Jednym z najbardziej znanych utworów noblistki jest “Nic dwa razy”. Pierwsze wersy zna chyba każdy człowiek w Polsce. Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. Zabawne, jak łatwo można przenieść je na prymitywny grunt sportu.

29 lutego 2020 roku zakończyła się seria Liverpoolu. Drużyna Jürgena Kloppa odniosła pierwszą porażkę w ligowym sezonie. Po dwudziestu siedmiu kolejkach wreszcie przyszedł kat, który olbrzymim toporem ściął głowę jeszcze bardziej gigantycznej ekipie. Katem marzeń okazała się niepozorna drużyna z Vicarage Road.

Watford przed meczem z Liverpoolem zajmował dziewiętnaste miejsce w tabeli. Ostatnie ligowe zwycięstwo odnieśli na początku stycznia, gdy rozgromili Bournemouth 3:0. Później przyszły porażki z Evertonem, Aston Villą i Manchesterem United oraz remisy z Brighton oraz Tottenhamem. Gdy felernego 29 lutego 2020 roku do podlondyńskiej ekipy przyjechał Liverpool, to Szerszenie były skazywane na bolesne spotkanie pierwszego stopnia.

Los zagrał jednak The Reds na nosie. Jego instrumentem stali się wszyscy zawodnicy Nigela Pearsona, wyglądający i brzmiący jak jeden organizm. Lider Premier League – po imponującej serii osiemnastu kolejnych zwycięstw – dostał w czapkę 3:0. Seria się zakończyła, bo zakończyć się musiała. Nic dwa razy.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

Na początku sezonu 2002/2003, Arsène Wenger zapowiedział, że Arsenal powalczy nie tylko o tytuł, lecz także nie będzie on zaskoczony, gdy zakończą cały sezon bez ligowej porażki. Jego słowa spotkały się z politowaniem ze strony mediów. A później z wyśmiewaniem. Kanonierzy przegrali bowiem z Evertonem w październiku. Później nie podołali Blackburn Rovers, a w dalszej części sezonu nie zdołali zdobyć punktu w meczach z Southampton, Manchesterem United, ponownie Blackburn, a na koniec Leeds United, gdzie oficjalnie stracili szansę na obronę trofeum.

Z Wengera zrobiono wiejskiego głupka, twierdząc, że samemu nałożył na piłkarzy zbyt dużą presję, co poskutkowało porażką na przestrzeni całej kampanii. Do ogródka trenera kamyczki wrzucali nawet jego zawodnicy. W takim tonie wypowiedział się Martin Keown. Ale Francuz niespecjalnie się przejmował zdaniem doświadczonego defensora, bowiem w kolejnym sezonie – najważniejszym w historii – Anglik był już od pierwszego składu odstawiony.

Jego miejsce w pierwszym składzie zajął Iworyjczyk Kolo Touré. Z wyjściowego składu poprzedniej kampanii poleciał także Pascal Cygan, którego zastąpił Lauren, przesunięty na prawego obrońcę z pozycji pomocnika. Rolę podwieszonego napastnika znowu zaczął pełnić Dennis Bergkamp, zaś po jego prawej i lewej stronie zaczęli od początku grać ulubiony piłkarz Janusza Wójcika – Freddie Ljungberg oraz Robert Pirès. Szwed i Francuz byli ważnymi elementami już w poprzednim sezonie, lecz gros meczów rozpoczynali jako rezerwowi. Teraz miało się to zmienić.

TVP Sport

Ostatnią wymianą, której dokonał Wenger, a zarazem jedynym transferem, który wskoczył do pierwszego zespołu, było obsadzenie pozycji bramkarza. Z Highbury do Manchesteru City przeszedł stuletni David Seaman, a jego miejsce zajął golkiper BVB Jens Lehmann, ściągnięty za półtora miliona funtów.

Poza Anglikiem i oddanym do Barcelony już po rozpoczęciu sezonu Giovannim van Bronckhorstem Arsenal nie stracił jakiegokolwiek istotnego gracza. Wzmocnił za to szeregi, nie wydając przy tym właściwie czegokolwiek. Za grosze ściągnęli perspektywicznego lewego defensora Cannes – Gaëla Clichy’ego. Do tego dokooptowano Phillipe Senderosa (Servette), Johana Djourou (Étoile Carouge) oraz anonimowego Cesca Fàbregasa z młodzieżówek Barcelony. Drużyna była kompletna.

Ale drużyna od samego początku dziwiła, przede wszystkim ze względu na zestawienie defensywy. Spośród pięciu piłkarzy – bramkarza i czterech obrońców – tylko Jens Lehmann grał na swojej naturalnej pozycji. Lauren – jak już wspominałem – został przesunięty z drugiej linii, gdzie często grał na prawym skrzydle. Ashley Cole też nie był urodzonym obrońcą, też rozpoczynał karierę znacznie wyżej. Sol Campbell – jeszcze w czasach Tottenhamu – był przygotowywany do roli napastnika i miał znaczne problemy z grą głową, zaś Kolo zaczynał jako szybki defensywny pomocnik. Cała czwórka została cofnięta do pierwszego bastionu z jednego prostego powodu. Wenger chciał, by jego obrońcy grali piłką, a przy okazji umieli rozbijać ataki rywala. Udało się w stu procentach, w czym dużą rolę odegrali mentorzy – Dixon, Adams i Keown.

Jesień

Sezon mógł jednak zacząć się katastrofalnie. Już po niespełna pół godziny gry w pierwszym spotkaniu, Arsenal musiał radzić sobie w dziesiątkę. Fatalny błąd popełnił Sol Campbell, wyciąwszy Tomasa Gravesena. Moc Highbury przytłoczyła jednak przyjezdnych, którzy przez cały mecz nie potrafili zagrozić bramce gospodarzy. The Toffees sprokurowali rzut karny, który wykorzystał Thierry Henry, a w drugiej połowie dali zaskoczyć się jeszcze raz, gdy piłkę do siatki posłał Pirès. Szanse na punkty Everton próbował nawiązać przez gola Radzinskiego, lecz w osiemdziesiątej siódmej minucie Mark Hasley wyrzucił z boiska Li Tiego i nadzieje bezpowrotnie prysnęły. Arsenal zaś rozpoczynał swój marsz.

Mirror

Nie był on jednak do końca rytmiczny. Kanonierzy rozgromili co prawda Boro (4:0) oraz zwyciężyli z Aston Villą (2:0), lecz spotkanie przeciwko Manchesterowi City było określone jednym z najgorszych występów Arsenalu w sezonie 2003/04. Zaczęło się od komicznego trafienia Laurena, który mając Trevora Sinclaira na plecach posłał piłkę wprost do swojej bramki. To nie było nawet podanie w stronę Jensa Lehmanna, to był strzał w wykonaniu Kameruńczyka. Później mogło być nawet gorzej, bowiem Niemca niepokoić zaczęli gracze Manchesteru City – Nicolas Anelka i Antoine Siberski. 34-latek dawał jednak radę utrzymywać Kanonierów w grze. To przyczyniło się do znacznie szczęśliwszej drugiej połowy. Chwilę po przerwie do bramki trafił Wiltord, zaś w 72. minucie wypracował on zwycięstwo, przy znacznej pomocy Jihai Suna, od którego odbił się strzał w wykonaniu Ljungberga. Arsenal nadal mógł jednak mecz zremisować, po tym jak doszło do fatalnego nieporozumienia między Touré i Keownem. Kanonierów uratował sędzia liniowy, który wcześniej zasygnalizował spalonego.

Problemy drużyny Wengera były jednak widoczne. Co prawda w sześciu kolejnych spotkaniach zdobyli dwanaście punktów, lecz w wielu tańczyli na ostrzu noża. Ratowali remisy, a zwycięstwa odnosili nie więcej niż jedną bramką. Przełamanie nastąpiło dopiero na wyjeździe na Elland Road, gdzie goście rozbili Leeds United 4:1. Wcześniej miała jednak miejsce pewna bitwa.

Bitwa o Old Trafford

Chwilę po potwornie słabym meczu przeciwko Portsmouth (1:1), gdzie remis uratował kontrowersyjny rzut karny po faulu na francuskim skrzydłowym, Arsenal pojechał na Old Trafford, aby zmierzyć się z drużyną, którą nieporadnie gonili przez cały poprzedni sezon.

Obydwa kluby przystępowały do meczu w poszatkowanych składach. Kanonierzy nie mogli skorzystać z Campbella, którego tym razem wykluczyła rodzinna tragedia. Wenger samodzielnie zrezygnował z Pirèsa oraz odstawił Wiltorda, który wywalczył miejsce po meczu z Manchesterem City. Alex Ferguson nie wystawił Paula Scholesa z powodu kontuzji, a środek pola Czerwonych Diabłów przybrał kształt: Phil Neville, Fortune, Keane.

Mimo absencji nic jednak nie stało na przeszkodzie dobrego widowiska. A jednak samo spotkanie zostało zapamiętane z innych względów niż te sportowe. Poza okazjami Giggsa i jedną akcją Bergkampa do samej końcówki nie działo się nic poza urywanymi nogami, wyszarpywanymi barkami i okrzykami jaskiniowców. Piłkarze Arsenalu i Manchesteru United zarzynali się nawzajem, dopuszczając się łącznie trzydziestu pięciu fauli, które poskutkowały ośmioma żółtymi kartkami.

Sky Sports

Eskalacja konfliktu nastąpiła na dziesięć minut przed końcem spotkania. Patrick Vieira dał się sprowokować van Nistelrooyowi, który skoczył Francuzowi na plecy. Pomocnik został powalony, ale na swoje nieszczęście próbował kopnąć Holendra. To nie umknęło uwadze sędziego Bennetta, który pokazał kapitanowi Arsenalu drugą żółtą kartkę.
Przez kolejne dziesięć minut Manchester United rozpaczliwie próbował sięgnąć twarzy Kanonierów, przebijając się przez kolejne zasieki. Nie udawało się im to w żaden logiczny sposób, więc w końcówce przeszli na system miliona wrzutek. Jedna z nich – autorstwa Neville’a – mogłaby sięgnąć celu, gdyby nie nieporadna wywrotka Diego Forlána. Urugwajczyk poczuł na sobie rękę Keowna i runął jak długi. Bennett wskazał na wapno, a przed wielką szansą stanął van Nistelrooy.

Gdyby Holender uderzył lżej, ten tekst nigdy by nie powstał. Napastnik huknął jednak w poprzeczkę, a sędzia gwizdnął po raz ostatni. Ale bitwa nie dobiegła końca. Wokół gracza Manchesteru United zebrało się kółeczko Kanonierów, który lżyli ze zmarnowanej jedenastki, próbując go zaczepiać i sprowokować do błędu. Ten jednak nie nastąpił. Gracze Arsenalu uwolnili całą swą złą energię, co zostało boleśnie wytknięte przez FA. Laurena zawieszono na cztery mecze, Vieirę i Parloura na jeden. Dodatkowo klub został ukarany 175 tysiącami funtów kary.

Późna jesień

Po wspomnianym rozgromieniu Leeds United, Arsenal dumnie kroczył po kolejne ligowe punkty. Zwyciężył w derbach północnego Londynu, mimo że przegrywał od piątej minuty, a także rozbił Birmingham City 3:0, mimo absencji kilku ważnych graczy. Nagle jednak Kanonierzy złapali zadyszkę i dwa spotkania zaledwie zremisowali.
W meczu z Fulham zabrakło jakiejkolwiek precyzji. Szanse były, lecz wykończenie pozostawało na poziomie Erika Expósito i jego karnego przeciwko Pogoni Szczecin. Co gorsza, mimo braku przegranej, Arsenal i tak w tabeli był dopiero drugi, gdyż liderowała Chelsea. W starciu z Leicester City posypało się jeszcze więcej, gdyż z boiska wyleciał Ashley Cole oraz dwa punkty.

Arsène i jego chłopcy mieli jednak wystarczająco dużo szczęścia i już w kolejnym spotkaniu zdołali odnieść zwycięstwo. Jednego z nielicznych goli w tamtym sezonie strzelił dotychczas bezbarwny Dennis Bergkamp. Arsenal pokonał Blackburn Rovers 1:0 i wskoczył na pierwsze miejsce w tabeli wskutek porażki Chelsea.

Mirror

Zima

Końcówka grudnia nie była jednak tak udana. Co prawda londyńczycy stracili punkty tylko w jednym meczu, gdzie oczko wyszarpał niezmordowany Bolton. Do końca roku wygrali jeszcze z Southampton i Wolves, lecz i tak rok kalendarzowy kończyli na drugim miejscu. Przed nich wskoczył bowiem Manchester United.

Wyścig między dwójką trwał dalej, lecz w pewnym momencie to Czerwone Diabły wydawały się być bliżej ostatecznego triumfu. Arsenal zremisował bowiem w kolejnym trudnym meczu z Evertonem (1:1), co dało Fergusonowi i jego drużynie aż trzy punkty przewagi. Różnica stopniała jednak niedługo później, gdy Kanonierzy znowu wygrali z Middlesbrough (4:1) i uplasowali się na pierwszym miejscu. Tylko dzięki alfabetowi, bowiem ich punkty, gole strzelone i stracone znajdowały się tym samym poziomie co te Manchesteru United.

Luty stał się jednak symbolem nowego Arsenalu. Londyńczycy wygrali wszystkie pięć spotkań, a ich zwycięstwo nad Wolverhampton Wanderers skłoniło dziennikarza “The Times” do określenia ekipy mianem nie tyle nowej i świeżej, co “(…) prozakiem dla tych, którzy zwykli być prozaikami”. Kanonierzy faktycznie grali z polotem, zrywając z dawną łatką przede wszystkim brutalnego zespołu.

10 lutego 2004 roku Arsenal pokonał Southampton 2:0, a dublet ustrzelił Thierry Henry, dla którego był to kolejno setny i sto pierwszy gol w Premier League. Zaczęli odjeżdżać reszcie stawki, wysuwając się kolejno na pięć, a ostatecznie – wraz z końcem lutego – dziewięć punktów. Nadal dopisywało im szczęście jak w meczu z Chelsea, gdzie zwycięskiego gola zdobył Edu, po tym jak bramkarz Neil Sullivan minął się z centrą w wykonaniu Henry’ego.

Na koniec marca Kanonierzy ponownie zremisowali z Manchesterem United. Nie sprawiło im to jednak najmniejszego kłopotu. Czerwone Diabły były bez wątpienia największym przeciwnikiem Arsenalu, zarówno pod względem mentalnym, jak i boiskowym. Podział punktów nadal zapewniał londyńczykom bezpieczną przewagę, nawet gdy Chelsea zdołała “zniwelować” stratę do siedmiu punktów. Arsène Wenger i jego ekipa nie dali się nawet zastraszyć Fergusonowi, który usiłował przywołać ostateczną szansę swojej ekipy na końcowy sukces – wojnę psychologiczną. Francuz zbagatelizował słowa o pewnym trofeum dla stołecznej drużyny i nakazał swoim piłkarzom po prostu skupiać się na każdym kolejnym meczu. Tak o, po prostu.

Wiosna

I Arsenal robił to, chociaż widać było znaczącą nerwówkę w ich działaniach. Z Liverpoolem dwukrotnie odrabiali straty, zaś starcie z Newcastle zakończyło się pierwszym remisem, który wielu antyfanów-Kanonierów wytykać będzie im po dzień dzisiejszy. Londyńczycy z premedytacją zagrali na remis, wiedząc, że zwycięstwo w lidze jest właściwe pewne, a szanse na zostanie pierwszą drużyną w historii Premier League, która nie przegrała meczu w całym sezonie, rosną.

Rozbicie Leeds United 5:0 w kwietniu i problemy Chelsea z wygrywaniem spowodowały, iż Kanonierzy potrzebowali zaledwie jednego punktu w kolejnych derbach północnego Londynu. I ten jeden punkt wyrwali. W niebywale nieodpowiedzialny sposób oddali co prawda prowadzenie 2:0, lecz ich ostatecznego triumfu nic nie zdołało im wykraść. Świętowali kolejny tytuł w najsłodszy możliwy sposób – przed kibicami Tottenhamu.

Mimo, że chwilę po przypieczętowaniu zwycięstwa Francuz powiedział, iż jego zespół grał w imieniu wszystkich tych, którzy kochają piłkę nożną, na trzy kolejne mecze Arsenalu patrzyło się i zgrzytało zębami jednocześnie. Kolejny kontrolowany remis z Birmingham City (0:0) i człapanka z Portsmouth (1:1). W przedostatnim meczu też było blisko podziału punktów, lecz Fulham nie potrafiło odrobić straty, po tym jak gola strzelił José Antonio Reyes – najdroższy transfer londyńczyków w tamtym sezonie, sprowadzony z Sevilli za ponad dziesięć milionów funtów (w tym samym okienku szeregi Arenalu „wzmacniał” Michal Papadopulos). Hiszpan wykorzystał koszmarny błąd Edwina van der Sara i strzelił jednego z najłatwiejszych goli w całej swej karierze.

Zakończenie sezonu nastąpiło na Highbury, gdzie przyjechała ekipa Leicester City, pewna spadku do Championship. I Lisy były bardzo blisko zepsucia tego magicznego dnia wszystkim ludziom związanym z Arsenalem. Mistrzowie nie potrafili bowiem sprostać atakom przyjezdnych, którzy objęli prowadzenie po trafieniu Dickova. Raz jeszcze mogli koniec końców polegać na Henrym, który wykorzystał rzut karny. Zwycięstwo w meczu zapewnił natomiast Patrick Vieira. Zamknął swym trafieniem tamtą kampanię Premier League.

Arsenal sięgnął po złoty puchar. Puchar, który został przeklęty. Puchar, po który prawdopodobnie nie sięgnie już żadna drużyna w historii.

Zespół z sezonu 2003/04 był jednym z najdziwniejszych w całej historii. Jedynym piłkarzem – poza Henrym rzecz jasna – który przekroczył dziesięć bramek w sezonie był Robert Pires. Dennis Bergkamp, przez lata ciągnący londyńczyków, tym razem zaledwie cztery razy pokonywał bramkarza rywali. Radę dała eksperymentalna obrona, mimo tego, że jej członkowie często i gęsto łapali kartki i zawieszenia. Wszystko jednak zdołało się ze sobą zazębić i funkcjonować przez wszystkie trzydzieści osiem kolejek.

Premier League

Nic dwa razy

Od niezwykłego zwycięstwa Arsenalu minie w tym roku bagatela 16 lat. Przez cały ten czas różne kluby rzucały Kanonierom rękawice w celu włożenia do klubowej gablotki złotego pucharu za zwycięstwo w Premier League. Wszystko na nic. Nie dała rady Chelsea José Mourinho, nie dał rady najlepszy Manchester United Alexa Fergusona, nie podołał nawet Manchester City Pepa Guardioli, który przecież pobił rekord punktowy.

Londyńczycy zdołali. Jako ci jedyni w historii po 1992 roku. Często mieli masę farta. Właściwie nie opuszczał on ich przez całą kampanię. Mecze z Evertonem, remisy z Manchesterem United, derby z Tottenhamem, ostatnie spotkania sezonu. Przez cały ten czas Kanonierom mogła powinąć się noga, mogli przegrać to jedno spotkanie i nigdy nie zapisać się w historii. A jednak tego nie zrobili, potrafili wytrzymać olbrzymią presję, nawet jeśli często wiązało się to z kunktatorstwem i niekoniecznie porywającą grą. Opłacało się, bowiem wygraną w sezonie 2003/2004 wspominają wszyscy ich fani. I wspominać będą jeszcze długo, bo nie zanosi się, że ktoś jeszcze zdoła powtórzyć ich wyczyn.

W lidze angielskiej z sezonu na sezon gra się coraz trudniej. Nowe ekipy przystępują do walki o europejskie puchary, nowe ekipy mają nawet ambicje na tytuł. Wszyscy żyją w myśl idei “bij mistrza”, mocniejszej i intensywniejszej niż kiedykolwiek wcześniej. Liga pędzi do przodu, każdy chce grać coraz lepiej, zagrać na nosie tym najsilniejszym, natchnąć swoich zawodników. Najlepsze kluby grają też więcej meczów, a zawodnicy są eksploatowani do granic możliwości. Arsenal swoją wygraną zagiął czasoprzestrzeń. Trafił w idealny moment historii. Mimo swoich wad jest ekipą, która oddziela od siebie dwa zupełnie różne światy angielskiej piłki. Kolejnego takiego mistrza Premier League możemy już nie doczekać.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie