Spośród wszystkich popandemicznych zmian dotyczących futbolu, chyba żadna nie miała takiego wpływu na grę. Premier League poszła w czerwcu za ogólnoświatowym trendem i zgodziła się na zwiększenie maksymalnej liczby zmian na pięć. W Anglii jednak szybko powrócono do klasycznych trzech roszad. I, póki co, nie ma powodu, aby za tym tęsknić.

Przy okazji wznowienia poprzedniego sezonu w czerwcu Premier League przyjęła sugestię International Football Association Board, pozwalając trenerom na dokonanie większej liczby zmian w trakcie spotkań. Podobną drogą poszły również pozostałe czołowe ligi europejskie, które rozegrały do końca sezon 2019/20, we Włoszech, Niemczech i Hiszpanii. Pięć zmian można było przeprowadzić też w popandemicznych meczach Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Teraz, pomimo szalenie skondensowanego terminarza na Wyspach,jednak wróciliśmy do znanego nam układu z maksymalnie trzema rezerwowymi, wkraczającymi do gry.

Kluby angielskiej ekstraklasy zagłosowały przeciw przedłużeniu trwania tymczasowego rozwiązania na bieżące rozgrywki. Taki pomysł miał na celu ochronę zdrowia zawodników, wystawionych na ogromne obciążenia po wydłużonej przerwie. Teraz zapowiada się jeszcze bardziej szalony rok, ze znacznie skróconym okresem przygotowawczym, niemal bez wakacji i z szalonym wręcz kalendarzem. Pomimo tego uznano, że lepiej wrócić do klasycznego układu.

Pięć zmian, czyli „premiowanie bogatych” w Premier League

Decyzję o dodaniu możliwości przeprowadzenia dwóch dodatkowych roszad została przyjęta właściwie jednogłośnie. Przedłużenie tego przepisu spotkało się za to z kompletnie innym odbiorem. Gdy IFAB ogłosił, że dopuszcza taką możliwość, eksperci Sky Sports, Jamie Carragher i Gary Neville od razu skomentowali tę decyzję na Twitterze. “To bezsens! Proszę, Premier League, utrzymajcie trzy zmiany!” – pisał ten pierwszy. Drugi po prostu oznajmił, że “Nie podoba mu się to, ani w ogóle się z tym nie zgadza”.

Głośno swoje stanowisko już po przegłosowaniu zmian w czerwcu wyrazili również niektórzy menedżerowie zespołów Premier League. Chrisa Wildera zaskoczyło wprowadzanie zmian w połowie sezonu, kiedy, jak to określił, “większość piłkarzy znajduje się w najlepszej dyspozycji fizycznej”. Jego zdaniem większe pole manewru dawało przewagę zespołom o mocniejszej, szerszej kadrze. Mogły w końcu wykorzystać większą liczbę swoich rezerwowych.

Tego samego obawiali się Roy Hodgson i Sean Dyche. Zdaniem szkoleniowca Burnley był to kolejny ukłon w stronę najbogatszych klubów. Wspominał, jak mniejsze zespoły musiały dostosować wymiary boisk oraz sposób przycinania trawy do tych, na jakich gra czołówka. Doświadczony trener Palace przyznał jednak, że dokończenie sezonu na nowych warunkach to prawidłowa decyzja dla zdrowia piłkarzy.

Ich zespoły spokojnie się utrzymały, chociaż Sheffield ostatecznie wypadło z pozycji gwarantujących udział w europejskich pucharach. Prowadzący relegowane Bournemouth Eddie Howe, miał wraz z końcem rozgrywek zdecydowanie więcej powodów do przemyśleń. Gdy poinformowano o propozycji IFAB, mówił o konieczności dostosowania się do nowych realiów, co stanowiło pewne utrudnienie. Oczywiście, miał możliwość trochę większej elastyczności przy swoich decyzjach w trakcie spotkań, ale z drugiej strony musiał stanąć przed kompletnie nową sytuacją. Jak się okazało, popandemiczne rozgrywki zakończyły się dla jego podopiecznych spadkiem.

Dwa światy

Faktem jest, że w angielskiej ekstraklasie mieliśmy dwa światy. Jeden, ten najbogatszych. W Premier League znaleźli się jednak i tacy, którzy stracili część swoich zawodników lub po prostu nie mieli aż tylu rezerwowych, aby swobodnie zrobić pięć zmian. Nie wszyscy przecież mogli sobie pozwolić na takie posunięcia jak Pep Guardiola czy Jürgen Klopp, który po zapewnieniu sobie mistrzostwa miał możliwość sprawdzenia młodzieży, dając jej okazję do otrzaskania się z realiami gry w angielskiej ekstraklasie.

Tymczasem Sean Dyche stracił chociażby Jeffa Hendricka i Aarona Lennona. Po dodaniu kilku kontuzji możemy już zauważyć, z jakimi problemami musiał zmagać się szkoleniowiec Burnley. Często miał nawet kłopot ze skompletowaniem dziewięcioosobowej ławki rezerwowych, złożonej z graczy pierwszej drużyny. To, co dla jednych oznaczało dodatkowy komfort, innym przysparzało tylko większego ból głowy.

Z drugiej strony, większe szanse na występ mieli zawodnicy z drużyn młodzieżowych. Czołowe kluby broniły zresztą idei pięciu roszad również tym argumentem. Ostatecznie jednak przedstawiciele 11 z 20 zespołów opowiedzieli się przeciw przedłużeniu obowiązywania tymczasowego pomysłu IFAB. W związku z tym ta nowość “Projektu Restart” odeszła już w zapomnienie. 

Przywilej, z którego nie zawsze korzystano

Oczywiście, nie było żadnej reguły. Nie zawsze to ci “wielcy”, z większą liczbą lepszych na papierze zawodników, korzystali ze swojego komfortu. Jako jeden z głównych przykładów można podać przegrany przez Manchester City mecz w Southampton. Pep Guardiola, chociaż jego podopieczni musieli gonić wynik, zdecydował się desygnować do gry tylko dwóch zmienników: Phila Fodena i Kevina de Bruyne.

Drużyny Premier League po pandemii robiły średnio 3,73 zmiany na mecz, wykorzystując więcej niż trzech rezerwowych w 113 z 184 przypadków (61,4%). Najczęściej, bo aż 58-krotnie (31,5%) trenerzy dokonywali wszystkich pięciu dostępnych roszad. A jak to wygląda w obecnych rozgrywkach? W 79% z dotychczasowych przypadków (60 z 76) oglądaliśmy komplet roszad. Zdarzyło się jednak nawet, że Sean Dyche ani razu nie ingerował w skład swojego zespołu w trakcie trwania meczu. Nie można więc stwierdzić, że trzy roszady na mecz to za mało nie zawsze bowiem tylu potrzeba. 

Poprzednia kampania pokazała, że trenerzy rzadziej postanawiają robić zmiany w spotkaniach, o których losach decydował jeden gol. W starciach Crystal Palace z Burnley (0:1) w 32. kolejce oraz West Hamu z The Clarets (0:1) i Sheffield United z Wolves (1:0) z 34. serii gier trenerzy obu zespołów sięgnęli łącznie po zaledwie trzech zmienników. Można więc wysnuć teorię, że im bardziej bezpieczny był wynik, tym częściej w znajdującej się na murawie jedenastce mieszali menedżerowie. Taką teorię wysunął również Steve Price, który analizował stosowanie IFAB-owskich zmian na łamach Forbesa.

Taki trend łatwo zauważyć na przykładzie Manchesteru United. Ole Gunnar Solskjær wykorzystywał komplet roszad właściwie tylko w spotkaniach, w których jego podopieczni wygrywali różnicą trzech bramek. Jedyny wyjątek stanowiła konfrontacja z Tottenhamem, która otworzyła popandemiczny kalendarz Czerwonych Diabłów, zakończona remisem 1:1. Przy okazji wygranej 2:0 z Leicester w ostatniej kolejce, Norweg wykorzystał cztery zmiany. Dwóch z nich dokonał w ostatnich minutach doliczonego czasu gry. Po dwie roszady zaordynował przy okazji wygranej na Selhurst Park (taki sam wynik) i remisu 1:1 z West Hamem na Old Trafford. Gdy jego zespół dzielił się punktami z Southampton, wprowadził do gry czterech zmienników.

Podobne zachowanie mogliśmy dostrzec u Guardioli. Gdy postawa zespołu nie miała prawa go w pełni satysfakcjonować, nie sięgał po zmienników z podobnym entuzjazmem, co przy wysokich wygranych. Przy bezpiecznym wyniku wolał oszczędzać członków podstawowej jedenastki. Wspomniana już przegrana z Southampton oraz porażka na Stamford Bridge, w której wykorzystał tylko czterech rezerwowych, dobrze to pokazują.

Zmiany Premier League Guardiola

Źródło: HITC

Czy w takim razie czołówka rzeczywiście miała przewagę? Jak najbardziej! Może nie w kontekście losów pojedynczego spotkania, ale w kwestii dysponowania siłami zawodników. Większe prawdopodobieństwo wysokiej wygranej oznacza więcej szans na przeprowadzenie nadprogramowych zmian i oszczędzanie swoich gwiazd. Jeśli cały czas jesteś na ostrzu noża, to nie masz takiego komfortu. Dlatego też rezygnacja z idei zwiększenia pola manewru menedżerów może jednak zapewnić nam bardziej nieprzewidywalne mecze. W końcu na dłuższa metę zespoły o szerokich ławkach mogłyby w teorii zdecydowanie lepiej dysponować siłami swoich zawodników. To z kolei wiązałoby się z wymiernymi korzyściami.

Co więcej, utrzymanie pięciu zmian oznaczałoby konieczność innego rozplanowania swojej kadry. Przy dziewięcioosobowej ławce należałoby przewidzieć miejsce dla dodatkowych “impact-subów”, którzy mogliby zmienić obraz spotkania. Nie wszyscy chcieliby stanąć przed takim zadaniem. Wszak po pandemii wiele zespołów musiało liczyć z okrojeniem budżetu, spotęgowanym tylko przez przedłużone zakmnięcie trybun. O ile dla klubów pokroju Manchesteru United, Chelsea czy City nie powinno się to okazać aż takim problemem. Sytuacja wygląda jednak zdecydowanie inaczej dla ekip takich jak Burnley.

Poza tym, czy naprawdę chcielibyśmy oglądać mecze, podczas których menedżerowie mogliby wymienić aż połowę swoich zawodników z pola? Trzy roszady wydają się optymalną liczbą i mimo wszystko dobrze będzie wrócić do starego, dobrze znanego nam układu. Wygląda na to, że długo poczekamy, zanim ponownie ujrzymy obrazek Ole Gunnara Solskjæra zmieniającego jednocześnie aż pięciu swoich podopiecznych.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie