Pojęcie „wonderkid” kojarzy nam się stricte z XXI wiekiem. W obecnych czasach młode, największe talenty, znajdują się w centrum uwagi na długo przed debiutem w dorosłym futbolu. I chociaż kiedyś było inaczej, nie przeszkodziło to we wpisaniu pewnego nastolatka do księgi Guinessa. W 1982 roku umieszczono w niej nazwisko Paula Mouldena. 15-latka, który według wyliczeń Bolton News, w jednym sezonie strzelił 340 goli.

Oczywiście młodziutki napastnik zrobił to jeszcze w rozgrywkach U15, kiedy reprezentował barwy Bolton Lads Club. Prawie trzy i pół setki trafień w ciągu sezonu stanowiło osiągnięcie po prostu niesamowite. Naturalnie, pomogła mu w tym obsada drużyny, w której spotkał się m.in. z przyszłym zawodnikiem Premier League, Julianem Darby. Bez zastanowienia przyznano mu jednak miano „najskuteczniejszego juniora świata”.

Z 340 jego trafień, aż 289, zdobytych w 40 meczach, zostało oficjalnie uznanych i wpisanych do Księgi Rekordów Guinessa. Średnia więc imponowała, bo wynosiła aż 7,2 bramki na występ! Nie biły się jednak o niego wszystkie najmocniejsze kluby świata, to jeszcze nie były te czasy. Ofertę kontraktu przedstawił Manchester City. To miało stanowić początek jego pięknej kariery. Kariery naznaczonej urazami, przez które nigdy nie osiągnął zapowiadanej mu wielkości.

Początki

Okazja przeniesienia się do mocniejszej drużyny po kosmicznej kampanii była jedynie kwestią czasu. Bolton leży praktycznie na przedmieściach Manchesteru, więc padło na City. Klub, który w 82. roku pożegnał się z ekstraklasą, spadając na jej zaplecze. Gdy grali w drugiej lidze, młody Moulden podpisał pierwszą umowę juniorską. I praktycznie od razu zaczął błyszczeć w spotkaniach FA Youth Cup.

W sezonie 1985/86 zapewnił drużynie awans do finału, odwracając losy półfinałowego dwumeczu. Po pierwszym starciu z Arsenalem, Kanonierzy prowadzili 1:0. Wzrastająca gwiazda City popisała się jednak dubletem, który pozwolił później zmierzyć się z rywalami zza miedzy. Starcie z United skończyło się ostatecznie wynikiem 3:1. Moulden strzelił ostatniego gola – na 2:0 w drugim meczu, przesądzając losy konfrontacji. Łącznie w rozgrywkach trafił dziewięć razy.

Źródło: Bluemoon MCFC

Popisy na młodzieżowym poziomie oczywiście otworzyły drzwi do debiutu w pierwszej drużynie Obywateli. Pierwszy raz koszulkę dorosłej ekipy przywdział 1 stycznia 1986 roku, w pierwszym sezonie piłkarzy z Maine Road po powrocie do elity. Do jego zakończenia nastolatek zagrał jeszcze tylko raz. Kampanię skończyli na 15. pozycji w tabeli, w 42 meczach strzelając zaledwie 43 gole. Potrzebowali urodzonego strzelca. Kogoś takiego, jak Paul Moulden.

Wspominany jest jako prawdziwy snajper. Gość, który mógłby stać w polu karnym, a piłka i tak by się od niego odbiła do bramki. Miał niesamowity instynkt, do którego dokładał wielkie umiejętności. Do goli w stylu „lisa pola karnego” dokładał też petardy z dystansu. Zapowiadał się na napastnika kompletnego, idealnego idola dla kibiców. Zresztą był chłopakiem z regionu, kimś, z kim mogli się utożsamiać. Fani od razu go pokochali.

Sinusoida

Nowa kampania przyniosła zmianę trenera. Billy’ego McNeilla zastąpił jego asystent, Jimmy Frizzell. Nowy menedżer od razu postanowił dać szansę młodzieży. Do składu wprowadził kilku zwycięzców FA Youth Cup, w tym oczywiście Mouldena. A ten zaczął świetnie, jeszcze bardziej rozbudzając nadzieje kibiców.

W czterech pierwszych meczach strzelił cztery gole. Przyplątał się jednak uraz, który wybił napastnika z rytmu. Ostatecznie zagrał 16 razy, kończąc z pięcioma bramkami na koncie. City spadło, ale to była okazja dla młodziana. Mógł „otrzaskać” się w drugiej lidze i wrócić wraz z zespołem dojrzalszy, gotowy na większe wyzwania. Wtedy pojawił się problem, który trapił go przez całą karierę – złamał nogę. Jak się okazało – pierwszy z wielu razy. Stracił wtedy prawie cały sezon.

Nie miał więc jak zaimponować kolejnemu szkoleniowcowi, Melowi Machinowi. W obliczu urazu Mouldena, klub ściągnął dwóch napastników: Paula Stewarta i Imre Varadiego. Posiłki nie pomogły ekipie z Maine Road w osiągnięciu awansu. Brak promocji zmusił City do sprzedaży duetu. I w ten sposób ulubieniec fanów znowu dostał szansę.

Ku uciesze kibiców świetnie ją wykorzystał. Zagrał w 35 meczach, strzelił 17 goli i poprowadził Obywateli z powrotem do Division One. W końcu miał okazję pokazać próbkę swoich umiejętności w dłuższym okresie czasu. Co na to Machin? Kampania 1989/90, w roli beniaminka, zapowiadała się wymagająco. Postanowił więc wzmocnić drużynę. Sięgnął po swojego byłego podopiecznego z Borunemouth, Iana Bishopa. W ramach rozliczenia na południowe wybrzeże wysłał… 22-letniego wówczas Mouldena. Piłkarza, dla którego nie widział przyszłości w swojej drużynie. I tak złote dziecko, kochane przez kibiców, pożegnało się z klubem.

Tułaczka i koniec kariery

Na Dean Court spotkał się z młodym, zaczynającym swoją karierę trenerską, Harrym Redknappem. W wywiadzie dla FourFourTwo wspominał, że zaskoczyło go to, jak bardzo doświadczona była kadra drużyny Wisienek. Samego menedżera wspominał jednak dobrze, a niecały sezon, który spędził w Bournemouth na zapleczu ekstraklasy, mógł uznać za udany. Na tyle, że wyciągnęło go notowane wyżej Oldham Athletic. Kampanię zakończył z 13 bramkami na koncie.

The Latics rok później świętowali awans, już nie do Division One, a Premier League. Mouldena trapiły za to problemy. Znowu złamał nogę. Kolejna długa przerwa w grze odcisnęła na nim trwałe piętno. O regularnej grze dla drużyny z przedmieść Manchesteru musiał zapomnieć. Zaliczył dwa wypożyczenia: do norweskiego Molde oraz Brighton. Już w wieku 25 lat wydawało się, że jego przygoda z futbolem zmierza ku końcowi.

Zakotwiczył jeszcze w Birmingham City, potem na krótko w Huddersfield i Rochdale, aby w końcu pokopać w amatorskim Accrington Stanley. W międzyczasie jeszcze dwa razy złamał nogę. Jego ostatnim przystankiem było Bacup Borough. Z profesjonalną piłką rozstał się w wieku zaledwie 28 lat, jako piłkarz-wrak. Wyniszczony kontuzjami, chociaż wciąż zakochany w pięknej grze.

Życie po piłce

Jeszcze dziesięć lat wcześniej uważano go za wielki talent. Teraz musiał znaleźć pomysł na życie. Postawił na… gastronomię. Otworzył bar fish & chips w Boltonie, gdzie się wychował. Knajpa wciąż funkcjonuje i, jak można dowiedzieć się z klubowej strony Manchesteru City, ma się dobrze.

Rozstanie z futbolem nie było całkowite. Kontuzje odebrały marzenia o grze, ale Moulden mógł spełniać się w inny sposób. Postawił na trenerkę, przez pewien czas pracując w akademii Manchesteru City, pisząc piękną, romantyczną historię. Wychowanek obdarzony niesamowitym, naturalnym talentem, pokonany przez pecha i urazy, który postanowił kształcić nowe pokolenia. Po trzech latach w końcu z tego zrezygnował. Od kilku lat pracuje w szkółce w swoim rodzinnym mieście.

Możliwe jednak, że nazwisko „Moulden” nie będzie kojarzone tylko z Paulem. Trzech jego synów chciało pójść w ślady ojca. Dwóch przepadło na etapie futbolu młodzieżowego, ale najmłodszy, Louie, zapowiada się naprawdę nieźle. 18-letni dziś golkiper w 2016 roku odszedł z Liverpoolu, aby dołączyć do Manchesteru City. Tego lata został wcielony do drużyny U23. I z pewnością marzy o pójściu w ślady ojca – o debiucie w drużynie Obywateli.

O miejscu w Księdze Rekordów Guinessa będzie mógł tylko pomarzyć. O strzeleniu 289 goli w sezonie, niezależnie od pozycji, również. I to nieważne, na jakim poziomie juniorskim. Rekordu Paula nikt oficjalnie nie pobił. Do dziś dzierży miano „najskuteczniejszego juniora świata”. I być może jednego z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu.

Najbardziej boli niesprawiedliwość losu. To, że sam nie zawinił. Nie rozmienił się na drobne, nie zabalował, nie osiadł na laurach. Po prostu nie dopisało mu zdrowie. Nie pomogła miłość kibiców, nie wystarczył dar i instynkt strzelca. Złamanie nogi cztery razy to wyrok dla piłkarza, również przy dzisiejszych technikach medycznych. A 25 czy 30 lat temu powrót do gry stanowił jeszcze większe wyzwanie.

Dlatego należy podziwiać Paula Mouldena. Za upór, za wolę walki. I za to, co zrobił jako 15-letni chłopak.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie