Dawno chyba nie mieliśmy w Premier League tak gorącego tematu, jak VAR. Kontrowersje, protesty, niezadowolenie kibiców, absurdalne decyzje i stosowanie systemu w sposób zupełnie inny, niż na kontynencie – to wszystko towarzyszyło nam przez cały poprzedni sezon. W tym mamy prawdziwy ogrom rzutów karnych dyktowanych za zagrania ręką. Nic jednak nie jest w stanie zmienić tego, że asystent wideo to zmiana zdecydowanie na plus. Trzeba tylko umieć dobrze ją wykorzystać.

Anglia to prawdziwy bastion piłkarskiej tradycji. Jako ojcowie futbolu Wyspiarze często uważają, że ich spojrzenie na grę jest najlepsze. Po testach systemu Video Assistant Referee postanowili więc, że trochę namieszają w sposobie korzystania z tej pomocy przez sędziów. Chcieli jak najbardziej zminimalizować wpływ wideoweryfikacji na sposób odbioru spotkań przez kibiców. Nie wszyscy bowiem byli na początku usatysfakcjonowani.

VAR Premier League wściekli kibice

Źródło: Free Malaysia Today

Pojawiły się zarzuty dotyczące zakłócenia płynności gry czy po prostu “niszczenia ducha futbolu”. Cieszysz się z gola, aż tu nagle, po analizie powtórek, okazuje się, że sędzia go nie uznaje. 30 sekund euforii, a potem ogromne rozczarowanie – nie wszyscy chcieli widzieć coś takiego. Niemniej, piłka nożna to obecnie ogromne pieniądze, miliony zainteresowanych i dziesiątki kamer. Każda pomyłka arbitra zostanie wyłapana. Dlaczego więc nie pomóc mu, umożliwiając weryfikację niemal na żywo? Zastosowanie powtórek wideo to świetna idea. Wystarczy tylko wyciągnąć wnioski z błędów, które Anglicy popełniali w rozgrywkach 2019/20. No i zmienić wytyczne dotyczące zagrań ręką, które na starcie tego sezonu spowodowały gigantyczne zamieszanie.

Pomoc dla sędziego, a nie gwarancja bezbłędności

Gdy po weryfikacji werdyktu sędziego głównego przez asystenta wideo ostatecznie podejmowano błędną decyzję, zwykło się mówić o “błędzie VAR-u”. Takie określenie fani angielskiej ekstraklasy mogli słyszeć naprawdę często, bo skuteczność stosowania powtórek mocno kulała. Problem polega na tym że jest ono po prostu rażącym uproszczeniem, prowadzącym do wyciągania błędnych wniosków. Pomyłki to nie skutek stosowania systemu, a raczej nieprawidłowej oceny sytuacji przez odpowiadających za niego ludzi.

Wiele osób błędnie interpretuje ideę wideoweryfikacji. Często z góry zakładano, że to gwarancja bezbłędności i wyeliminowania wszelkich wpadek sędziowskich. Tymczasem to jedynie dodatkowe narzędzie, które powinno stanowić pomoc. Z tym że w dalszym ciągu zależy ona często od zawodnego czynnika ludzkiego. Jeśli za czymś stoi człowiek, to z definicji nie można zagwarantować stuprocentowej pewności. A jeśli do niedawna korzystanie z takiego rozwiązania utrudniały sprzeczne z logiką wytyczne, to po prostu nie można spodziewać się tego, że wprowadzone zmiany okażą się całkowicie skuteczne.

Oczywiście mowa o kuriozalnym koncepcie odradzania arbitrom korzystania z monitora ustawionego za linią boczną. To właśnie on, a nie połączenie z “bazą” miało stanowić podstawę funkcjonowania systemu VAR. Zasiadający w Stockley Park koledzy powinni pomagać w sytuacjach absolutnie oczywistych i tak też było w Premier League. Problem w tym, że tamtejsze wytyczne mówiły również o tym, że sprawdzeniu miały podlegać jedynie “jasne i oczywiste” (ang. clear and obvious) pomyłki. Tym samym słuchawka często wstrzymywała się od sugerowania głównemu zmiany zdania, a ten, zamiast samemu sprawdzać swój werdykt, po prostu go podtrzymywał.

Kompletnie usunięto najważniejszy aspekt tego systemu – ten zależny od arbitra głównego. Jak sama nazwa sugerowała, mieliśmy mieć “asystenta”. Tymczasem dostaliśmy ciało, które interweniowało, podejmując niezależne decyzje i tym samym zdejmując odpowiedzialność z rozjemcy spotkania, obecnego na murawie. Anglicy usilnie starali się dostosować znane już od roku rozwiązanie i przekombinowali. Na szczęście, wydaje się, że wyciągnęli wnioski. Choć… spięcie pomiędzy Erikiem Lamelą i Anthonym Martialem z niedawnego starcia Manchesteru United i Tottenhamu mogło budzić uzasadnione wątpliwości.

Zmiany nie tylko w sędziowaniu, ale i samej grze w piłkę

Abstrahując już od tego, w jaki sposób korzystano z dostępnych powtórek i mocno “abstrakcyjnych” zarzutów, należy też pamiętać o tym, że VAR spowodował pewne zmiany w zachowaniu piłkarzy. 

Po pierwsze, nurkowanie nie powinno już przynosić wymiernych korzyści. Nawet najlepiej wymierzone rzucenie się na ziemię bez kontaktu w polu karnym nie niesie już ze sobą dużych szans na zyskanie jedenastki, a raczej na papierze jest pewną żółtą kartką. Dzięki temu mamy w ostatnim czasie mniej haniebnych zachowań, które należałoby wyplenić. W Premier League właściwie wszyscy się przystosowali.

Co jeszcze? Ano teraz trzeba pilnować ułożenia swoich rąk. W defensywie oczywiście pozostaje jeszcze kwestia interpretacji, ale widać, że obrońcy coraz częściej podchodzą do oponentów z dłońmi splecionymi z tyłu. Na początku obecnej kampanii widzieliśmy jednak dużo kontrowersyjnych werdyktów dotyczących zagrania futbolówki górną kończyną. Jedenastki sypią się niczym z rogu obfitości, a to prowadzi tylko do coraz większej frustracji kibiców, menedżerów i zawodników. Steve Bruce zdążył nawet skrytykować decyzję o podyktowaniu rzutu karnego, który dał jego podopiecznym dramatyczny remis w starciu z Tottenhamem. Zresztą nie nie tylko on nie zgadzał się z oceną rzeczonej sytuacji przez sędziego Petera Bankesa.

Tego typu absurdy powodują chyba jeszcze większe oburzenie, niż przepisy dotyczące zachowania w ataku, obowiązujące od startu poprzednich rozgrywek. Każdy kontakt piłki z ręką w akcji bramkowej oznacza anulowanie gola. To kilka razy doprowadziło do ogromnych kontrowersji, ale cóż – dura lex, sed lex (z łac. twarde prawo, ale prawo). Niestety, trzeba się dostosować. Tym bardziej, że mamy do czynienia z sytuacją czarno-białą, bez “szarej”, kontrowersyjnej strefy.

Wydarzenia na boisku monitorowane są przez setki kamer na stadionach, a teraz do specjalnych powtórek mają dostęp sędziowie. Każda próba oszukania arbitra oraz ewentualna pomyłka może zostać bardzo łatwo wyłapana. W debiutanckim sezonie systemu VAR w Premier League nie oznaczało to jednak, że rzuty karne rozdawano na lewo i prawo. W zakończonych niedawno rozgrywkach obejrzeliśmy ich 91, czyli o 12 mniej niż sezon wcześniej i mniej, niż wynosi średnia z 10 ostatnich lat (93,9). Jak zatem widać, wideoweryfikacja nie prowadzi w kierunku dyktowania jedenastek za byle co. Nawet, jeśli ostatnie cztery serie gier mogą budzić takie obawy.

W końcu w 38 rozegranych do tej pory meczach angielskiej ekstraklasy widzieliśmy aż 25 jedenastek. Jeśli takie tempo się utrzyma, to na koniec rozgrywek będziemy ich mieli aż 250. Dla porównania, obecny rekord to… 106. To jednak nie jest problem funkcjonowania systemu VAR w Premier League, a w dużej mierze kuriozalnych przepisów dotyczących interpretacji sytuacji, w których futbolówka trafia w rękę zawodnika broniącego. Zresztą mają one podobno zostać niedługo zmienione. Więcej na ten temat pisaliśmy już na łamach naszego portalu. 

Czy VAR sprzyja komuś w Premier League?

Wielu z was zapewne widziało już różne zestawienia jak “tabela, gdyby nie było VAR-u” czy “tabela, gdyby VAR podejmował same słuszne decyzje”. O tym, że niestety pomyłek w pełni nie wyeliminujemy, już wiemy. Ale czy ktoś zdecydowanie skorzystał na wprowadzeniu tego systemu? ESPN wyliczyło stosunek korekt decyzji arbitrów na korzyść i niekorzyść poszczególnych klubów z poprzedniej kampanii. Najlepiej, bo na +8, wyszło Brighton. Najgorzej, -7, Norwich. W całej lidze tylko Newcastle United nie doświadczyło zmiany decyzji na korzyść rywali.

W zeszłym sezonie zastosowanie systemu doprowadziło do zmiany 109 werdyktów sędziowskich. 56-krotnie cofano strzelonego gola, 27-krotnie decydowano o uznaniu trafienia, które pierwotnie nie zostało zaliczone. Aż 34 bramki anulowano z powodu spalonego, a kolejne 14 przez zagranie ręką. Do tego po konsultacji z asystentem wideo podyktowano 22 rzuty karne, jednocześnie 7 razy anulując decyzję o przyznaniu jedenastki. Wideoweryfikacja przyczyniła się ponadto do 9 czerwonych kartek oraz uratowania 3 zawodników przed niesłusznym wyrzuceniem z boiska.

Czy mamy do czynienia z premiowaniem zespołów atakujących lub broniących? Duża liczba spalonych, często nawet aptekarskich, milimetrowych sprawia, że wiele goli, które w normalnych warunkach zostałyby wpisane w rubrykę “premiowania gry ofensywnej” musiało zostać nieuznanych. Z drugiej strony, obrońcy muszą uważać bardziej we własnej szesnastce, bo zdecydowanie więcej mamy analiz prowadzących do podyktowania, a nie cofnięcia rzutu karnego. Ostatecznie wydaje się jednak, że VAR nie miesza znacznie, jeśli chodzi o wyniki.

Nowe oblicze VAR-u w Premier League?

Wysuwane w poprzednim sezonie zarzuty poskutkowały reakcją. W obecnych rozgrywkach mamy już kilka istotnych zmian, które mamy okazję oglądać, śledząc zmagania zespołów angielskiej ekstraklasy. Najważniejsza i chyba najbardziej wyczekiwana z nich została już omówiona w tym tekście – sędziowie w końcu będą zachęcani do korzystania z monitorów przy boisku. To oznacza, że częściej główny weźmie na siebie odpowiedzialność, zamiast zrzucać ją na “głos w uchu”, pochodzący ze Stockley Park.

VAR Premier League Stockley Park

VAR Hub w Stockley Park / Źródło: Premier League

Pamiętacie długie oczekiwanie i emocje, związane ze skrupulatnym nakładaniem linii spalonego na stop-klatkę z powtórki? Tego, jako kibice, już nie doświadczymy, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak miało to miejsce wcześniej. Zdecydowano, że sam proces “rysowania” nie będzie już dostępny dla “zwykłego Kowalskiego”. W trakcie transmisji zobaczymy tylko finalny obraz, który zostaje użyty do ostatecznej oceny sytuacji.

Idąc dalej, jeśli chodzi o spalone. Asystenci dostali jasne i konkretne wytyczne, aby nie podnosić chorągiewki w sytuacjach bramkowych, a wstrzymywać się do zakończenia akcji. Jeśli futbolówka opuści boisko, ich werdykt zostanie podtrzymany. Jeśli wpadnie do siatki, czeka nas weryfikacja przy pomocy VAR-u. Ten system funkcjonuje dobrze na Kontynencie i “nieoficjalnie” występował również w Premier League. Od początku rozgrywek należy go jednak uznawać za nakaz.

Bardzo dużo dyskusji budziło zachowanie bramkarzy przy rzutach karnych. Debatowano o tym, czy przepis o niewychodzeniu przed linię bramkową to już jedynie “martwe prawo”. Wprowadzenie wideoweryfikacji mogło pomóc w jego egzekwowaniu. Problem w tym, że w Premier League VAR za to nie odpowiadał, co spotkało się z ogromnymi protestami. Pierwszy przykład z brzegu – Dean Henderson zatrzymujący strzał Gabriela Jesusa z jedenastki 21 stycznia, podczas 24. kolejki. Teraz, jeśli golkiper obroni karnego po opuszczeniu swojego dozwolonego posterunku, zostanie on powtórzony. Każdy inny wynik, wliczając w to uderzenie w słupek czy kompletne pudło, nie przyniesie żadnej reakcji sędziego.

Co do ponownego wykonywania rzutów karnych, czekają nas też zmiany, jeśli chodzi o zachowanie zawodników czekających na skraju szesnastki. Od teraz i oni są pilnowani czujnym okiem kamer. Zbyt wczesne wkroczenie w pole karne poskutkuje powtórzeniem stałego fragmentu gry, jeśli piłkarz winny tego przewinienia ostatecznie dojdzie do futbolówki. Jeżeli rzeczony gracz nie będzie miał wpływu na sytuację, jego zachowanie przejdzie bez echa.

Jak więc widać, Anglicy wyciągają wnioski z turbulentnego pierwszego sezonu z VAR-em na swoich boiskach. Ba, zareagowali również na zamieszanie z pierwszych czterech serii gier obecnej kampanii, spowodowane zagraniami ręką. Teraz pozostaje nam czekać na odpowiedzi na dwa szalenie istotne pytania. Po pierwsze: czy te wnioski wystarczą? Po drugie: czy czynnik ludzki znowu nie wywrze negatywnego wpływu na działanie tego jakże potrzebnego systemu?

Nie dajmy się zwariować. Wideoweryfikacja nie jest i nigdy nie będzie problemem. Najważniejsze jest to, żeby sędziowie i przepisy trzymały pewien akceptowalny poziom. Dostępność powtórek to idealne narzędzie, aby im w tym pomóc. Miejmy nadzieję, że rok nauki nie poszedł na marne. VAR w wydaniu angielskim nie wypalił. Pora na zwyczajny VAR. Taki, jaki oglądamy w innych krajach.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie