Beniaminek z hrabstwa West Midlands nie potrzebował nawet kilkunastu dni, by napsuć krwi zdecydowanie wyżej notowanym rywalom. W 3. kolejce poprzedniego sezonu Wolves urwali punkty Manchesterowi City, a niecały miesiąc później podopieczni Nuno Espírito Santo wywieźli cenny punkt z Old Trafford. Już wtedy mogliśmy zauważyć, że klub z Molineux nie będzie chłopcem do bicia. Chociaż od momentu awansu Wilków do Premier League minęły już prawie 2 lata, Wolverhampton nie przestaje nas zaskakiwać. Trzykrotni mistrzowie Anglii są na dobrej drodze, by w przyszłym sezonie po raz kolejny zameldować się w Europie. Jednak podopieczni portugalskiego trenera wydają się być na tyle ambitni, by powalczyć o coś więcej – o powrót na arenę najbardziej elitarnych rozgrywek. Po 61 latach The Wanderers mogą ponownie zagrać w Lidze Mistrzów. Czy Wędrowcy zdołają odrobić 5-punktową stratę do 4. miejsca?

Europa da się lubić

Piłkarze ze środkowo-wschodniej części Wielkiej Brytanii od 25 sierpnia pewnym krokiem zmierzają w stronę sukcesów.  Tego dnia Wilki rozpoczęły trwający sezon, pewnie pokonując północnoirlandzkie Crusaders FC w kwalifikacjach do Ligi Europy. W kolejnej rundzie Wolves rozprawili się z Pyunikiem Erewań, a w ostatniej fazie Anglicy wyeliminowali niezwykle wymagającego rywala – włoskie Torino. Nauczeni doświadczeniami innych przedstawicieli Premier League, nie sądziliśmy, że Wolverhampton udanie połączy ligę z pucharami. Wręcz przeciwnie – byliśmy przekonani, że Wędrowcy, podobnie jak inne (równe im) kluby, które znalazły się w podobnej sytuacji, po raz kolejny skompromitują Jej Królewską Mość, żegnając się z międzynarodową areną na – oczywiście nie obrażając piłkarzy Astry Giurgiu – rumuńskim pastwisku.

Na przekór angielskim tradycjom

Rzeczywistość, na szczęście, okazała się malować w niezwykle kolorowych barwach. Klub z Molineux Stadium nie zginął w otchłani pucharowej międzynarodówki, poważnie podchodząc do obowiązku reprezentacji ojczyzny w rozgrywkach, które przez angielskich średniaków, do tej pory były traktowane po macoszemu, wręcz jako zło konieczne. Okazało się, że Europa da się lubić. Chociaż kraje o mniej rozwiniętych piłkarskich tradycjach, jak chociażby Polska, dałyby się pokroić żywcem za miejsce w fazie grupowej Ligi Europejskiej, kluby pokroju West Hamu, Burnley, Evertonu – czyli nie top six, lecz także nie stałych bywalców dolnych rejonów tabeli (Młoty niestety wyłamały się z tego schematu) – najczęściej lekceważyły występy w pucharach. Ambicje najlepszych (Manchester United, Chelsea, Arsenal), których los rzucił do rywalizacji w LE, zaczynały się przynajmniej na półfinale, natomiast ci „gorsi” ograniczali się do humorystycznych wycieczek do Lokeren, Giurgiu, Midtjylland, Beer Szewy czy Limassol.

Wolves Jimenez

Raul Jimenez tak patrzy na piłkę, jak Wolves patrzą na miejsce w LM. Źródło: HITC

Wilki postanowiły odwrócić ten trend, rozpoczynając od bezbolesnej podróży przez eliminacje. W kolejnym etapie czekała je nieco bardziej wymagająca wędrówka przez fazę grupową, co zaowocowało „dopiero” 2. miejscem – za Bragą. Trasa następnego szczebla (1/16) okazała się zdecydowanie mniej wyboista – Wolves aż 7-krotnie zaskoczyli golkipera Espanyolu, tracąc zaledwie 2 bramki. W pierwszym spotkaniu 1/8 finału przedstawiciele Premier League zremisowali na wyjeździe z Olympiakosem Pireus. Rewanż zaplanowano na 5. sierpnia.

Wolves (skutecznie) atakują top six

W poprzednim sezonie Wilki zajęły 7. pozycję, tracąc 11 punktów do Machesteru United, który zamykał tradycyjną, czołową szóstkę. Na szczycie status quo – chociaż beton starego układu trzymał się dosyć mocno, 4 lata temu Leicester i Southampton pokazały, że da się go skruszyć. Szybki rzut oka na aktualną tabelę: pierwsze 2 lokaty nie budzą najmniejszych zastrzeżeń. Jednak już 3. i 6. miejsce dowodzą, że konstrukcyjne wiązania nieco stereotypowych fundamentów zaczynają pękać. Wydawało się, że zajmujące najniższy stopień podium Leicester zaczyna słabnąć, co mogło zakończyć się spadkiem aż na sam dół nowego top six. Mimo chwilowego kryzysu, ekipa z King Power Stadium wróciła na zwycięską ścieżkę, pewnie pokonując Crystal Palace. Na liderów peletonu naciska niezwykle doborowe towarzystwo: Chelsea, Manchester United i Wolverhampton. Londyńczycy tracą do Lisów zaledwie 1 oczko, strata Czerwonych Diabłów jest 2-krotnie większa, natomiast Wilki od podopiecznych Brendana Rodgersa dzieli już 5 punktów.

Jeżeli spojrzymy na terminarz Premier League, teoretycznie najłatwiejsza przeprawa czeka Czerwone Diabły. Jednak warto zauważyć, że zarówno United, jak i The Blues, a także Wolves czekają pojedynki z europejskich pucharach. Nie sposób zapomnieć, że pierwsza 2 zmierzy się jeszcze w bezpośredniej rywalizacji w FA Cup. Pozaligowe zmagania dolnej części Nowego Angielskiego Porządku w konfrontacji ze chimeryczną dyspozycją The Foxes nie pozwalają wyłonić zdecydowanego faworyta batalii o miejsce na podium. Jeżeli Lisy utrzymają swoją pozycję, nie będziemy zaskoczeni. Jeżeli Chelsea przeprowadzi udany atak, również nie okażemy zdziwienia. Bądźmy szczerzy – przy tak małych różnicach, żadne rozstrzygnięcie nie może być traktowane w kategorii niespodzianki.

Zabójcy królów

Warto pokrótce przeanalizować drogę, jaką Wilki przebyły od 1. kolejki i meczu, notabene, z Leicester, aż do 32. serii gier. Początek sezonu nie należał do imponujących, gdyż w pierwszych 5 ligowych starciach ekipa Nuno Espírito Santo zgromadziła zaledwie 3 punkty. Na skromny dorobek podopiecznych portugalskiego szkoleniowca złożyły się 3 remisy i 2 porażki, w tym wstydliwe 2:5 z Chelsea. Okres między 1., a 21. sierpnia z powodzeniem możemy określić jako pierwszy, aczkolwiek jeden z niewielu momentów zadyszki. Pucharowo-ligowe połączenie dało o sobie znać dosyć szybko, jednak w perspektywie 33 kolejek, paradoksalnie okazało się to zbawienne.

Do spotkania z Crystal Palace drużyna z Molineux przystępowała z… 19. miejsca. Szósta seria starć nie poprawiła ich pozycji, ponieważ Wilki w rywalizacji z Orłami zdobyły 1 oczko. I wtedy The Wanderers wybrali się w podróż na Etihad. Nie trzeba było bawić się we wróżenie z fusów, kart czy magicznej kuli i wskazywać oczywistego faworyta. A faworyt, jak to faworyci mają w zwyczaju, po prostu przegrał. Na City of Manchester Stadium narodził się – dosłownie i w przenośni – wielki Adama Traoré. Obywatele musieli pokłonić się przed Wędrowcami także w rewanżu na Molineux. Tym razem Wolves zwyciężyli 3:2, a w pierwszoplanowych rolach wystąpili Adama, Raúl Jiménez, Rúben Neves i Matt Doherty. Jeżeli znudziło się Wam używanie tradycyjnych przydomków, Wolverhampton właśnie zyskało kolejny: Zabójcy Królów.

adama traore wolves

Adama Traoré, Wilk na naturalnych sterydach. Źródło: sport.onet.pl

Wolves przedstawiają: wpadki i wypadki przy pracy

Słabszych momentów nie było zbyt wiele. W tym sezonie każdy z ligowych rywali przechodził przez góry i doliny – nawet mistrzowski Liverpool zaliczył wstydliwą porażkę z Watfordem. Jedyny przeciwnik, z którym Wolverhampton dwukrotnie przegrało, to właśnie drużyna Jürgena Kloppa. Żaden wstyd. Niestety, to właśnie grudniowy pojedynek z ekipą z Anfield Road zapoczątkował drugą czarną serię w kalendarzu The Wanderers. Wędrowcy musieli uznać wyższość The Reds i Watfordu, później bezbramkowo zremisowali z United w FA Cup, podzielili się punktami z Newcastle, by na koniec, po porażce w drugim starciu z Czerwonymi Diabłami, pożegnać się z Pucharem Ligi. W dotychczasowym rozrachunku Wilki zanotowały zaledwie 7 porażek, czyli mniej niż obie ekipy z Manchesteru, Leicester, Chelsea i cała reszta tabeli poniżej 6. miejsca. Lepszym bilansem może pochwalić się tylko Liverpool. Dwie przegrane, almost Invicibles.

W starciach z którymi rywalami polegli rycerze portugalskiego trenera? Chelsea, Everton, Liverpool, Tottenham, Watford, Arsenal. Obecność Szerszeni wcale nie zaburza tego niemal idealnego obrazu. W końcu ekipa z Vicarage Road potrafiła zaskoczyć samych mistrzów.

wolves table road

Wolves w tym sezonie, oprócz nieba, odwiedzili także piekło. Źródło: Transfermarkt

Wolves przedstawiają: mniejsze i większe sukcesy

Jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko mecze w Premier League, zespół kierowany przez Nuno nie przegrał żadnego z 8 ostatnich spotkań poprzedzających mecz z Arsenalem. Wolves zaliczyli idealny restart, wygrywając 3 postpandemiczne kolejki. Chociaż West Ham, Bournemouth i Aston Villa to rywale obracający się w kręgach bliskich Championship, 9 punktów robi wrażenie. Cztery strzelone bramki, zero straconych. Niestety, w 33. serii gier niemiłą niespodziankę sprawił Arsenal, jednak jeżeli przymkniemy oko na rezultat w potyczce z Kanonierami, ukażą nam się całkiem przyjemne liczby.

Szósta najlepsza obrona w lidze i siódmy najlepszy atak. Bilans na Molineux niemal taki sam, jak na wyjeździe: 6 zwycięstw, 7 remisów, 4 porażki w domu i odpowiednio 7, 6 i 3 w podróży. Definicja powtarzalności i profesjonalizmu. Wolverhampton stało się klubem „ponadstadionowym” – nie ważne gdzie, nie ważne z kim – porażki zdarzały się niezwykle rzadko.

Przemyślane transfery

W letnim mercato Wilki nie szukały kwadratowych jaj. Przede wszystkim wykupiono Raúla Jiméneza (39 mln €) i 24-letniego Leandera Dedonckera z Anderlechtu (14 mln €).  Sprowadzono także duet z Lazio, czyli 19-letniego Pedro Neto (18 mln €) i rok starszego Bruno Jordão (9 mln €). Jedynym nieudanym wynalazkiem okazał się 21-letni Patrick Cutrone, za którego zapłacono 18 milionów €. Dorobek Włocha na angielskich (ligowych) boiskach prezentuje się następująco: 12 spotkań i 2 bramki. Wychowanek Milanu absolutnie nie podołał życiu na obczyźnie i już od pół roku reprezentuje barwy ojczystej Fiorentiny. W styczniu na Molineux pojawił się Daniel Podence (2o mln €), a klub z West Midlands sprowadził także Luke’a Mathesona i Leonardo Campanę.

patrick cutrone wolverhampton

Jeden z niewielu chybionych strzałów Wilków – Patrick Cutrone. Źródło: HITC

Jak należy ocenić ruchy transferowe Wilków? Na wskroś pozytywnie. Wykup Jiméneza (i to jeszcze za stosunkowo niewielką kwotę) był koniecznością, tego kwestionować nie możemy. Meksykanin w 33 kolejkach zdobył 15 bramek. Dedoncker – 33 mecze (również nie opuścił żadnej kolejki!), 4 gole. Neto – 25 meczów (chociaż tylko 21% w wyjściowej jedenastce), 3 trafienia, 2 asysty. Podence – 5 spotkań (kilkuminutowe wejścia). Z kolei Jordão i Campana jeszcze nie mieli okazji na debiut w seniorach. Natomiast Matheson od razu został wypożyczony do macierzystego Rochdale. W zdecydowanej większości są to zawodnicy stawiający pierwsze kroki w dorosłym futbolu. Szansa pomyłki niewielka – jeżeli nie odpalą od razu, przed sobą mają jeszcze całą karierę. Inwestycja w przyszłość, praca u podstaw. Jorge Mendes i Fosun Inernational nie czują potrzeby korzystania z usług największych gwiazd. Tu gwiazdy tworzą się same.

Pomarańczowa wataha

Mówisz City, myślisz Agüero, De Bruyne, Sterling. W przypadku United, do takiej trójki należą Bruno, Rashford i Martial. Mówisz Wolverhampton, myślisz: Jimenez, Jota, Adama, Moutinho, Dedoncker, Neves, Patricio… Kadra Wolves jest niezwykle wyrównana – naprawdę trudno znaleźć słaby punkt lub zawodnika, który wyróżnia się na tyle, by swoim blaskiem przyćmić pozostałych graczy. Owszem, zarówno meksykańsko-portugalski duet napastników, jak i hiszpański skrzydłowy to wyróżniające się postaci. Jednak żaden z nich nie jest kreowany na tuzy pokroju wcześniej wymienionych graczy. Chociaż każda wataha wilków ma swoją hierarchiczną strukturę, tu samcem alfa jest każdy. Nikt nie próbuje być wywyższać się ponad kolegów z szatni i nikt nie stara się być większy od trenera.

nuno espirito santo

Nuno na Molineux jest po prostu niezastąpiony. Źródło: The Transfer Tavern

Nuno Espírito Santo na Molineux wykonuje świetną robotę. Portugalczyk urodzony w São Tomé, stolicy Wysp Świętego Tomasza i Książęcej, w hrabstwie West Midlands pracuje od lipca 2017 roku. I nie zanosi się na to, by jego przygoda z W0lves zakończyła się wraz z końcem kontraktu, który obowiązuje go do 2021 roku. Były szkoleniowiec Valencii i Porto to jeden z niewielu reprezentantów grupy BAME na tak wysokim stanowisku. Być może przykład z samego szczytu pozwoli jej członkom na wyjście z otchłani przeciętności i zwiększenie reprezentacji na najwyższym szczeblu.

Wszystkim z ukrycia steruje Jorge Mendes, agent piłkarski i rodak Nuno. Gdyby nie właściciel agencji GestiFute, bez wątpienia Wilki nie byłyby tak bardzo portugalskie. Jednak obecność iberyjskich graczy absolutnie nikomu nie wadzi. Zwłaszcza, gdy są oni starannie dobierani.

Mistrzowskie sny

Zaledwie 2 lata na najwyższym poziomie pokazały, że Wolves nie należą do grona beniaminków pokroju Fulham czy Huddersfield. Klub z Wolverhampton nie wydaje ponad stan, nie przeprowadza dziesiątek nieprzemyślanych transferów i po prostu… nie jest biedny i słaby.  Chociaż brzmi to niezwykle banalnie, sposób na efektywne zarządzanie nie musi być efektowny. Owszem, bez wypłacalnego właściciela wiele celów nie jest możliwych do realizacji. Jednak pieniądze szczęścia nie dają – daje je wyłącznie dobre ich wykorzystanie. Tutaj, w środkowo-zachodniej Anglii, stworzono idealne warunki do rozwoju. Z takim zapleczem można marzyć o czymś więcej niż walce o miejsce w środku tabeli.

Co przyniesie przyszłość? Mimo iż porażka z Arsenalem nieco skomplikowała plany drużyny z Molineux, ciągle są one „mistrzowskie”. Do Champions League można się dostać dwiema drogami – przez Premier League lub dzięki zwycięstwu w Lidze Europejskiej. Wędrowców stać na to, by udanie podążyć jedną z nich. Póki co pomarańczową watahę należy docenić za tymczasowe rozbicie betonu czołowej szóstki. Miejmy nadzieję, że po ostatniej kolejce będziemy mogli określić je jako udane. Przynajmniej na jeden sezon.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie