Gdy w 2015 roku Liverpool monitorował Timo Wernera w Stuttgarcie, zapewne nie sądzili, że do ewentualnego transferu dojdzie za co najmniej pięć lat. Albo w ogóle nie dojdzie, bo świat stanie nagle w obliczu pandemii. 

Jeszcze przed wydarzeniami w chińskim Wuhan, o transferze Niemca na Anfield rozpisywały się wszystkie sportowe media. Werner wielokrotnie komplementował Kloppa, podkreślał również, że to na dołączeniu do Liverpoolu zależy mu najbardziej. A zalotników miał wielu, bo swe kwiaty i czekoladki wysyłała nie tylko Barcelona, lecz i Chelsea, i Manchester United.

Werner się jednak uparł. The Reds zresztą też, bo zawodnik RB Lipsk jawił się jako idealna wręcz opcja. Pod względem stylu gry, Czerwonym Bykom niedaleko do Liverpoolu. Zresztą nawet gdyby Klopp i Nagelsmann prezentowali bardziej odmienne podejścia do futbolu, to Werner i tak byłby łakomym kąskiem. Wyróżnia się spośród wszystkich podopiecznych 32-letniego szkoleniowca i wydaje się pasować idealnie do ekipy z Anfield.

Napastnik jest szybki, silny, niezwykle pracowity, a także płodny. Podczas swojej przygody z RedBullem strzelił 88 bramek i zanotował 39 asyst. Znaczna część tego dorobku to efekt bieżącego sezonu, w którym Werner był jedynym piłkarzem zdolnym rzucić rękawicę Robertowi Lewandowskiego. Niemiec – w samej tylko Bundeslidze – wbił 21 goli i siedem razy skutecznie wystawiał piłkę kolegom.

Wobec przełożonego Pucharu Narodów Afryki transfer Wernera jawił się jako idealny. W końcu zastąpić Salaha i Mané, to żaden spacerek, a raczej wyzwanie pokroju tego, którego podejmować musiał się Otonde Odera w kuchni Idiego Amina. Niemiec miał jednak odpowiednie perspektywy, by temu wyzwaniu sprostać, a nawet stać się piłkarzem podstawowej jedenastki i zająć miejsce Roberto Firmino. Miał również klauzulę, która kusiła. 53 miliony funtów odstępnego. Teraz to już jedynie czas przeszły.

źródło: Onet

Liverpool może po prostu nie mieć na Wernera pieniędzy, nawet jeśli wcześniej taka kwota nikogo by nie przerażała. Koronawirus pokrzyżował szyki licznych klubów. W Premier League nadal nie wiedzą kiedy rozpocznie się następny sezon (ani wznowiony zostanie obecny). Podobne pytania rodzi otwarcie okienka transferowego.

Jakby tego było mało, The Reds muszą liczyć się z ogromnymi stratami. Fenway Sports Group musi wypłacać pensje na poziomie 310 milionów funtów, a przecież klub został odcięty od najgłębszych źródeł dochodu. Właściciele nie mają na szczęście zamiaru wyciągać pieniędzy z liverpoolskiej skarbonki, lecz siłą rzeczy zmniejszą się ich możliwości inwestowania znacznych pieniędzy. Zdaniem The Athletic może to nawet oznaczać, że obecny lider Premier League nie przeprowadzi latem jakiegokolwiek dużego transferu.

Z czego zatem Liverpool traci najwięcej? Znaczną część dochodów w ich przypadku stanowią pieniądze zarabiane na dniu meczowym. Obecnie to blisko 85 milionów funtów. Szkopuł tkwi jednak w tym, że nie wiadomo, czy przyszły sezon również nie zostanie rozegrany za zamkniętymi drzwiami. Jeśli tak, to księgowa The Reds wyleje rzewne łzy. W końcu jeden mecz domowy to przychód rzędu 3 milionów funtów.

Jeszcze więcej łez spłynie po jej policzku, gdy ujrzy bilans zysków i strat powiązanych z mediami. W sezonie 2018/19, Liverpool zarobił 261 milionów funtów. Teoretycznie 4.92 Wernera. Teraz jednak trzeba będzie pożegnać się z taką fortuną, gdyż nadawcy (krajowi i międzynarodowi) domagają się od klubów Premier League zwrotów.

Jakby tego było mało – ucierpi cały brand, sygnowany przez drużyny z miasta Bitelsów. Ostatnio wypracowali oni zysk w postaci 22% w stosunku do ubiegłego okresu rozliczeniowego. Teraz – po mistrzowskim sezonie – liczono na rekordowe przychody. Wszystko wzięło w łeb z powodu koronawirusa. Ludzie niechętnie wydają krocie na klubowe koszulki, nie mówiąc już o samodzielnym pójściu do sklepów. W tej sytuacji nawet umowa z Nike jawi się jako nietrafiona – produkty LFC miały trafić do 6000 sklepów. No i trafią, tylko kto zechce je kupować?

źródło: Arabian Business

A to nie koniec, bo przecież sponsorzy też mogą się wzbraniać przed płaceniem kroci, skoro klub nie realizuje umowy i nie lokuje produktu na europejskich boiskach.

Na domiar złego, Liverpool czekają wymuszone straty. Odejdzie przecież Adam Lallana i Nathaniel Clyne. Prawdopodobnie to samo tyczyć się będzie Lorisa Kariusa. Trudno jednak mówić o jakimkolwiek wzbogaceniu, bo potencjalne transfery Marko Grujicia, Harry’ego Wilsona i Xherdana Shaqiriego nawet jeśli dojdą do skutku, to będą znacznie skromniejsze, niż zakładano. A przecież jeszcze w styczniu Sevilla dawała za Szwajcara 30 milionów euro.

Pamiętać też trzeba o pozycjach, które są na Anfield obsadzone po prostu słabo. Nie ma zastępcy Robertsona, Adrian jako back-up Alissona nawala, zaplecze prawej obrony też kuleje. W tej sytuacji włodarze mogą uznać, że jeśli jakiekolwiek transfery będą, to w celu uzupełnienia wspomnianych luk. Na Niemca może zabraknąć funduszy.

Chociaż jest światełko w tunelu. The Athletic podkreśla, że Werner w czerwcu przyszłego roku będzie dysponował klauzulą odejścia na poziomie 40 milionów. W tej sytuacji nie da się wykluczyć, że ekipa z Bundesligi dogada się z angielską i Liverpool za napastnika zapłaci mniej, niż wynosi jego klauzula. Chociaż to bardzo pobożne życzenie.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie