Spadek z zawodowej ligi, zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu, stanowił dla wielu klubów wyrok. Poniżej League Two, w odmętach nieprofesjonalnego futbolu, łatwo było przepaść i już nigdy nie wrócić. Walka o byt zawsze była więc zacięta. W 1987 roku losy utrzymania ważyły się do ostatnich sekund sezonu. Cała sprawa rozstrzygnęła się w niesamowitych okolicznościach. Jak bardzo niesamowitych? A no tak, że szalenie ważną rolę odegrało ugryzienie zawodnika Torquay United przez policyjnego psa. I to właśnie podczas ostatniego spotkania kampanii!

Drużyna The Gulls z pewnością znana jest zagorzałym fanom angielskiej piłki. Jeśli ktoś z was akurat jej nie kojarzy, to możemy to wybaczyć. Chociaż w Football League grali nieprzerwanie od lat 20-tych XIX wieku, to ani razu nie mieli okazji kopać piłki na drugim poziomie rozgrywkowym. Początkowo głównie spędzali czas na trzecim szczeblu. Z biegiem czasu osunęli się o jeden niżej.

Tam kilkukrotnie spoglądali relegacji głęboko w oczy, ale długo jej nie zasmakowali. I to pomimo tego, że zdarzyło im się nawet kończyć na ostatniej pozycji. Miejsce w Football League udawało im się utrzymać aż do 2007 roku (w międzyczasie zaliczyli nawet krótki powrót do League One), ale niewiele brakowało, aby pożegnali się z nią 20 lat wcześniej. Dziś przypomnimy sobie historię jednej z najbardziej kuriozalnych wielkich ucieczek w historii angielskiego futbolu.

Stadion Torquay United, Plainmoor, może dziś pomieścić 6500 kibiców. Źródło: BBC

Pierwszy taki sezon

Kampania 1986/87 była historyczna. Pierwszy raz wprowadzono bowiem zasadę bezwarunkowego spadku z zawodowych lig. Dotychczas obowiązywał on jedynie między pierwszym a czwartym szczeblem. Jeśli chodzi o zespoły, które kończyły rozgrywki w ówczesnej Fourth Division na czterech ostatnich pozycjach, czekał je proces głosowania. Członkowie ligi decydowali wtedy, czy rzeczone drużyny powinny pozostać na czwartym poziomie, czy też miejsce któregoś z nich może zająć jeden z amatorskich klubów, ubiegających się o prawo gry wyżej. Proces ten nazywano reelekcją.

Nie stanowił on wielkiego zagrożenia. Po wojnie, w ciągu ponad 40 lat, zaledwie pięć razy zdarzyło się, że czwartoligowiec nie zachował swojego statusu. Ostatnim klubem, który nie przeszedł procesu reelekcji, było Southport, które w 1978 roku zostało „wymienione” na Wigan Athletic. Nasi bohaterowie z Torquay w powojennych czasach przechodzili ten proces dwukrotnie, po tym, jak szorowali dno ligi w sezonach 1984/85 i 1985/86. Tak, tych poprzedzających wydarzenia, do których zaraz przejdziemy.

Relegacja miała czekać najgorszy z 24 zespołów. Nie trzeba więc mówić, że kibice nie wyczekiwali na kolejną kampanię z entuzjazmem. Tym razem żadne głosowanie nie mogło ich uratować. Utrzymanie musieli sobie wywalczyć na boisku. Dla nich oraz piłkarzy stanowiło to sprawę życia i śmierci.

Mecz o wszystko

Klub był mały, nawet jak na realia ówczesnej Fourth Division. Budżet nie powalał, stadion znajdował się w opłakanym stanie. Zawodnicy robili, co w ich mocy, ale nic nie szło po ich myśli. Krótko mówiąc – wyglądało to tak, jakby właśnie tu i teraz miała skończyć się przygoda Torquay United z Footbal League. A sam zespół mógł zapisać się w historii jako pierwszy, który spadł do Conference nie na skutek głosowania, ale tylko i wyłącznie w konsekwencji swojej postawy na murawie.

Ostatnia, 46. kolejka została przewidziana na 9 maja 1987 roku. The Gulls przystępowali do domowego spotkania z nie grającym już o nic Crewe Alexandra, plasując się na 23. lokacie. Spadek z dużym prawdopodobieństwem oznaczałby upadek klubu. O byt walczyły jeszcze dwa zespoły – ostatnie w tabeli Burnley, z jednym oczkiem straty oraz Lincoln City, które miało punkt więcej. Wygrana dawała utrzymanie. Nic nie szło jednak zgodnie z planem.

Do przerwy goście prowadzili 2:0 i bezdyskusyjnie dominowali. Na domiar złego Burnley wygrywało na z Leyton Orient 1:0. Miejscowi kibice byli wściekli. Policja, w obawie przed ich wtargnięciem na boisko, postanowiła ustawić się przed trybuną. Funkcjonariusze przyprowadzili ze sobą psy, co okazało się… niezbyt dobrym pomysłem. Chociaż fani uczęszczający na Plainmoor z pewnością dziś uważają obecności przedstawicieli tego właśnie gatunku za jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogły spotkać ich ukochany klub.

Incydent

Na samym początku drugiej części meczu gospodarze zdołali strzelić gola kontaktowego. Obrońca, Jim McNichol, uderzył mocno z rzutu wolnego, a jego strzał zaliczył szczęśliwy rykoszet, który zmylił golkipera rywali. To oznaczało, że wciąż mieli jeszcze szansę. Gracze Torquay walczyli o każdą piłkę. W międzyczasie na Turf Moor padła kolejna bramka. The Clarets mieli już dwa trafienia zapasu.

W jednym z narożników zrobiło się zamieszanie, więc pojawiła się policja z psami. Kilka minut przed końcem pędziłem za piłką w stronę linii bocznej, próbując utrzymać ją w grze – możemy przeczytać wspomnienia strzelca bramki dla Torquay na łamach Guardiana. – Funkcjonariusz obserwował ludzi, ale pies zauważył, że biegnę w jego stronę i chyba pomyślał, że atakowałem jego opiekuna, więc rzucił się na mnie.

Owczarek niemiecki, imieniem Bryn, ugryzł piłkarza w udo. Całe trybuny oraz zawodnicy byli wściekli. Coś takiego? W takim meczu? Po prostu niemożliwe. Zamieszanie oraz konieczność opatrzenia zawodnika spowodowały kilkuminutową pauzę w grze. Koledzy musieli chronić opiekuna winowajcy, posterunkowego Johna Harrisa. McNichol, pomimo szoku oraz krwawiącej rany nie chciał jednak opuścić boiska.

Utykałem. Wykorzystaliśmy już naszą jedyną zmianę (wtedy jeszcze nie można było dokonać trzech roszad – przyp. red.), więc nie zamierzałem zejść, ale nie było ze mnie praktycznie żadnego użytku. Wydaje mi się, że nawet nie dotknąłem piłki po ugryzieniu.

Dar od niebios

Arbiter musiał przedłużyć spotkanie. Kończyło się później niż wszystkie pozostałe. Pauzę w grze piłkarze wykorzystali na przegrupowanie i zwarcie szyków. Dostali też raport z innych boisk. W chwili wznowienia spotkania wiedzieli już, że Burnley ma praktycznie pewne trzy punkty. Usłyszeli też, że Lincoln City przegrywa ze Swansea 0:2. The Imps mieli gorszy bilans bramkowy, więc, aby ich wyprzedzić, wystarczał remis. Zostały cztery minuty doliczonego czasu gry na zdobycie jednego gola.

Rozpoczęły się szaleńcze ataki, role z pierwszej połowy się odwróciły. Crewe nie potrafiło wyjść z własnej połowy. Wtedy, praktycznie w ostatniej akcji, piłka wylądowała w polu karnym pod nogami Paula Dobsona. Napastnik nie zastanawiał się, tylko natychmiast uderzył w dolny róg bramki rywali. Wpadło! Stadion eksplodował.

Po końcowym gwizdku policja nie mogła już zatrzymać napływu ludzi na murawę. Nikt jednak nie szalał ze wściekłości. Boisko zalała fala ludzi, którzy nie mogli opanować swojej radości. Rozpoczęła się feta, ale nie wszyscy mogli w niej uczestniczyć. Jim McNichol natychmiast udał się do lekarza, aby zaszyto mu ranę. Założono mu 17 szwów.

Nie widziałem żadnego świętowania. Musiałem dostać wszystkie możliwe zastrzyki i miałem zrobione badania na tężec. Lekarz naszej drużyny, doktor Foster, był żartownisiem. Mówił, że trzeba sprawdzić, czy pies nie ma AIDS i innych tego typu chorób. Potem poszedłem do domu i prosto do łóżka. Zanim kogokolwiek spotkałem, było już po imprezie.

Od złoczyńcy do bohatera

Kilka dni po całym zajściu zorganizowano spotkanie Bryna z jego ofiarą. Przyjechała telewizja i prasa. Prezes Torquay stawił się na miejscu z szalikiem i ogromną kością dla psa, który sprawił, że kibice przeżyli niesamowitą huśtawkę nastrojów. Gdyby nie przerwa, spowodowana ugryzieniem obrońcy The Gulls, być może nie udałoby im się pozbierać i przycisnąć rywali.

 

To doliczony czas zadecydował o losach meczu, sezonu oraz całego klubu. W poświęconym całemu zajściu odcinku serialu Netflixa, „Przegrani”, mówił o tym ówczesny szkoleniowiec gospodarzy  Stuart Morgan oraz strzelec „złotej” bramki, Dobson. Owczarek niemiecki został bohaterem fanów zespołu z południa Anglii. Stał się elementem lokalnego folkloru. Nikt nigdy nie zapomniał mu tego, że przyczynił się do przetrwania ich ukochanej drużyny. Nawet jeśli zrobił to, atakując ich zawodnika.

W internecie można przeczytać, że Bryn po swojej śmierci został wypchany i wystawiony w budynku drużyny, założonej w 1899 roku. Tutaj pojawia się jednak nieścisłość – z produkcji Netflixa dowiemy się, że prochy swojego przyjaciela przechowuje po dziś dzień pan Harris. Nie ma za to wątpliwości co do jednego: policyjny pies wciąż pojawia się w sprawach związanych z drużyną. Przykładowo, w listopadzie 2019 roku wypuszczono limitowaną serię piwa, sygnowanego przez Torquay United, nazywaną 1899 BRYN. Twarzą całej akcji (a jakże!) został oczywiście McNichol.

Ten zapamiętany na zawsze incydent pozwolił The Gulls pozostać w Football League na następne 20 lat. W 2007 roku spadli, aby po dwóch sezonach powrócić. W 2014 jednak ponownie nie udało się utrzymać. Od tamtej pory drużyna zaliczyła już nawet przygodę na szóstym poziomie rozgrywkowym. W obecnej, przerwanej kampanii, jest beniaminkiem National League i następną kampanię również rozpocznie na piątym szczeblu.

Historia Bryna – psa, który utrzymał Torquay United – to jedna z wyjątkowych opowieści, oddających idealnie ducha angielskiego futbolu. Jego nieprzewidywalność i przywiązanie do symboli, a także to, że niższe ligi to coś więcej, niż tylko tło dla rywalizacji na najwyższym poziomie. To miejsce, w którym piszą się niesamowite historie. A to jedna z tych najbardziej niesłychanych.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie