Dokładnie pięć lat temu Liverpool ogłosił, iż Jürgen Klopp przejmuje stanowisko pierwszego trenera drużyny. Niemiec objął wakat, który powstał po zwolnieniu Brendana Rodgersa. W swoim pierwszym meczu były szkoleniowiec Borussii Dortmund zmierzył się z Tottenhamem Mauricio Pochettino, a my sprawdzamy, gdzie obecnie są zawodnicy, których wówczas wystawił Klopp.

BRAMKARZ

SIMON MIGNOLET

Z belgijskim bramkarzem wiąże się trochę dziwna historia. Bo z jednej strony każdy fan Liverpoolu miał go po prostu dość i liczył na to, że w końcu klub ściągnie lepszego zawodnika na jego miejsce, a z drugiej trochę Mignoleta na Anfield brakuje. 32-letni obecnie bramkarz odszedł z klubu zaledwie w tamtym roku, dołączając do Club Brugge, z którym od razu sięgnął po mistrzostwo kraju.

W barwach The Reds prezentował się zupełnie przeciętnie, bardzo dobre mecze przeplatając kiksami. Nie mniej jednak trudno wyzbyć się wrażenia, iż to właśnie jego wygibasy woleliby oglądać kibice mistrzów Anglii, niż być skazanym na coraz słabszego Adriana. Tym bardziej, że rola zmiennika zupełnie Belgowi nie przeszkadzała. Uznał on wyższość Alissona, jednocześnie zawsze będąc gotowym do gry.

OBROŃCY

NATHANIEL CLYNE

Wydawało się, że angielski prawy obrońca wszedł w ostry zakręt nie tylko pod względem piłkarskiej kariery, ale także życia. W 2017 media spekulowały, że Clyne jest uzależniony od narkotyków i to właśnie z tego powodu stracił miejsce w wyjściowej jedenastce The Reds. Trzeba przyznać, że trzy lata temu miało to jakikolwiek sens, gdyż wychowanek Crystal Palace pozostawał solidnym defensorem.

Gdy Klopp przejął Liverpool, to właśnie Clyne najczęściej bronił prawej flanki. W dwóch pierwszych sezonach zagrał łącznie aż 70 razy, natomiast w ciągu kolejnych dwóch lat uzbierał siedem meczów w barwach The Reds. Odszedł jeszcze na krótkie wypożyczenie do Bournemouth, lecz mimo przyzwoitych występów nie zdołał przekonać władz The Cherries do zaoferowania mu kontraktu, gdy umowa obowiązująca z Liverpoolem została zerwana.

29-latek obecnie wciąż pozostaje bez klubu, ale nie cichną pogłoski o tym, iż wkrótce dołączy do Crystal Palace. Klub z Londynu zaoferował Anglikowi możliwość trenowania, dopóki nie wróci do pełni formy.

MAMADOU SAKHO

To poniekąd urocze, że to właśnie Sakho jest pierwszym opisywanym tu piłkarzem, który utrzymał się na poziomie Premier League. Francuz gra obecnie na chwałę Crystal Palace, chociaż uczciwiej byłoby przyznać, że jest to wątpliwy rodzaj nagrody dla londyńskiego zespołu. 30-latek zdecydowanie częściej zasługuje na miejsce w antyjedenastce, niż na peany.

Nie można jednak odmówić Sakho tego, że Klopp na niego stawiał. Poniekąd wynikało to z braku jakichkolwiek innych opcji, a poniekąd z tego, że w 2015 środkowy obrońca aż tak komiczny nie był, mimo że już wówczas bawił sposobem poruszania się na boisku. Co więcej, pewnie by się w składzie Liverpoolu utrzymał na kolejne lata, gdyby nie wyprowadził szkoleniowca z równowagi podczas amerykańskiego tournee. Francuz złamał kilka wewnętrznych reguł, spóźniał się na loty i koniec końców wyleciał ze składu. Przygarnęło go wspomniane Crystal Palace, a The Reds ubili całkiem porządny biznes. Londyńczycy wyłożyli za Sakho blisko 25 milionów funtów.  

MARTIN ŠKRTEL

Nieobliczalny Słowak znał Liverpool na wylot, gdy Klopp obejmował w nim stery. W 2015 roku był już po siedmiu latach reprezentowania The Reds, które łącznie przyniosły mu blisko 300 występów. Jednakże pierwszy sezon Niemca był zarazem ostatnim środkowego obrońcy. Szkoleniowiec oddał go bez większego żalu, tym bardziej, że Fenerbahçe wyłożyło 5 milionów funtów, a sam Škrtel niespecjalnie pod wodzą Kloppa funkcjonował.

W swoim pożegnalnym sezonie na Anfield dobre momenty przekładał fatalnymi. Strzelił świetnego gola Manchesterowi City, a jednocześnie siódmy raz w karierze wbił piłkę do siatki Liverpoolu. Ponadto doznał kontuzji ścięgna, która wykluczyła go z gry na sześć tygodni.

Rok temu Martin Škrtel był bardzo blisko zostania piłkarzem Atalanty. Właściwie to nawet nim został, ale ostatecznie zerwał umowę z klubem, uciekając w ramiona Başakşehir. Słowak tłumaczył to trudnościami w dostosowaniu się do treningów i nowego otoczenia. No i tak naprawdę go rozumiemy, bo tak jak nijak nie pasował do taktyki Kloppa, tak samo trudno wyobrazić go sobie dobrze funkcjonującego u Gasperiniego. 

ALBERTO MORENO

Chyba żaden transfer tak bardzo nie ucieszył fanów The Reds, jak wieść o odejściu Alberto Moreno i ostatecznym zastąpieniu go Andym Robertsonem. I to nawet w obliczu faktu, że Szkot przychodził na Anfield jako spadkowicz z Hull City. O ile jednak Mignolet, Škrtel czy nawet Sakho wiązali się z pozytywnymi wspomnieniami, o tyle lewy obrońca był uosobieniem klęski.

Gdy Klopp objął Liverpool, w swym pierwszym sezonie awansował do finału Ligi Europy. Niemiec postawił wszystko na jedną kartę i być może nawet by mu się to opłaciło. Niestety na boisku przebywał Alberto Moreno, który swoją tragiczną grą przyczynił się do ostatecznej porażki angielskiej ekipy, wzmocnionej przez zajęcie odległego miejsca w ligowej tabeli.

W sezonie 2016/17 Moreno nie grał już tak często, gdyż jego miejsce zajął James Milner, a później wspomniany Robertson. Nie mniej jednak Hiszpan pozostał w klubie aż do 2019 roku, gdy pożegnano się z nim bez żalu. Przyjął go wówczas Villarreal, gdzie 28-latek występuje do dziś.

POMOCNICY

EMRE CAN

Pomimo faktu, że Niemiec uchodzi za relatywnie ograniczonego piłkarza, to tak naprawdę ma bardzo bogatą karierę piłkarską. Grał już w Bayernie, Bayerze, Liverpoolu, Juventusie oraz Borussii Dortmund, a ma dopiero 26 lat, więc pewnie jeszcze zahaczy o jakiś większy zespół, tym bardziej, że jest regularnym reprezentantem Niemiec.

Co więcej, można się pokusić o stwierdzenie, że gdyby Can tak bardzo nie łaknął pewnego pierwszego placu, to pewnie na Anfield zostałby do dzisiaj. Klopp miał na niego określony pomysł, ostatecznie przesuwając do pomocy, po tym jak Rodgers wystawiał go głównie w strefie obronnej. Pod wodzą Niemca rozwinął się do tego stopnia, że gdy jego kontrakt z The Reds zbliżał się ku końcowi, to zainteresowanie wykazał Juventus. Tam furory co prawda nie zrobił, przede wszystkim ze względu na decyzje Sarriego, ale i tak zaliczył miękkie lądowanie w BVB.

LUCAS LEIVA

Dobitny przykład na to, że jeśli nie dajesz już rady w Premier League, a dysponujesz niezłym przeglądem pola, to Serie A jest ligą dla ciebie. Lucas Leiva był już skończony na Wyspach, ale w Lazio znalazł idealne miejsce dla siebie, znacznie przewyższając wszelakie spekulacje na jego temat. Najmniej brazylijski Brazylijczyk dołączył do stołecznej ekipy w 2017 roku i szybko podbił serca fanów.

Na Anfield wyglądało to zgoła odmiennie, szczególnie pod koniec przygody defensywnego pomocnika. Leiva stał się synonimem głupiego faulu. Jego przewinienia na skraju pola karnego pod koniec niemalże każdego meczu, stały się składową syndromu sztokholmskiego spowodowanego meczami Liverpoolu. Brazylijczyk popełniał je raz po raz, zamazując tym samym dobre wspomnienia ze swojej dziesięcioletniej kariery w Anglii.

Trafił jednak do środowiska idealnego, bo trudno inaczej nazwać Lazio, w którym Leiva pełni nie tylko rolę przecinaka, ale także dyrygenta. Nieco spokojniejsze tempo włoskiego futbolu okazało się być dla Brazylijczyka zbawienne i mimo 33 lat wciąż pozostaje filarem stołecznej ekipy, imponując ustawianiem się oraz wizją gry.

ADAM LALLANA

Odejście Anglika do Brighton miało być ostatecznym symbolem zerwania z przeciętnością. Pomocnik był jednym z ostatnich, którzy pamiętali dawny Liverpool, tak daleko stojący od tego, co chciał grać Jürgen Klopp. Jasne, jego kółeczka i krótkie podania potrafiły być pomocne, zaś trafienie przeciwko Manchesterowi United zapisało się na kartach historii, ale przyszedł w końcu czas, by powiedzieć stop.

Lallana nieco blokował miejsce rozwoju młodym zawodnikom, przy okazji samemu marnując ostatnie lata swojej kariery. 32-latek w ciągu ostatnich trzech lat wystąpił w czterdziestu ligowych spotkaniach, jednakże w większości trzeba by je określić jako cameo. Anglik po prostu pojawiał się na boisku i nie pełnił żadnej większej roli, czasami tylko uspokajając tempo meczu.

Ostatecznie po sześciu latach na Anfield zdecydował się na zmiany i dołączył do Brighton, gdzie ma pełnić nieco inną rolę. Dla systemu Kloppa Lallana był niemalże bezużyteczny, lecz pod wodzą Pottera sprawa może wyglądać zgoła odmiennie. W końcu Anglik zostanie ustawiony wyżej, a jego obowiązki defensywne stopnieją.

JAMES MILNER

Pomnik. Legenda. 34-latek, który tylko młodniał. Milner i Klopp dołączyli do Liverpoolu w tym samym roku i ich współpraca twa do dziś. A przecież mogło być inaczej, bo Anglik miał w końcu wrócić do Leeds United.

Gdy w 2015 29-letni piłkarz wzmacniał drużynę z Anfield, mało kto spodziewał się cudów. Milner był oczywiście mistrzem Anglii, lecz zupełnie nie elektryzował kibiców. Ba! Mało kto uważał, że będzie stanowił realny pożytek dla Liverpoolu. Spodziewano się jakichś dwóch lat i transferu do Newcastle czy innej Aston Villi.

Nic bardziej mylnego. Okazało się, że wielofunkcyjny piłkarz jest wprost nieoceniony dla Kloppa. Niemiec powierzył Anglikowi niemal każdą możliwą pozycję na boisku. W debiucie z Tottenhamem Milner grał na lewej pomocy. Później występował w środku pola. Z lewej obrony wygryzł Alberto Moreno, a gdy zaniemógł Nathaniel Clyne, to wychowanek Leeds zagrał także i na prawej stronie defensywy. Lata mijały, Milner się starzał, a jednocześnie ciągle znajdowano dla niego lukę, którą musiał wypełnić. Ostatecznie uzbierał dla Liverpoolu 219 meczów. Więcej niż dla jakiejkolwiek innej ekipy.

COUTINHO

Ilu kibiców Liverpoolu, tyle opinii na temat Brazylijczyka. Jedni będą deprecjonowali jakiekolwiek osiągnięcia pomocnika, inni zaczną rozpływać się nad wszystkim, czego Coutinho zdołał dotknąć. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że summa summarum wszyscy się zgadzają, że jego odejście było jedną z najlepszych decyzji. I to dla każdego.

Piłkarza bolały plecy. Czyli – krótko mówiąc – chciał odejść za wszelką cenę. A w tym wypadku stanowiło ją ponad 100 milionów funtów. Umówmy się, tylko głupiec by nie przyjął tej oferty. A Liverpool już głupi nie był, tym bardziej, że Coutinho średnio do Kloppa pasował. Bo to nie jest piłkarz od pressingu. To piłkarz od innego grania, nieco już archaicznego. Potrzebuje pełnej swobody, a tę w The Reds osiągnąć trudno. Tym bardziej, że nikt nie chciał już budować składu wokół Cou.

Brazylijczyk spędził na Anfield sześć sezonów, zanim wrócił do Hiszpanii. Jego postawa po dziś dzień wywołuje kontrowersje. Bo owszem, był świetnym piłkarzem z cudowną techniką. Ale był też niebywale irytującą postacią, którą mimo 54 trafień dla Liverpoolu, żegnano bez choćby jednej łzy. 28-letni piłkarz trafił ostatecznie do Barcelony i The Reds zrobili na nim świetny interes. Biorąc pod uwagę jak zostały wydane te pieniądze, nic innego się dla fanów Liverpoolu nie liczy. Biznes. Wspaniały biznes.

NAPASTNICY

DIVOCK ORIGI

Czy to nie wspaniałe, że Liverpool i Jürgen Klopp odnieśli swój sukces w dużej mierze dzięki takiemu piłkarzowi jak Divock Origi? Brzmi to zupełnie nierealnie, ale fakty są takie, że bez Belga nie byłoby ani tytułu Ligi Mistrzów, ani tytułu Premier League, zdobytego w tak znamienitym stylu. Origi jest pokraczny, lecz i konieczny.

W swoim pierwszym meczu Niemiec musiał postawić właśnie na rosłego napastnika. Mało kto go znał, wszak dopiero co przyszedł z Lille. No i oczywiście miał spory problem z aklimatyzacją, jak na wielki talent przystało. Dopiero w grudniu rozpoczął strzelanie, demolując Southampton. A później stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Origi był używany jako zadaniowiec. Wchodził na boisko, strącał piłkę, czasami strzelił przypadkowego gola. Wkrótce jednak Klopp uczynił z tego nie przypadek, ale realną broń. Ilekroć Belg pojawiał się na placu, tyle razy defensywa rywala była lekko zagubiona. Oczywiście napastnik irytował. A to był nieskuteczny, a to gubił piłkę. Ale liczba ważnych bramek, które zdobył dla The Reds, jest zatrważająca.

Trafienia przeciwko Barcelonie. Gol w derbach z Evertonem. Bramka w finale Ligi Mistrzów. Divock, którego chciano sprzedać do Wolverhampton, nagle stał się cult hero dla fanów znad Mersey. I chociaż na Anfield pewnie nie zrobi dalszej wielkiej kariery, to w historii klubu zapisał się bardziej niż niejeden wieloletni piłkarz. Klopp i Liverpool są wdzięczni.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie