściu na murawę za młodziutkiego Daniela Hoyo-Kowalskiego podszedł do rzutu karnego. To była idealna okazja na piękne pożegnanie z kibicami. Niestety, nie pokonał Kacpra Krzepisza, stojącego w bramce Arki Gdynia.




Bóg kibiców

Kilka miesięcy wcześniej do stolicy Małopolski zawitała łączona ekspedycja kibiców Leicester i Anderlechtu. Ich cel? Zobaczyć Wasyla chociaż ten jeszcze jeden raz. Przeczuwali, że jego koniec kariery jest już blisko. Skontaktowali się z nim, on pomógł w sprawach organizacyjnych i zafundował bilety. Przyjezdnych potraktował jak kumpli.

Chociaż nie pojawił się na murawie, i tak w 27. minucie usłyszał okrzyki na swą cześć. Podobnie i po meczu. Ponad godzinę po ostatnim gwizdku, jego sympatycy wciąż czekali na trybunach, by zrobić sobie z nim zdjęcie. To w końcu ich bohater. Wasilewski to legenda Anderlechtu, członek zespołu, który sięgnął po mistrzostwo Premier League. Zapisał się w historii obu zespołów i tego nikt mu nie odbierze. Podobnie nigdy nie straci uwielbienia kibiców tych drużyn.




To jednak w Brukseli ma wyjątkowe miejsce. Jego szafka w szatni stoi nienaruszona do dziś. Stanowi symbol. Stanowi motywację dla dzisiejszych zawodników. Mają walczyć jak Wasyl. Pokazywać nieustępliwość, waleczność i nigdy się nie poddawać. Szacunek, którym go darzą, trudno sobie wyobrazić.

Nie jestem pewny, ale chyba nawet w siłowni klubowej jest wielka ściana z jego podobizną i hasłem motywacyjnym skierowanym do tych, którzy wracają do zdrowia. On daje ludziom nadzieję! W czerwcu skończy 40 lat. Być może to jego ostatni sezon w piłce, więc jesteśmy tu po to, by powiedzieć mu „Dzięki!”. Chciałbym go kiedyś zobaczyć w Anderlechcie jako trenera. Chciałbym, żeby do nas wrócił, nieważne w jakiej roli. On ciągle jest w naszych sercach! Jest jakiś drugi polski piłkarz, który na trybunach zagranicznego klubu stał się bogiem? – mówił Tim przy okazji wspomnianej wizyty w Krakowie, cytowany przez newonce.sport.

Dlatego Marcin Wasilewski to prawdziwy wyjątek i ktoś więcej niż tylko nieoficjalny zwycięzca Premier League. Zapisał się w historii i miał wielkie serce, bezgranicznie oddane Fiołkom. Jego więź z kibicami Anderlechtu była tak niesamowita, że zarazili swoją miłością również sympatyków Leicester. I o to właśnie chodzi w futbolu.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie