Tradycją rozpoczynającą ostatnią fazę przygotowań do nowego sezonu jest Tarcza Wspólnoty. Chociaż wiele osób traktuje to jako sparing, to jest to sparing wyjątkowy. Ostatni gwizdek przed rozpoczęciem Premier League, szansa na przetestowanie składów i ustawień. Liverpool i Arsenal postanowiły się nie oszczędzać.

The Reds i The Gunners desygnowali do gry naprawdę silne zespoły. Mistrzowie Anglii – poza Trentem Alexandrem-Arnoldem i Hendersonem – wystawili samych podstawowych zawodników. Tryumfatorzy FA Cup też nie zamierzali wychodzić w drugim garniturze. Co prawda Mikel Arteta zaskoczył wystawieniem choćby Mohameda Elneny’ego i brakiem Alexandre Lacazette’a, ale akurat Hiszpanowi nie wyszło to na złe.

Pierwsze próby

Liverpool nie zaczął spotkania źle. The Reds – na papierze – dysponowali lepszym składem niż Arsenal, toteż odgórnym wymogiem było przejęcie przez nich inicjatywy. Konsekwentnie prowadzili akcje lewą stroną boiska, a Andy Robertson sprawiał problemy defensorom stołecznej ekipy. Mistrzowie nie potrafili jednak skorzystać z ofensywnych wypadów Szkota.

Właśnie wtedy w oczy pierwszy raz rzucił się zadziwiający brak konsekwencji w wykańczaniu akcji. Centry lewego obrońcy przechodziły kolejne przeszkody, były ostre i w punkt, lecz nikt nie potrafił sfinalizować ataku. Brakowało dołożenia nogi, brakowało kogoś, kto niczym Pippo Inzaghi strzeliłby gola z dwóch metrów.

A gdy w końcu ktoś taki się znalazł – w postaci Virgila van Dijka – to okazało się, że Holender przebywa na spalonym i jego trafienie zdało się na nic. Było to jednak zastanawiające, że to właśnie środkowy obrońca dał Liverpoolowi przez dziesięć minut więcej niż Salah, Mane lub Firmino.

Jedna wielka niekonsekwencja

Okazało się, że Holender był najbardziej niebezpieczny w bezpośrednim ataku nie tylko przez dziesięć minut, ale przez całą pierwszą połowę. Bo chociaż Liverpool miał optyczną przewagę i docierał do pola karnego Arsenalu, to nijak nie potrafił sprawić realnego zagrożenia. Byli zupełnie niekonsekwentni, tak jakby nie chcieli psuć pięknego snu Emiliano Martineza. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie oddali tylko dwa strzały i oba były niecelne.

Kanonierzy natomiast atakowali sporadycznie, lecz w bardziej przemyślany sposób. Efektem ich mrówczej pracy w drugiej linii był wspaniały gol autorstwa Aubameyanga. Gabończyk otrzymał podanie od Saki, ruszył w kierunku bramki, Neco Willams zapomniał o tym, że powinnością obrońcy jest bronić i napastnik Arsenalu nie dał szans Alissonowi.

Na uwagę zasługuje to, jak sprawnie Arsenal przeszedł do ataku. Wystarczyły zaledwie trzy podania, aby oswobodzić się spod ewentualnego pressingu Liverpoolu i przejść pod ich bramkę. The Reds byli zupełnie bezradni w tej akcji, chociaż nie sposób nie ganić wspomnianego Williamsa. Neco pokazał, że do pierwszego składu Mistrza Anglii brakuje mu jeszcze dużo.

Nie dość, że Walijczyk niespecjalnie radził w sobie w defensywie, to jeszcze nie podłączał się do akcji ofensywnych. Dysproporcja w atakach między lewą a prawą stroną wynosiła aż 20 akcji na korzyść flanki Robertsona. Po pierwszej połowie dysproporcja między Liverpoolem a Arsenalem wynosiła jedną bramkę. I nie była to dysproporcja niezasłużona.

Dalej w mur

Liverpool ponownie zaczął nieźle. Wydawał się górować nad Arsenalem, stwarzał okazje, zmuszał Kanonierów do cofnięcia się. Problem The Reds tkwił jednak w tym, że The Gunners zupełnie to nie przeszkadzało. Brzmi to wręcz niewiarygodnie, ale stołeczna ekipa sprawiała wrażenie, jakoby gra w defensywie naprawdę ich cieszyła.

Podopieczni Kloppa męczyli się bowiem przeokrutnie. Tak jakby ktoś rzucił na nich zły urok i splątał nie nogi, ale umysły. Brakowało bowiem precyzyjnego pomysłu na to, jak naprawdę zagrozić Martinezowi. Gdy Niemiec pojął w końcu, że jego wyjściowy skład w żaden sposób tego nie wymyśli, zdjął słabiutkiego Willamsa i niewiele lepszego Milnera.

Wprowadzeni zostali Minamino oraz Naby Keita. I ponowie wydarzyło się coś, co uważalibyśmy wcześniej za rzecz niepojętą. Bo oto Japończyk stał się bohaterem Liverpoolu, strzelając swego pierwszego gola dla The Reds. Bo oto wejście Japończyka wymusiło na Kloppie przeorganizowanie ustawienia całego zespołu. Była to roszada zbawienna – Arsenal zaczął się gubić.

Kwintesencją rzeczonego pogubienia było dopuszczenie Minamino do okazji strzeleckiej, a konsekwencji do wyrównania. Liverpool w końcu znalazł sposób na naprawdę dobrze zorganizowaną defensywę Arsenalu, właśnie dzięki jej pomocy.

To co funkcjonowało dobrze, zaczęło ostatecznie zawodzić. Środek pola, który powstrzymywał Liverpool w pierwszej części stał się niewidoczny. David Luiz stał się Davidem Luizem jakiego znaliśmy, a pressing The Reds w końcu przełamał dzielną zaporę. Arsenal nie był w stanie przeciwstawiać się atakom Mistrzów Anglii przez cały mecz, chociaż w końcówce dzielnie walczył.

Na pięć minut przed końcem role się odwróciły. To The Gunners przejęli inicjatywę, ale – podobnie jak Liverpool wcześniej – nie potrafili swojej przewagi udokumentować groźnym strzałem. Willock i Maitland-Niles posyłali dobre podania, lecz żadne nie trafiło na nogę lub głowę właściwego adresata.

Regulaminowe 90 minut zakończyło się remisem, co pchnęło nas w stronę emocji związanych z rzutami karnymi. Tam lepszy okazał się Arsenal, lecz tę kwestię trudno jakkolwiek analizować.

Mohamed Salah? Słabszy niż Elneny

Analizować można natomiast poszczególnych piłkarzy, bo umówmy się, że tylu co nas pozytywnie zaskoczyło, to tyleż samo sprawiło zawód. Na szczycie obu list można wpisać dwóch Egipcjan. Elneny, w którym większość upatrywała klęski Arsenalu, okazał się być bardzo solidnym zawodnikiem środka pola. Jeśli stołeczny klub ostatecznie zdecyduje się go sprzedać, to jego wartość po tym meczu na pewno nie spadła, mimo że w drugiej połowie nieco oklapł.

Jego rodak – Mohamed Salah – znajduje się po drugiej stronie. Chociaż Firmino i Mane też nie zdołali pokonać Emiliano Martineza, to Senegalczyk regularnie dochodził do sytuacji strzeleckich, dobrze prezentując się w drugiej części spotkania. O Egipcjaninie nie można tego powiedzieć, a jego postawa w meczu może stać się podstawą do rozważań, czy niczym u biblijnego Samsona jego włosy nie są źródłem mocy.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie