Maradona w Sheffield, Lewandowski w Blackburn. O tym już było. Teraz warto przyjrzeć się innym transferom, które niemalże doszły do skutku. Tym bardziej, że jednym z niedoszłych romansów Premier League jest Piotr Zieliński i Liverpool.

Historia pewnego listu

Pep Guardiola trafił do Premier League dużo później, niż mógł. Niewiele bowiem zabrakło, by genialny szkoleniowiec występował w angielskiej ekstraklasie jako piłkarz. W 1999 roku pomocnik znajdował się na wylocie z Barcelony i potrzebował nowych wyzwań. Pasował właściwie do wszystkich europejskich lig – mimo skromnych warunków fizycznych, doskonale odnajdywał się w grze defensywnej, z powodzeniem operując zarówno na pozycji „sześć” oraz „osiem”. Organizował grę zespołu, przy jednoczesnym neutralizowaniu zapędów rywala. A z wiekiem tylko nabierał taktycznej inteligencji.

Guardiola nie miał jednak ochoty rzucać się w zupełnie nieznane tereny. Katalończyk wybrał zatem klub, w którym przebywała bardzo blisko mu osoba. Na przełomie wieków, szkoleniowcem Newcastle United był nikt inny jak Bobby Robson, były trener Barcelony, a co za tym idzie, były przełożony Pepa.

Napisałem do niego list. Zaoferowałem swoje usługi, lecz odpowiedź była negatywna. Bobby stwierdził, że jego skład jest zbyt dobry i nie ma tam dla mnie miejsca. Jednakże sposób w jaki mi odmówił był prawdziwie urzekający. To nie była po prostu odmowa, to było coś znacznie więcej. Robson był jedną z najmilszych osób, jakie spotkałem.

Piłkarz-Guardiola nie trafił zatem do Premier League w 1999 roku. Co więcej, w tamtym czasie w ogóle nie wyjechał z Hiszpanii, bowiem szeregi Barcelony opuścił dopiero w 2001 roku na rzecz Romy. Nie mniej jednak, wpływ angielskiej piłki jest niezwykle istotny w jego karierze.

Guardiola wielokrotnie podkreślał, iż jego relacja z Robsonem była wyjątkowa. Hiszpan twierdzi, że to właśnie podejście Anglika zadecydowało o ścieżce, jaką zadecydował się kroczyć. To bezpośredniość, uśmiech, uprzejmość, ale i taktyczny zamysł sir Bobby’ego sprawiły, że Pep Guardiola zdecydował się zostać trenerem. Wypada zatem stwierdzić, że Katalończyk zawdzięcza Premier League naprawdę sporo.

Mediolan kosztem Newcastle

Nie tylko Guardiola mógł zamienić słoneczną Hiszpanię na deszczową Anglię. Ba! Krok taki rozważał piłkarz, z którym Katalończyk wielokrotnie wchodził w derbowe szranki. Niewiele bowiem brakowało, by w 2005 roku piłkarzem Newcastle United został Luís Figo.

Portugalczykowi wygasał kontrakt z Realem Madryt. W ciągu pięciu lat rozegrał w ich barwach blisko 240 spotkań, w których zdobył 57 bramek. Okres ten był dla pomocnika owocnym nie tylko pod względem klubowym, lecz i indywidualnym. W roku 2000 zdobył Złotą Piłkę, zaś rok później odebrał tytuł Zawodnika Roku Fifa. Bezustannie stanowił o sile Realu, nawet w swym schyłkowym okresie.

Królewscy nie próbowali jednak zatrzymywać Figo na siłę. Kontrakt wygasał i Portugalczyk mógł rozważać różne opcje. Telegraph informował wówczas o zainteresowaniu Liverpoolu, Galatasaray, lecz także klubów z Kataru i wspomnianego Newcastle United. Sroki miały oferować Luísowi naprawdę lukratywny kontrakt – 32-latek mógł rzekomo zarabiać 4.5 miliona funtów tygodniowo. Jak na tamte czasy, była to kwota zawrotna.

Plotki podsycał sam Figo, który podkreślał, iż chciałby w Premier League zagrać.

Wiele razy powtarzałem, że chciałbym kiedyś występować w Anglii. Premier League jest coraz lepsza, gra tam coraz więcej światowej klasy piłkarzy. Tamtejsze warunki różnią się od hiszpańskich, ale jestem pewien, że dam radę się dostosować.

Do transferu jednak nie doszło. Na stole Portugalczyka pojawiła się oferta z Interu, która została przezeń przyjęta. Mediolan wygrał tym samym z Newcastle, w okolicznościach, których nikt się nie spodziewał. Angielskie media nawet nie sondowały możliwości takiego transferu. Tymczasem doszedł on do skutku i tym samym Figo nie dołączył do Michaela Owena (nomen-omen sprowadzonego z Realu) i Emre Belözoğlu na St. James’ Park.

Miliony zamiast miliardów

Przed dominacją Messiego i Cristiano Ronaldo w plebiscycie Złotej Piłki, był pewien Brazylijczyk, który zagrażał ich pozycji. Nazywał się Kaká i grał dla Milanu oraz Realu Madryt. Niewiele jednak brakowało, by Królewskich na tej liście nie było. Lata temu pomocnik nieomal trafił do Manchesteru City.

Angielski klub złożył Mediolańczykom ofertę nie do odrzucenia. I faktycznie, Milan jej nie odrzucił. Będący wówczas w europejskiej czołówce klub nie musiał sprzedawać swoich największych gwiazd, lecz The Citizens przedstawili tak korzystne warunki, iż przystano na nie. Brakowało jedynie pozytywnej reakcji Kaki.

Tej również się spodziewano, no bo przecież Brazylijczykowi oferowano pieniądze, których we Włoszech nikt nigdy nie widział. Pomocnik miał stać się najlepiej opłacanym piłkarzem, a jego przenosiny opiewać na ponad 100 milionów funtów. Wydawało się, że w 2009 roku Manchester City od razu wytoczy swe największe działa. Ich proch był jednak niewypałem.

Kaká angielskiemu klubowi po prostu odmówił. Chociaż jego ojciec – pełniący funkcję agenta – zaakceptował wstępne warunki kontraktu i Brazylijczyk mógł się właściwie rozglądać za mieszkaniem w Manchesterze, to w angielsko-włoski starciu znów zwyciężył Mediolan. Piłkarz pozostał w stolicy mody, tłumacząc się po latach wielkim przywiązaniem do Półwyspu Apenińskiego. Utrzymywał, że chociaż był gotowy na wyzwania, to więzy z Serie A były zbyt silne, a Manchester City zbyt anonimowym klubem. Przed złożeniem oferty, Kaká nigdy o nim nie słyszał.

Wątpliwości nie miał natomiast w przypadku oferty Realu Madryt. Do Hiszpanii przeniósł się tego samego roku, a Królewscy zapłacili za Brazylijczyka 67 milionów euro. Znacznie mniej, niż oferowali The Citizens. Zamiast Kaki na The Etihad przybyli w zimowym okienku Wayne Bridge, Craig Bellamy, Nigel de Jong i Shay Given. Coś za coś.

Turbokozak

Był czas, że pewien piłkarz Udinese był uważany za największy talent w Polsce. Wszyscy żyli jego potencjalnym transferem, wszyscy oczekiwali występów pomocnika pod batutą Jürgena Kloppa. A jednak Piotr Zieliński i Liverpool nigdy się ze sobą nie zeszli.

Jest to co najmniej dziwne, biorąc pod uwagę, jak silne było zainteresowanie niemieckiego szkoleniowca transferem. Na początku swojej przygody na Anfield, Klopp chciał wzmocnić drugą linię. Wśród kilku przedstawionych mu kandydatur, do gustu przypadła właśnie ta przedstawiająca Polaka. Zieliński mógł zasilić Liverpool w dość sprawny sposób. Klub przygotował już za Polaka ofertę, wiedząc że nie będzie musiał płacić dużo. Polakowi daleko było do jego obecnego poziomu, miał problem z ustabilizowaniem formy, a Udinese nie liczyło na kokosy. Kilkanaście milionów powinno wówczas zamknąć sprawę.

Jak dobrze wiemy – nie zamknęło. Zieliński wziął udział w programie Canal+ – „Turbokozak”. Po serii zmagań, piłkarz wpadł w objęcia prowadzącego, Bartosza Ignacika, który nieco speszonemu zawodnikowi wręczył koszulkę The Reds. Wielu odebrało to jako nieoficjalne potwierdzenie transferu. Od czasów Dudka czekaliśmy na Polaka na Anfield, a teraz Zieliński mógł wzmocnić Liverpool. Plan jednak spalił na panewce.

Po kilku latach od zamieszania wciąż snuje się domysły, dlaczego Udinese nagle podniosło ofertę. Być może było to spowodowane kolejnymi zapytaniami ze strony Napoli i Milanu? Być może to wystąpienie Zielińskiego w koszulce Liverpoolu spowodowało, że Włosi wyczuli okazję do grubszego interesu? Prawda pewnie leży gdzieś pomiędzy.

Ostatecznie skończyło się na tym, że oczekiwane pieniądze zapłacił za Piotrka zespół z Neapolu. The Reds wzmocnili się zaś Ginim Wijnaldumem za 30 milionów. Od tamtych wydarzeń minęły już blisko cztery lata, lecz newsy grzmiące „Zieliński i Liverpool!!!” wracają do polskich mediów jak bumerang. Może kiedyś się ziszczą.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie