Gdybym dziś miał osiem lat i ktoś mnie zapytał jakim superbohaterem chciałbym zostać, to miałbym spory problem. Zawsze uwielbiałem Batmana i to, jak zwykły człowiek walczył z przestępcami, aby świat był lepszy. Jednak Bruce Wayne musiałby dziś ustąpić miejsca komuś innemu, a jest nim Emiliano Martinez. 

Gdy dorosnę chciałbym być jak Emiliano Martinez, czyli superbohater, który czekał na swoją szansę przez ostatnią dekadę. Gdy jesteś piłkarzem, to warto rozważnie wybierać kierunki rozwoju. W końcu najważniejsze są występy. Jednak w momencie gdy przez 16-latkiem pojawi się szansa gry dla takiego klubu, jak Arsenal, to warto zmienić priorytety.

Lata mijały, a Martinez wcale nie miał drogi usłanej różami, raczej kłującymi różami. Bądź co bądź był w klubie, który kochał. Lecz czy ta miłość była warta poświęcenia mu całego życia? Zacznijmy…

Od początku, od początku…

Rok 2010, do Arsenalu trafia młodziutki Argentyńczyk. Już jako nastolatek imponuje warunkami fizycznymi, czym przykuwa uwagę skautów. Rok wcześniej przebywał na testach kilka tygodni i dał się poznać jako materiał na dobrą inwestycję. Arsene Wenger powiedział wtedy, że w akademii rośnie mu jeden z najlepszych bramkarzy na świecie. Nie chodziło o Emiliano, a o Wojciecha Szczęsnego, co idealnie odnosi się do jego kariery na The Emirates.

Martinez dostał szansę od życia, trafił do klubu, który był z innego świata. Mama nigdy nie pozwalała mu oglądać piłki z Europy, leciała w telewizji zbyt późno. Jednak często w gazecie ukazywały się raporty z dwóch lig, hiszpańskiej i angielskiej. Tam przeczytał o drużynie, która przeżywała kryzys po tym, gdy przegrali finał Ligi Mistrzów. Wtedy spodobał mu się głównie herb, nietypowy, bo z armatą, a to niespotykany styl w Ameryce Południowej.

Życie jest nieprzewidywalne, co pokazuje przykład bramkarza. Po kilka latach pojawiła się oferta wyjazdu na testy do Europy. Argentyńczyk zwiedził wtedy Hiszpanię, Włochy i najbardziej ponury zakątek ze wszystkich – Anglię. Tam zawitał na testy do klubu z nietypową armatką w herbie. Poczuł się jak w domu i gdy usłyszał, że przekonał do siebie trenerów Arsenalu, nie zastanawiał się długo. Wiedział, jaką decyzję podjąć.

Martinez

Źródło: Telegraph

Martinez i jego tułaczka

Gdyby zainspirować się jakimkolwiek greckim mitem i przenieść go do uniwersum Arsenalu, to żaden lepiej nie sprawdziłby się w roli, niż mit o Odyseuszu i jego powrocie do domu z Troi. Emiliano Martinez w podobny sposób tułał się po wypożyczeniach. Na początku jednak to nie było nic niezwykłego. Młodziutki bramkarz musiał zdobyć gdzieś doświadczenie, a rezerwy nie były w tamtym momencie idealnym miejscem.

Nieco obyty z angielską piłką juniorską w 2012 musiał spakować rękawice, parę butów i przenieść się na wypożyczenie do Oxford United. Czy było udane? Nie, Emiliano zagrał w jednym spotkaniu i mógł się nabawić niezłych problemów z kręgosłupem, wyciągając futbolówkę z siatki. Wtedy Port Vale pokonało jego klub 3:0, a Argentyńczyk nie wrócił już między słupki drużyny.

Sezon 12/13 to szansa w drużynie Wengera, który uważał, że EFL Cup to idealne miejsce, aby wystawić młodzież. Będzie miała szansę pokazać się z dobrej strony i to od nich zależy, jak wiele szans dostaną na występy w pierwszym zespole. Wygracie? Gracie dalej. W przypadku Martineza jednak, ta zasada nie zadziałała. Emiliano zadebiutował w meczu przeciwko Coventry, gdzie Kanonierzy wygrali deklasując rywala 6:1. Rundę później przyszedł historyczny mecz.

To miał być kolejny spacerek, The Gunners grali na wyjeździe z Reading. Powinna w tym momencie zaświecić się Wam lampka w głowie. Po 37 minutach na The Madejski Stadium na tablicy wyświetlał się wynik 4:0 dla gospodarzy. Chociaż wyglądało to absurdalnie, nie były to żarty odpowiedzialnej za wizualizacje. Arsenal został zdeklasowany, a Martinez wyglądał, jakby nie widział żadnej z piłek wpadających do siatki. Co prawda Kanonierzy po heroicznym boju wrócili do gry i wygrali w dogrywce 7:5, lecz to nie jest tekst wspominkowy. Martinez na tyle zraził do siebie Wengera, że musiało upłynąć sporo czasu zanim dał mu kolejną szansę.

Kilka gier i kolejne wypożyczenie. Martinez zebrał doświadczenie, jakim mógłby poszczycić się niejeden piłkarz przy zakończeniu kariery. Kolejne wypożyczenia to już sporo wycieczek,, nawet poza Anglię: Sheffield Wednesday, Rotherham United, Wolverhampton, Getafe i Reading. Nie martw się Emi, czasem będziesz mógł być bramkarzem numer trzy, to też całkiem spoko fucha.

Martinez

Źródło: Arsenal

Mianuję Cię rezerwowym

Przyznam się szczerze, Emiliano przez lata był dla mnie definicją zmarnowanej kariery. Nie potrafiłem zrozumieć, jak profesjonalny piłkarz może całe życie godzić się na kolejne wyjazdy. Jak to jest nigdzie nie zagrzać miejsca, nie mieć szansy na zbudowanie swojej marki? Przypominał bumerang i to wcale nie najlepszej jakości, z którego możesz być dumny. Odchodził i powracał, żeby tylko połapać kilka piłek na treningu.

Martinez raz trafiał na wypożyczenie które mu służyło, raz nie łapał się w kadrze. Gdy mówimy to o 21-latku, to można powiedzieć, że trudno, takie jest życie. Jednak mając 26 lat, został odpalony z Getafe, co nie wróżyło zbyt dobrze na przyszłość. Odbił to sobie świetnym wypożyczeniem do Reading i nawet pojawił się temat jego wyprowadzki na stałe. Pomimo tego, znów w ostatniej chwili zdecydował się pozostać w Arsenalu.

Po dziewięciu latach gry w klubie z Północnego Londynu zasłużył wreszcie na swój tytuł. Przed rozpoczęciem kampanii 19/20, Unai Emery stwierdził, że Emiliano Martinez w pełni go satysfakcjonuje jako bramkarz numer dwa i nie potrzebuje sprowadzać nowego zawodnika.

Arsenal postanowił, że będę bramkarzem numer dwa nie dlatego, że jestem słabszy od Bernda. Postawił na mnie gdyż wiedzą, że mogę być jedynką! Poczekam na swoją szansę, będę pracować tak, że gdy dostanę szansę się pokazać, to nikt nie będzie wątpić, że nadaję się do tej roli. Chcę zapisać się w historii Arsenalu i wierzę, że mój czas nadejdzie” – mówił w lipcu zeszłego roku Argentyńczyk

Trzeba przyznać, że swoich słów nie rzucił na wiatr. Emery, Ljungberg i Arteta postawili na Martineza zarówno w pucharze krajowym, jak i Lidze Europy, a tam nie zawiódł. Choć zdarzały się wpadki, jak fatalny mecz w EFL Cup przeciwko Liverpoolowi, lecz poza tym wyglądał na doskonałego zmiennika.

Były momenty, że w głowie pojawił się pomysł w którym Emiliano wygryzie Leno z podstawowego składu, gdyż Niemiec nie mógł ustabilizować formy. Przeplatał fantastyczne mecze kiepskimi, aż do początku 2020, gdzie nareszcie pokazał, to na co czekano od momentu jego pojawienia się na The Emirates. Dla Emiliano oznaczało to kolejne miesiące, w roli zmiennika.

Martinez przez wyzwaniem zastąpienia Leno

Prawdziwych bohaterów poznaje się po tym, że są w odpowiednim miejscu i formie, gdy są potrzebni. Emiliano nie miał na szczęście ważniejszych wezwań, gdy Arsenal wyjechał do Brighton, aby odbić sobie porażkę z Manchesterem City. Tego wyjazdu na pewno dobrze nie będzie wspominać Bernd Leno.

Serca wszystkich Kanonierów pod koniec pierwszej połowy zamarły. Niemiec wyszedł do bezpańskiej piłki na róg pola karnego, aby rozpocząć nową akcję od bramki. Jednak jego wyskok nie zakończył się z miękkim lądowaniem. Gdy już wisiał w powietrzu, doskoczył do niego Neal Maupay, powodując niekontrolowany powrót na ziemię rywala. Pechowo upadł w taki sposób na nogę, że nawet telewizja nie zdecydowała się powtórzyć sytuacji, była zbyt drastyczna.

Wszyscy wtedy wstrzymali oddech. Kibice przed już liczyli się z tym, że nie zobaczą go do końca sezonu. Czy mogło być gorzej? Kilka dni temu ze składu wypadł Xhaka i Mari, a teraz jeden z największych plusów i tak tragicznego sezonu. Arteta zdawał się nie dowierzać temu, co właśnie się wydarzyło na boisku. Tam lekarze zajęli się opatrywaniem krzyczącego z bólu Leno. Nie wyglądało to na lekkie zwichnięcie.

Gdy jeszcze mecz trwał, dochodziły zza kulis informacje, że kontuzja Leno może oznaczać nawet rok rehabilitacji. Moje smutne oczy spoczęły wtedy na Martinezie, który wydawał się pewny jak nigdy dotąd. On w tym momencie poczuł, że to jego chwila. Trudno obwiniać go o dwie stracone bramki, to był kolejny „popis” defensywy Arsenalu. Zaraz po pojawieniu się na boisku wybronił pewnie kilka sytuacji, które mogły wyprowadzić Mewy na prowadzenie. Martinez już w tamtym momencie wydawał się bezbłędny, co nieco uspokoiło moje zszargane nerwy, jednak nie łudziłem się, że taka forma potrwa dłużej niż jeden mecz.

Emiliano to największy wygrany pandemii w Arsenalu i powiem to z pełną odpowiedzialnością. Nie dość, że fizycznie wygląda jak inny człowiek, to w tym momencie wydaje się jednym z najlepszych bramkarzy w Premier League. Oczywiście nie możemy go porównywać choćby z Hendersonem, który ma za sobą świetny i pełny sezon, lecz nie należy umniejszać Argentyńczykowi. W końcu to tylko bramkarz numer dwa.

martinez

Źródło: Daily Cannon

Superbohater Martinez, choć bez peleryny

Spod bramki Kanonierów od kilku spotkań słyszymy głośny krzyk, który ma pomóc defensorom w lepszym ustawieniu się. Trzeba przyznać, że duet Mustafi – Luiz, który już na samej rozpisce przyprawia o zawroty głowy, wygląda jak nowi zawodnicy. Martinez bez przerwy kontroluje to, co dzieje się na boisku i bierze aktywny udział przy rozegraniu. Jego długie podania wyglądają tak, jakby przy wykopie sterował piłką za pomocą joysticka. Kilka razy sprawdzałem już, czy na jego szyi nie ma tatuażu z uśmiechniętą buzią, gdyż nie ustępuje w tym Edersonowi.

Jeśli jednak defensywa zawiedzie (a nadal takie sytuacje się zdarzają zbyt często), to Martinez doskonale wie, jak się zachować. Znajduje się za każdym razem w idealnym miejscu i idealnym czasie. Lata tułaczki, lata gdy słyszeli o nim tylko ci, którzy przeglądali raporty z wypożyczeń. Wszystko to opłacało się, aby choć na chwile być na szczycie, na którym znalazł się Emiliano. Gdybym miał wybrać kluczową postać ostatnich tygodni w drużynie Kanonierów, to byłby nim argentyński golkiper, mimo świetnej dyspozycji Bukayo Saki. Oczarował mnie w pełni i mam wrażenie, że podobne wrażenie może odnieść Mikel Arteta, który poważnie zastanowi się na kogo postawić w przygotowaniach do sezonu 20/21.

Gdy dorosnę, to chciałbym być jak Emiliano Martinez. Wierzyć w siebie i żyć marzeniami. Nasz dzisiejszy bohater jest doskonałym przykładem człowieka, który wierzył w to bardziej, niż inni i zapracował na szansę od losu. Teraz życie mu odpłaca za to, że był gotowy. Sprostał naprawdę trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł i z miejsca zaskarbił sobie sympatię, o jakiej wielu może tylko pomarzyć. Nawet jeśli jesteś bohaterem komiksów.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie