Od kilku sezonów zachwycam się rezultatami pracy Seana Dyche’a w Burnley. Niemal w każdym roku Anglik osiąga ze swoją drużyną więcej, niż wskazywałaby na to jego kadra oraz ogólna dyspozycja drużyny. Niebawem jego wspaniała przygoda na Turf Moor może dobiec końca, jednak wówczas największym przegranym będzie jego pracodawca.

Burnley w eliminacjach do Ligi Europy? To największy ich sukces pod wodzą 49-letniego menedżera. Dyche miał zapewnić drużynie stabilizację i dzielnie walczyć o utrzymanie, lecz dla niego byłoby to za proste. Jego charyzma nie pozwalała mu na realizację postawionych mu celów po najniższej linii oporu. Chciał z The Clarets stworzyć silny, stabilny klub, który co roku będzie meldował się w środku stawki i strach o utrzymanie w elicie odsunie na dalsze tory. Niestety jego marzeń nie podzielają właściciele, chcący przede wszystkim utrzymać stabilizację finansową bez wykładania dodatkowych środków. Wielokrotnie wspominałem już w kontekście Burnley, że brak rozwoju nie oznacza stagnacji. On oznacza zrobienie kroku w tył. Początek obecnego sezonu potwierdza tę tezę i wskazuje na to, że już niebawem nie zobaczymy ani Dyche’a w Burnley, ani Burnley w Premier League.

Konflikt interesów

Problemy w angielskim klubie zaczęły się pod koniec czerwca bieżącego roku. Wówczas Burnley kończyła sezon po zawieszeniu rozgrywek przez pandemię koronawirusa. Oczywiście już wtedy klub planował budżety oraz ruchy personalne w kontekście przyszłego sezonu, które rozwścieczyły Seana Dyche’a. Mike Garlick, który jest właścicielem klubu z Turf Moor zadecydował, że praktycznie nie przeznaczy środków na wzmocnienia w nadchodzącym sezonie. Dodatkowo zdecydował o tym, że nie przedłuży umowy Aaronowi Lennonowi, Joe Hartowi i Jeffowi Hendrickowi, co dolało tylko oliwy do ognia. Angielski menedżer doskonale zdawał sobie sprawę, że odejście tych piłkarzy w dużym stopniu wpłynie na szerokość jego kadry. Skutkiem tego stanu rzeczy jest natomiast brak perspektywy na walkę o cokolwiek więcej niż utrzymanie. Patrząc na tytaniczną pracę jaką wykonał Dyche na Turf Moor, decyzje zarządu można odebrać jako uderzenie w policzek.

Właściciel i trener Burnley

Źródło: Burnley Express

Ciężko bowiem nie wypalić się w miejscu, w którym twój przełożony staje na drodze dalszego rozwoju. Angielski menedżer włożył ogromny wysiłek, aby zbudować tak silną pozycję swojej drużyny. Nie dziwi zatem, że chciał zrobić kolejny krok do przodu i wzmocnić swoją drużynę. A tak w zasadzie to raczej uzupełnić kadrę, bo prawdziwych wzmocnień kibice nie widzieli już od bardzo dawna. Mike Garlick praktycznie nie zrobił ukłonu w stronę swojego pracownika. Jedyne na co się zdecydował to przedłużenie kontraktu z 35-letnim Philem Bardsleyem oraz ściągnięcie do drużyny 31-letniego Dale’a Stephensa. Czy to jest budowanie drużyny z myślą o przyszłości? Z pewnością nie. Ciężko się zatem dziwić, że Burnley zaczęło sezon od falstartu i niewiele wskazuje na to, że sytuacja w najbliższym czasie ulegnie poprawie.

Falstart Burnley

Obecna kampania zaczęła się źle. W pierwszych trzech spotkaniach nie potrafili zdobyć chociażby punktu i wiele wskazuje na to, że ten stan rzeczy może nadal się utrzymać. W ich grze nie było widać pomysłu, a o wiele częściej mogliśmy dojrzeć bezradność oraz brak pomysłów. To może być jednak dopiero początek problemów Seana Dyche’a. Obecny sezon będzie wyjątkowo intensywny, o czym już wspominaliśmy w oddzielnym artykule. Nie wyobrażam sobie, jak Anglik miałby poukładać swoją drużynę, aby czołowi piłkarze byli odpowiednio zregenerowani. Ciężko mówić w przypadku jego kadry o jakiejkolwiek rotacji, a warto przypomnieć jak wiele kontuzji prześladowało jego zespół w ubiegłym sezonie. Doszło nawet do tego, że na prawej pomocy musiał występować… Erik Pieters.

Bądź co bądź udało się wówczas 49-latkowi tak poukładać drużynę, że zakończyli sezon w środku stawki. Kibice Premier League dzielą się na tych, którzy wróżą spadek ekipie Dyche’a oraz na tych wierzących, że jego fenomen pozwoli na spokojne przeprowadzenie drużyny przez sezon. Zazwyczaj zaliczałem się do grona tej drugiej grupy. W tym momencie jest mi jednak bliżej do postulatów pierwszej grupy. Nie da się bowiem wiecznie osiągać wyników ponad stan, jeżeli nie masz pod ręką odpowiedniego kapitału ludzkiego. Przykre jest również to, że jego fajna wizja nie jest rozwijana przez brak ambicji oraz funduszy ze strony zarządu. Anglik na Turf Moor jest już od ośmiu lat. To szmat czasu, kibice pokochali go całym sercem i z pewnością nie chcieliby, aby w ten sposób zakończyła się ta wspaniała przygoda.

Kto, jeśli nie Burnley?

Finałem tej wspaniałej przygody będzie najprawdopodobniej gorzkie pożegnanie Seana Dyche’a i Mike’a Garlicka. Sądzę, że nawet jeżeli angielski menedżer nie obroni się wynikami w tym sezonie, a jego drużyna będzie zmierzać do Championship, to nikt nie obarczy go za to winą. Nowoczesny futbol, a w szczególności ten na Wyspach wymaga ciągłych inwestycji. Na Turf Moor dawno nie widziano solidnych transferów, które pomogłyby im w utrzymaniu się na wysokim, wypracowanym poziomie. Przez te osiem lat 49-letni szkoleniowiec udowodnił, że posiada ogromne umiejętności oraz charyzmę. Dzięki temu mógłby prowadzić z powodzeniem inną drużynę występującą na najwyższym szczeblu ligowym w Anglii. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że w momencie zakończenia współpracy z Burnley, zgłosi się po niego kolejka chętnych.

Trener Burnley

Źródło: Lancashire Telegraph

Dużo mówi się o objęciu przez niego w najbliższej przyszłości Crystal Palace. Wydaje się, że jest naturalnym następcą Roya Hodgsona, który mimo świetnie wykonywanej roboty, młodszy już nie będzie. 73-letni menedżer wykazuje podobne cechy co jego młodszy po kolega po fachu. Również potrafi ze swojej drużyny wykrzesać więcej, niż wydaje się to możliwe. Od kilku sezonów miewam takie chwile w sezonie, gdy jestem bliski twierdzenia, że gdyby nie on, Orły już dawno pożegnałyby się z Premier League. Początek tego sezonu udowadnia, że najstarszy menedżer prowadzący obecnie drużynę w angielskiej ekstraklasie nadal ma w sobie to coś. Kibice ekipy z Selhurst Park z otwartymi ramionami powitaliby u siebie Dyche’a. Istniałaby szansa również na to, że jego relacje ze Steve’em Parishem byłyby lepsze niż z Mike’em Garlickiem. Bo mimo, iż właściciel Palace jest osobą specyficzną i kontrowersyjną, to raz na jakiś czas lubi sięgnąć głębiej do kieszeni w celu sprowadzenia ciekawego piłkarza.

Dyche, czyli gość, którego nie da się nie lubić

Co by o nim nie powiedzieć, jest to po prostu fajny gość. Swoją charyzmą oraz niekiedy śmiesznymi wypowiedziami zbudował sobie bardzo fajny image. Wśród fanów Premier League z Polski, z pewnością znajdziemy wielu kibiców, którzy lubią Seana Dyche’a. Nie ma się specjalnie czemu dziwić, bo jest wyrazistym i bardzo dobrym trenerem. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest jednym z najlepszych szkoleniowców, którzy prowadzili drużyny z angielskiej ekstraklasie w drugiej dekadzie XX-wieku. Historia, którą stworzył wraz z Burnley jest bardzo pasjonująca i idealnie wpisuje się w kanon angielskiej piłki. Mike Garlick oraz kibice The Clarets będą mogli gorzko zapłakać, gdy Dyche opuści deszczowe Turf Moor. Jest on bowiem głównym elementem układanki, która przez ostatnie lata funkcjonowała powyżej wszelkich oczekiwań.

Trener Burnley

Źródło: Football Paradise

My, jako kibice Premier League, życzymy sobie, aby dalej oglądać ekspresyjne zachowania Anglika zza linii bocznej boiska. Wierzę w to, że w najbliższych latach obejmie w Anglii klub, który będzie miał większe aspiracje od Burnley. Warto stwierdzić również, że nie widzę 49-latka jako szkoleniowca drużyny walczącej o mistrzostwo tego kraju. Jest to gość skrojony do klubu o o aspiracje oscylujące w okolicach środka tabeli. Mam jednak nieodparte wrażenie, że jeszcze zrobi z jakąś drużyną wynik ponad stan i będziemy zachwycać się jego warsztatem. Póki co musimy wrócić do teraźniejszości i obserwować jego poczynania Burnley. Byłbym głupcem, gdybym diametralnie przekreślił jego karierę na Turf Moor. Dyche nie jeden raz w swojej trenerskiej karierze wydostawał się z opałów. Tym razem też podejmie tę próbę, ale jedno jest pewne. Bez niego Premier League nie byłaby taka sama.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie