Kolejny hit kolejki i kolejny raz bez większych emocji. Postronni kibice jako faworyta tego spotkania wskazywali Manchester United. Sytuacja nie zmieniła się, kiedy na godzinę przed pierwszym gwizdkiem pojawiły się składy. Tymczasem Czerwone Diabły skupiają się chyba na Lidze Mistrzów, bo na Old Trafford nie pokazały dziś nic konkretnego. Arsenal zresztą też.

Od początku spotkania widać było, na co nastawiają się obie drużyny. Piłkarze Mikela Artety zaczęli bardzo wysoko, pressingiem starając się odebrać piłkę gospodarzom. Ci za to stanęli na własnej połowie i czekali na kontratak. Problemem 20-krotnych mistrzów Anglii była jednak niedokładność. Oczywiście nie w strzałach, bo taki oglądaliśmy w pierwszej połowie tylko jeden. Chodzi o podania – szczególnie na „wyróżnienie” zasługują tutaj Fred i Aaron Wan-Bissaka. Do tego kilka spóźnionych podań lub zbyt szybkich zrywów kończyło się spalonymi, przez co Manchester United nie wypracował sobie choćby jednej dogodnej sytuacji do zdobycia bramki.

Kanonierzy z coraz większą pewnością siebie podchodzili za to pod bramkę Davida de Gei, ale choć niezłe sytuacje miał Pierre-Emerick Aubameyang, za każdym razem brakowało kilku centymetrów do dobrego opanowania piłki. Dobrą okazję zmarnował też Saka, który bez żadnego nacisku ze strony defensywy United, chybił z bardzo bliskiej odległości po dośrodkowaniu. Większość wkurzonych fanów zapewne po pierwszych 45. minutach zdjęłaby z boiska Freda i Roba Holdinga – żaden z nich nie grał pewnie i obaj obejrzeli żółte kartki – wybiegli oni jednak na drugą połowę.

W drugiej części spotkania coś się zmieniło i Manchester United zorientował się, że może grać w piłkę również na połowie rywala. Bliżej strzelenia gola nadal był jednak Arsenal, bo po podaniu Rashforda zamiast dojść do futbolówki, Fred patrzył jak robi to Alexandre Lacazette. Ten wyłożył ją Aubameyangowi, lecz Gabończyk nie trafił w bramkę.

Ole Gunnar Solskjaer w 52. minucie zorientował się, że dłuższe przebywanie na boisku Brazylijczyka nie przyniesie nic dobrego, więc zastąpił go Nemanja Matić. Nic to jednak nie dało, bo na boisku nadal był Paul Pogba, który nie zachował zimnej głowy i sprokurował rzut karny, faulując Bellerina. Bez problemów na gola zamienił go Aubameyang.

Przebieg spotkania mogło diametralnie zmienić coś, co widzieli chyba wszyscy, oprócz sędziego. Gabriel zagrał dobry mecz, ale powinien wylecieć z czerwoną kartką za faul na Masonie Greenwoodzie i co do tego nie ma wątpliwości. Od dłuższego czasu Manchester United próbował odrobić straty, a Arsenal jedynie się lekko odgryzał, ale ostatecznie nic to nie przyniosło. Nie pomogli ani Edinson Cavani, ani Donny van de Beek. Hit kolejki niestety nie przyniósł emocji, których oczekiwaliśmy. Miały być gole podobne do tego strzelonego przez Danny’ego Ingsa, a był tylko rzut karny.

Czerwone Diabły pokazały w tym meczu, że ich dyspozycja w Lidze Mistrzów i Premier League to dwa różne światy. Pokazały też, że potrzebne są zmiany w składzie. Powolna adaptacja Holendra kupionego z Ajaksu ma sens, ale im szybciej wejdzie on do pierwszego składu, tym lepiej. Drużyna Mikela Artety zagrała za to z dużym spokojem i wiemy już, że nie należy ich jeszcze skreślać. Wygrali dzisiaj swoje pierwsze wyjazdowe spotkanie z Big Six od 2015 roku. Pytanie tylko, czy to Arsenal zagrał dziś dobrze, czy Manchester United był aż tak tragiczny?

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie