Jadon Sancho, Jack Grealish i Jude Bellingham. To trzy nazwiska, które bardzo często wymienia się w kontekście transferu do Manchesteru United. Trzy nazwiska, za które trzeba zapłacić naprawdę solidne pieniądze. Jak ma się to do plotek o załamaniu rynku transferowego i klubów, które będą chciały oszczędzać, gdzie tylko się da? 

Ciężko przewidzieć ekonomiczne skutki pandemii w świecie futbolu. Narracja ekspertów zmienia się bardzo dynamicznie, zwłaszcza w przypadku klubów Premier League, które na samym początku eskalacji problemu miały być zabezpieczone przed jakimikolwiek negatywnymi skutkami przerwania czy też ewentualnego, przedwczesnego zakończenia sezonu. W międzyczasie okazało się jednak, że obawy o straty związane z niedokończeniem sezonu są tak silne, że liga musi zrobić wszystko, żeby dokończyć rozgrywki, a następnie szykować się do rozpoczęcia kolejnych.

Premier League i tak znajduje się w sytuacji naprawdę korzystnej. Wielokrotnie podkreślałem już, że jej stabilizacja finansowa uzależniona jest głównie od sprzedaży praw telewizyjnych, a obecny stan rzeczy spowoduje, że kluby mogą zgarnąć dla siebie nawet więcej pieniędzy. Przecież nawet w tym sezonie, jeżeli potwierdzą się wszelkie doniesienia, do obsadzenia transmisją pozostaje 47 meczów, które pierwotnie nie miały być emitowane w telewizji. Jeżeli wierzyć wszelkim doniesieniom, liga zrobi wszystko, żeby zmaksymalizować przychody z tego tytułu i wyemitować jak najwięcej spotkań. Łatwo wydedukować, że podobny zabieg będzie proponowany także w następnym sezonie. Zwłaszcza, że powrót kibiców na stadiony planowany jest raczej na 2021 rok.

Kluby angielskiej ekstraklasy mogą ucierpieć jednak na innych polach. O ile przychody z dnia meczowego nie stanowią dużej części ich budżetu, bo jest to zaledwie uśredniony udział w wysokości 13,1%, o tyle te straty jak najbardziej mogą wpłynąć na ich aktywność na rynku transferowym. Cały sezon bez fanów na trybunach to dla klubów średnie straty od 5 milionów funtów (Bournemouth) do nawet 99 milionów funtów (Arsenal). Wciąż są to jednak kwoty, które nie zaburzą codziennego funkcjonowania. W przypadku Arsenalu roczne wydatki na wynagrodzenia to kwota 232 milionów funtów (dane za rok 2019), a w sezonie 18/19 z tytułu samych praw telewizyjnych zarobił ponad 140 milionów funtów. Dane z tego sezonu pokazują, że aż 11 klubów Premier League było w stanie opłacić swoich piłkarzy tylko z pieniędzy z praw telewizyjnych, nie zwracając uwagi na środki z tytułu umów sponsorskich, zysków komercyjnych czy dnia meczowego.

Autor wykresu: Kieran Maguire

Spoglądanie na same wynagrodzenia to oczywiście dosyć płytkie spojrzenie, ale fakt, że kluby Premier League zarabiają więcej, niż wydają na samych piłkarzy, jest zdecydowanie istotny. Kiedy bowiem spojrzymy piętro niżej, aż 13 klubów Championship wydało w 2019 roku więcej na wynagrodzenia, niż zarobiło. W przypadku Reading tygodniówki pochłonęły aż 226% przychodów. Trzeba dodać, że w niższych ligach spotkania za zamkniętymi drzwiami mogą zatem wywołać naprawdę wielki wstrząs. Nie biorąc pod uwagę parachute payment, umowy telewizyjne pokrywają zaledwie 28% wynagrodzeń w całej lidze. Dla porównania, w Premier League jest to aż 97%. Do ciężkiej sytuacji drużyn z Championship i konsekwencji dla rynku transferowego, które z niej płyną, wrócimy jeszcze za moment.

Tymczasem, co jeszcze może uderzyć w zespoły Premier League? Dochody komercyjne oczywiście mogą się zmniejszyć, bowiem zapowiadany kryzys ekonomiczny, wpłynie z pewnością na gotowość kibiców do wydawania pieniędzy na piłkarskie pamiątki. Pozostaje także temat umów sponsorskich czy też umów z dostarczycielami sprzętu. Tegoroczne lato miało być czasem zmian sponsorów na koszulkach dla pięciu klubów, a Liverpool, Newcastle United i Watford czekają już na nowych dostarczycieli koszulek, po tym jak skończyły się ich umowy z New Balance, Pumą i Adidasem. No właśnie, ale czy na pewno skończyły? Większość z nich obowiązywało do 31 maja 2020 roku, a kluby muszą uzgodnić w tej chwili w czyich strojach będą kończyć sezon 19/20. Zawirowania związane ze sponsorami raczej nie zagrożą bytowi klubów w krótkiej perspektywie, ale z pewnością zespoły muszą monitorować rozwój kryzysu w poszczególnych branżach, jak np. w bukmacherskiej, z którą związanych jest wielu przedstawicieli Premier League.

Eksperci są zgodni: będą zmiany na rynku transferowym

Skoro wszyscy jesteśmy przekonani o tym, że wielkie kluby wyjdą z tego bez szwanku, to dlaczego realia rynku mają się zmienić? Chociaż angielskiej elicie nie grozi upadłość, nie oznacza to, że Brytyjczycy nie będą musieli nieco zacisnąć pasa i przystopować  ze swoimi transferowymi aspiracjami. Zwłaszcza kiedy dodamy do tego fakt, że obecnie drużyny Premier League wciąż zalegają z łączną kwotą 1,601,000,000 funtów brutto z tytułu nieopłaconych rat transferowych. Na szczycie listy znajduje się Manchester United, który musi zapłacić jeszcze 170 milionów funtów. Jedynymi klubami bez zaległości na tym polu są obecnie Chelsea (zakaz transferowy) oraz Newcastle United (model płatności za transfery z góry).

Autor wykresu: Kieran Maguire

BBC powołuje się na osoby, będące postawione wysoko w zarządach klubów, które są oburzone, że wciąż mówi się o potencjalnych transferach, opiewających na kwoty w okolicach 100 czy nawet 200 milionów. Ich zdaniem ceny na rynku transferowym pójdą znacząco w dół. CIES Football Observatory przewiduje, że ceny na rynku transferowym mogą spaść nawet o 28%. Baza danych Transfermarkt już zanotowała łączny spadek wartości piłkarzy o ponad 9 miliardów euro. Inne źródła, którymi posiłkuje się BBC, przewidują, że spadek cen na rynku transferowym w Anglii wyniesie powyżej 20%.

Oprócz spadku wartości samych zawodników, przewiduje się jeszcze jeden bardzo istotny trend. To kupujący może zyskać przewagę na rynku, a pozycja sprzedającego znacząco osłabnie. Wszyscy pamiętamy ubiegłoroczną sagę transferową, której głównym bohaterem był Harry Maguire. W tym przypadku Leicester City stało na wygranej pozycji, bowiem nie odczuwało potrzeby sprzedaży zawodnika, a Manchester United musiał sięgnąć głębiej do kieszeni, żeby pozwolić sobie na ten ruch. To dobry przykład przewagi sprzedającego, aczkolwiek ciężko spodziewać się, aby pozycja Leicester znacząco się zmieniła. Kluby, które nie będą musiały sprzedawać swoich piłkarzy, żeby przetrwać, prawdopodobnie nie odczują wielkich zmian. Być może po prostu zaporowe ceny rzucane w kierunku większych drużyn, zaczną przynosić przewidywane efekty. Sytuacja ma się zgoła odmiennie w przypadku drużyn, które będą musiały sprzedać, a takich bardzo wiele gra w Championship.

Wspominałem już o ogromnych wydatkach klubów Championship na pensje. Ciężko nie odnieść wrażenia, że zespoły drugiej ligi angielskiej stały się już bardziej drugą dywizją Premier League, aniżeli pierwszą EFL. Ogromne tygodniówki, wielkie wydatki na transfery i rzeczywiście, na palcach jednej ręki możemy policzyć drużyny z zaplecza ekstraklasy, które są zarządzane naprawdę mądrze i pewnie nie będą rozpaczliwie wyprzedawać swoich największych talentów. W przypadku pozostałych, spadek zysków będzie musiał doprowadzić do cięcia kosztów. Ciężko mi wypowiadać się o sytuacji finansowej drużyn w innych ligach europejskich, ale analiza sytuacji w Championship pozwala założyć, że w niższych ligach angielskich będzie można upolować w tym roku prawdziwe okazje.

Autor wykresu: Kieran Maguire

David Webb, który do końca tego sezonu będzie pełnił funkcję dyrektora piłkarskiego w Huddersfield, nie wierzy, że rynek transferowy może uchować się bez zmian. Jego zdaniem nawet największe kluby w kraju stwierdzą, że przecież nie muszą płacić tyle za zawodników. Drużyny z Premier League coraz częściej wybierają przecież zawodników z Championship, a ta tendencja może tylko utrzymać się w najbliższym czasie.

Gra rozpoczyna się już teraz?

Nie bez powodu wspomniałem na początku o Manchesterze United, o którym mówi się w kontekście trzech naprawdę dużych transferów. Co prawda przenosiny Jadona Sancho do Anglii nie wpisują się w zależność, o której pisałem wyżej. Borussia Dortmund ma nawet rzekomo nadzieję, że Czerwonych Diabłów nie będzie zwyczajnie stać na Anglika, w efekcie czego będzie mógł zostać w Bundeslidze. Pozostali dwa zawodnicy są jednak celem idealnym, zwłaszcza, że jeden cały czas jest piłkarzem z Championship, a drugi niebawem może do tej ligi trafić.

Aston Villa wciąż ma oczywiście szanse na utrzymanie, jeżeli sezon Premier League zostanie dokończony. Ich spadek mocno ułatwiłby jednak sprawę transferu Jacka Grealisha. Sytuacja finansowa The Villans budziła wątpliwości już przed zeszłorocznym awansem. Co prawda ich kondycja finansowa uspokoiła się wraz z przejęciem klubu przez Nassefa Sawirisa, ale fakt, że już wtedy wydawali na pensje najwięcej w lidze, połączony z ogromną niewiadomą tego, jak będzie wyglądał futbol w EFL, nakazuje przynajmniej się zastanowić. W przypadku ewentualnego spadku, AV może liczyć na dwie wypłaty z tytułu parachute payment, jeżeli oczywiście żadne ustalenia odnośnie jego wypłacania nie zostaną zmodyfikowane. Wciąż może to nie wystarczyć, a gdyby przyszło im sprzedawać, to jeden z najlepiej opłacanych zawodników, będzie z pewnością wysoko na liście życzeń. W dodatku jest na niego kupiec, o którego być może trzeba będzie zabiegać znacznie bardziej niż wcześniej.

Z kolei Birmingham City przez lata wydawało więcej niż zarabiało. Do tego stopnia, że w zeszłym sezonie liga ukarała ich odjęciem 9 punktów z ligowego dorobku. Od dłuższego czasu mówiło się, że rewelacyjny Jude Bellingham może kosztować nawet 30 milionów funtów. Wspominane zmiany mogą sprawić, że cena ta znacząco spadnie, a Manchester United będzie mógł zainwestować w kolejny talent z Championship. Przypomnijmy, że w zeszłym sezonie na Old Trafford trafił Daniel James, który z miejsca wdarł się do składu meczowego.

Co na to same Czerwone Diabły? Ed Woodward sceptycznie patrzy na prognozy wielkich wydatków i wręcz z oburzeniem komentuje plotki, które łączą Manchester United z wielomilionowymi transakcjami.

Ludzie, którzy wciąż wierzą w transfery za dziesiątki czy setki milionów, kompletnie ignorują realia, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć. Nikt nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości na temat ogromnej skali wyzwania, jakie czeka cały świat futbolu. Te wyzwanie dotyczy również nas pod względem sytuacji na rynku finansowym – mówił Woodward na łamach Forbesa.

Czy zatem kibice United muszą przyszykować się na ciche lato? Otóż niekoniecznie. Ten sam Forbes zakłada, że wypowiedzi Dyrektora Generalnego klubu mogą być doskonale przemyślaną strategią, która celowo ma wytworzyć wizję United jako klubu, który nie będzie szastał pieniędzmi i tym samym sprawić, że pozostałe kluby nie będą już w nich widziały dojnej krowy. Jakkolwiek nie interpretować słów Eda, można założyć, że był to jego pierwszy ruch w tegorocznej machinie transferowej.

Idealny moment na naprawienie świata futbolu

O tym, że świat piłki nożna kompletnie zagalopował się z wynagrodzeniami i kwotami transferowymi, doskonale wiemy wszyscy. Do czasu wydawało się jednak, że nie ma sposobu, ale też konkretnych chęci, żeby ten niebezpieczny trend zastopować. Paradoksalnie, pandemia może przysłużyć się tej sprawie, bowiem coraz więcej osób związanych ze światem futbolu mówi otwarcie o szansie na nowy start.

Karl-Heinz Rummenigge, dyrektor generalny Bayernu Monachium, jest przekonany, że obecna sytuacja odciśnie znaczące piętno na całym świecie piłki nożnej. Stwierdził, że w przypadku Bayernu i innych większych europejskich klubów bardzo wiele zależy od powrotu kibiców na trybuny. Jeżeli faktycznie mecze bez publiczności będziemy oglądać aż do końca 2020 roku, wtedy część zespołów może wpaść w solidne tarapaty. Widzimy tutaj więc znaczący kontrast w porównaniu do tego, o czym mówi się w Premier League. Jednocześnie, Rummenigge zauważa, że cała ty sytuacja jest idealnym pretekstem do tego, aby futbol zrobił krok w tył pod względem finansów.

Biorąc pod uwagę nasze przychody i wydatki, musimy trzymać rękę na pulsie. Większe kluby dotyczy to bardziej, bowiem wydają znacznie więcej na pensje zawodników. Jestem pewien, że to wszystko odbije się na rynku transferowym. Rozmawiam z wieloma kolegami z innych krajów, wszyscy przykładają ogromną wagę do swojej sytuacji finansowej. Wielokrotnie słyszałem już, że jest wiele klubów, które będą w stanie sprzedać swoich zawodników tego lata, ale z drugiej strony pojawia się niewielu zainteresowanych, ponieważ nie dysponują gotówką, jaką trzeba zapłacić – opowiadał Niemiec.

Dodał również, że wierzy w spadek cen na rynku transferowym i być może nawet obniżenie wynagrodzeń, co mogłoby doprowadzić je do bardziej stabilnego i racjonalnego stanu. Myślę, że większość czytelników podziela powszechne zdanie na temat zarobków piłkarzy. Tygodniówki osiągnęły rozmiary wręcz niewyobrażalne, a kluby muszą poddawać się biernie takiemu obrotowi spraw, żeby być konkurencyjnymi i móc rywalizować o najwyższe trofea. Tylko od startu Premier League, średnie wydatki klubów na płace wzrosły o 3,116%.

Wnioski Niemca nawołują do jednego rozwiązania, którym byłoby w tym wypadku wprowadzenie tzw. salary cap, o którym coraz częściej mówi się w przypadku niższych lig angielskich. W poprzednich częściach tekstu przedstawiałem już stosunek wydatków do zarobków klubów Championship. Nie tak dawno w brytyjskiej prasie pojawiło się wiele pogłosek na temat limitu wynagrodzeń w League One oraz League Two. Ten miałby zostać wprowadzony już od sezonu 2020/21. Nie ma jeszcze konkretów odnośnie kwot, jednakże przewijają się sumy w granicach 3 milionów funtów w League One oraz 2 milionów funtów w League Two.

Reakcja w niższych ligach angielskich jest niezbędna i powinna nastąpić w trybie natychmiastowym. Nie można jednak przejść obojętnie obok argumentu, że jakikolwiek sufit płacowy na czwartym, trzecim, a nawet być może drugim poziomie rozgrywkowym, powiększy tylko i tak dużą już przepaść pomiędzy Premier League, a EFL. Pozwoli też zespołom z angielskiej ekstraklasy na uzyskanie jeszcze większej przewagi na rynku transferowym, ponieważ będą doskonale wiedzieć, że zespoły z niższych szczebli nie przekroczą pewnego pułapu zarobków. Jeżeli więc mamy zamiar wprowadzać salary cap w angielskiej piłce, to musiałoby objąć ono całość piramidy piłkarskiej.

Z ekspertami należy zgodzić się również w innej kwestii. To zdecydowanie najlepszy moment na fundamentalne zmiany w piłkarskich finansach. Skłamałbym, gdyby powiedział, że są to zmiany niepotrzebne. I to nie tylko ze względu na zbliżający się kryzys ekonomiczny. Wydaje mi się bowiem, że sam kryzys tylko przyspieszył pewne wydarzenia i pchnął w przepaść kluby, które i tak od dłuższego czasu lawirowały na jej krawędzi. Jeżeli ludzie na odpowiednich stołkach podejmą konkretne decyzje, być może będzie to jeden z niewielu pozytywnych aspektów przyniesionych przez pandemię.

 

 

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie