Kilkanaście lat temu Bournemouth groził spadek z czwartej ligi. Ujemne punkty, widmo wypadnięcia poza zawodowe poziomy rozgrywkowe… ich przyszłość wisiała na włosku. Ostatecznie sezon 2008/09 udało się skończyć nad kreską i tym samym uratować przed upadkiem. Od tamtej pory minęło już 11 lat. 133 szalone, pełne szczęścia i sukcesów miesiące. Sielanka się jednak skończyła.

W 2008 roku byt ekipy z Dean Court uratował młody jak na trenera, wciąż uczący się rzemiosła były zawodnik, Eddie Howe. On również stał za wędrówką Bournemouth w górę ligowej drabinki w kolejnych latach. Pomimo tego, że na niespełna dwa lata uciekł do Burnley, to właśnie pod jego wodzą The Cherries trzykrotnie przechodzili na wyższy poziom rozgrywkowy. Historia Bournemouth sprawiła, że po awansie od razu zyskali ogromną sympatię.

„Ciekawostka”

Przynieśli powiew świeżości oraz wiele naprawdę interesujących postaci, jak chociażby Callum Wilson i Matt Ritchie. Drużyna z południowego wybrzeża była niczym kopciuszek na wielkim balu. Bez ogromnego budżetu, gigantycznego stadionu, czy nawet gigantycznej rozpoznawalności. Wszystkich ciekawiło, co nam zaproponują.

Przynieśli interesujący, ofensywny, radosny futbol. Kameralne Vitality Stadium stanowiło ogromne urozmaicenie. Wyglądało wyjątkowo przy gigantycznych obiektach, jak Old Trafford czy Emirates. Poza tym, Borunemouth miało swoją tożsamość.

Młodzi, głównie brytyjscy zawodnicy tworzą trzon zespołu właściwie od zawsze. Trudno było ich nie lubić. Ekipy po prostu „sympatycznej”, przełamującej znane nam schematy angielskiej esktraklasy, wychodzącej poza stereotyp klasycznego, twardego, fizycznego „solidnego ligowca”. Nowej pozycji na pełnym znanych nam już dobrze marek radarze. Szybko znaleźli sobie miejsce w środku tabeli i stali się drużyną „pewną”, o w miarę ugruntowanej pozycji. Tak to wyglądało aż do tego sezonu.

Spadek wisi nad Bournemouth

Debiutancką kampanię na poziomie Premier League zespół Artura Boruca skończył z przewagą pięciu oczek nad strefą spadkową. W kolejnych trzech sezonach za każdym razem mieli dwucyfrową liczbę punktów zapasu. Przed obecnymi rozgrywkami mogliśmy spodziewać się, że czeka nas podobny scenariusz. Spokojny żywot w środkowej strefie tabeli. Tymczasem Bournemouth po 33 seriach gier ma zaledwie 27 oczek i musi drżeć o utrzymanie.

Ta kampania to katastrofa w wykonaniu podopiecznych Howe’a. Do listopada sytuacja wyglądała jeszcze przyzwoicie, bo w pierwszych 11 kolejkach ekipa Anglika miała na koncie 16 punktów. Od wygranej z Manchesterem United, 2 listopada, udało się jednak zdobyć ich zaledwie 11. Tak! W ostatnich 22 ligowych występach Wisienki mają bilans 3-2-17. Od początku roku tylko trzy razy zdołali uniknąć przegranej.

Defensywa woła o pomstę do nieba. O ile strata pięciu bramek w konfrontacji ze znajdującym się w świetnej formie Manchesterem United można jeszcze wytłumaczyć, to cztery gole, które na Vitality Stadium wbiło im Newcastle, stanowią tylko dowód fatalnej formy zespołu. Jak wyjawił kapitan, Steve Cook, piłkarze po zakończeniu meczu spędzili godzinę w szatni. Zdawali sobie sprawę z tego, że zawiedli. Podobnie, jak Eddie Howe. Widać było to podczas jego pomeczowego wywiadu.

Stare problemy, brak reakcji

Co poszło nie tak? Trudno jednoznacznie zidentyfikować problemy, które spowodowały, że Bournemouth zmierza w kierunku tabliczki z napisem „spadek”. Można jednak odnieść wrażenie, że winna temu, przynajmniej do pewnego stopnia, jest polityka budowania drużyny, a właściwie brak chęci pozbycia się jej największych problemów.

Od zawitania do Premier League, niewiele zmieniło się, jeśli chodzi o obraz gry zespołu. Interesujący styl gry „do przodu”, łączący się z dużą liczbą straconych bramek cieszył kibiców, dopóki przynosił przyzwoite wyniki. Czy ktokolwiek pamięta, że w ostatnich czterech sezonach The Cherries tracili odpowiednio 67, 67, 61 i 70 ligowych goli? Oczywiście, że nie. Nadrabiali to w ofensywie. Ta jednak w obecnych rozgrywkach się zacięła.

Idealny tego dowód stanowi to, że podstawowa jedenastka, która wybiegła na murawę Old Trafford w sobotę, strzeliła w tej kampanii łącznie osiem bramek. We wszystkich rozgrywkach. To mniej, niż sami Anthony Martial i Marcus Rashford, którzy ostatnio znaleźli drogę do ich siatki. Ba, więcej bramek Leicester wbiło Southampton w jednym meczu!

Od stabilizacji do stagnacji

Atak zespołu od początku ich przygody z ekstraklasą opierał się na tych samych trzech nazwiskach – Callumie Wilsonie, Ryanie Fraserze i Joshu Kingu. To właściwie jedyne regularne źródła bramek i asyst. Czasami wspierali ich Harry Wilson czy David Brooks. Początkowo robił to również Matt Ritchie, który został sprzedany do Newcastle. W ciągu pięciu lat nie udało się jednak znaleźć gracza, będącego gwarancję chociaż 10 bramek w sezonie.

Bournemouth spadek

Źródło: ClubCall

Podobnie ma się sytuacja w każdej linii. Nowe nabytki, nawet jeśli znajdują sobie miejsce w podstawowej jedenastce, nie dają znaczącego skoku jakości. Z tej reguły wyłamali się właściwie tylko Jefferson Lerma i Nathan Aké, którzy potrafią regularnie prezentować coś więcej, niż przeciętność. Inni zawodnicy, ściągnięci już podczas gry w Premier League, szybko „wtapiali się” w tło. Niektórych, jak Lewisa Cooka, zahamowały kontuzje.

Jeśli zostalibyśmy zapytani, co charakteryzuje ekipę Wisienek, to zapewne wiele osób odpowiedziałoby, że stabilizacja. Najdłużej pracujący trener w lidze i regularnie grający zawodnicy, którzy wywalczyli awans na najwyższy poziom rozgrywkowy sprawiają, że to w pełni słuszna opinia. Problem w tym, że w ostatnim czasie ta stabilizacja przerodziła się w stagnację. Drużyna już jakieś dwa, trzy lata temu stanęła w miejscu i przestała się rozwijać. Ta sama koncepcja, te same personalia, te same metody. Rywale z kolei szli do przodu.

Przeciętniactwo

Wspominałem już o tożsamości klubu, którego barwy reprezentuje Artur Boruc. O opieraniu zespołu na młodych Brytyjczykach, niejednokrotnie wyciąganych z Championship. Teraz odpowiedzmy sobie na pytanie. Ilu z nich to zawodnicy na poziomie solidnego średniaka angielskiej ekstraklasy? Niezależnie od tego, ile kosztowali – trudno będzie ich wymienić.

Można powiedzieć, że Lewis Cook. David Brooks, o ile jest w formie, również pasuje. Może Harry Wilson. Do tego dodać wypadałoby również grupkę graczy, którzy wprowadzali zespół na najwyższy szczebel. Poza tym, no cóż. Wspomnieni już Lerma i Aké. A dalej? Przeciętniactwo.

Trudno chyba o lepsze przykłady przepłaconych Anglików, niż Jordon Ibe i Dominic Solanke. Ten pierwszy jeszcze czasami dawał przebłyski, ale drugi praktycznie w ogóle nie istnieje. Łącznie kosztowali, uwaga, 35 milionów funtów! Teraz zsumujmy ich ligowy dorobek w barwach drużyny z Dean Court: 106 spotkań, 3 gole, 8 asyst. Udział przy bramce średnio co ponad 500 minut. A mówimy o zawodnikach ofensywnych!

To właśnie uosobienie przeciętności, które może spowodować spadek Bournemouth. Brak im argumentów, aby przechylić szalę na swoją stronę. Znajdują się w najgorszej formie ze wszystkich 20 zespołów ligi. Ostatni raz dwa mecze z rzędu wygrali we wrześniu. Błędne decyzje, jak chociażby wydanie naprawdę dużych pieniędzy na byłych piłkarzy Liverpoolu, dotychczas udawało się jednak jakoś „przypudrować”. Szło przyzwoicie, mało kto narzekał. Ale w tej kampanii coś pękło.

Pora na zmianę

Patrząc na postawę zawodników The Cherries, trudno nie odnieść wrażenia, że już się poddali. Widać wściekłość i frustrację. Momentami są jakby nieobecni, w defensywie często wręcz bierni. A w ataku? Kompletnie bez koncepcji. Wydaje się, że fatalna postawa podłamała ich, wpływając na sytuację na murawie.

Do tego dochodzi chociażby sytuacja Ryana Frasera. Po udanym poprzednim sezonie wydawało się, że nadszedł dla niego czas na zmianę otoczenia. Umowa wygasała w czerwcu, nie chciał jej przedłużyć. No i w końcu, po słabym roku, opuścił klub, nie pozostając w nim do końca przedłużonych rozgrywek. To na pewno namieszało w szatni.

Coś trzeba zmienić, aby wyjść z kryzysu. Może przebudować kadrę, puszczając wolno nie tylko Frasera i starając się zmienić układ sił? A może, co bardziej kontrowersyjne, szkoleniowca?

Nie zrozumcie mnie źle – Howe oddał Bournemouth kawał swojego życia. Wyprowadził klub z kryzysu, poprowadził go w górę ligowej drabinki, aż do Premier League. Teraz, jeśli jakimś cudem się utrzymają, choć niewiele na to wskazuje, to Anglik na pewno utrzyma swoją posadę. W razie relegacji z pewnością pojawią się pytania o to, czy powinien zostać na Vitality Stadium.

To poniekąd sytuacja podobna do tego, co stało się z Mauricio Pochettino w Tottenhamie. To on zbudował zespół i poprowadził go do największego sukcesu od wielu lat. Ale to był szklany sufit, którego nie udało się przebić. A po odbiciu się od niego, z powodu braku wyraźnych zmian, zaczął się zjazd w dół.

Władze klubu będą musiały odpowiedzieć sobie na poważne pytanie: co dalej? Spadek wydaje się coraz bardziej realną przyszłością Bournemouth. Niezależnie czy do niego dojdzie, zapewne konieczna będzie rewolucja na Vitality Stadium. Może w kadrze, może jeśli chodzi o posadę trenera.

 

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie