W Anglii trwa zażarta walka z konsekwencjami biernej postawy rządu wobec wirusa COVID-19, w tle jednak prowadzone są dyskusje na temat wznowienia Premier League. Nawet jeśli pozytywny scenariusz się sprawdzi i uda się opanować pandemię, to nie musi to oznaczać powrotu piłki do Anglii.

Można powiedzieć, że wszystko co złe, niestety jeszcze przed Anglią. Odmienna polityka walki z rozprzestrzeniającym się wirusem nie przyniosła na Wyspach pożądanego rezultatu. Życie mimo światowego paraliżu toczyło się tam normalnie. Do dziś możemy znaleźć z naszej perspektywy mrożące krew w żyłach nagrania z koncertów, jakie miały tam miejsce jeszcze przed tygodniem.

Dziś Anglia wprowadza szerokie obostrzenia do codziennego życia. Nie nam oceniać postawę zarówno mieszkańców Anglii, jak i ich rządu. My zajmujemy się piłką. W poszukiwaniu dyskusji na ten temat zdecydowanie proponujemy włączyć Twittera, gdzie każdego dnia trwa zażarta dyskusja. Jednak nie sposób dziś pisać o piłce, gdy jest ona uzależniona od tego, co przyniesie przyszłość. FA chce wierzyć, że umożliwi ona dokończenie Premier League i wywiązanie się ze wszystkich zobowiązań finansowych.

Na kluby Premier League patrzymy pod kątem prawdziwego bogactwa – nikt nie zarabia tyle na prawach telewizyjnych i umowach reklamowych, co drużyny grające na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Anglii. Jednak te pieniądze wymagają wywiązania się z szeregu zobowiązań, w tym z tego najważniejszego, czyli aktywnej ligi. W grze są ogromne pieniądze, które stanowią sporą część budżetu klubów. Bez nich staną przed ogromnym problemem.

Co, gdy sytuacja na świecie się uspokoi? Najlepszy scenariusz zakłada, że w połowie maja wrócimy do choć w części normalnego życia. Czy wtedy znów będziemy mogli rozkoszować się meczami Premier League? To wcale nie jest takie pewne. Choć FA zamierza naciskać na jak najszybszy powrót, już pojawiły się informacje o dokończeniu sezonu w 8 tygodni – zaczynając w czerwcu i rezygnując z przerwy wakacyjnej. W tym wszystkim jest jednak jeszcze jeden, wydaje się kluczowy element, czyli miasta. W tym przypadku Londyn, lecz możemy domniemywać, że za jego śladem pójdą większe ośrodki, jak Liverpool czy Manchester, bo to w trosce o ich bezpieczeństwo władze miast nie chcą pozwolić na powrót ligi.

Nie mamy precyzyjnych danych na temat liczby zarażonych dziś mieszkańców tych miast, lecz jesteśmy w stanie realistycznie oszacować, jakie mogą być wyniki patrząc na to, jak późno zostały podjęte środki prewencyjne i jak wiele ludzi przez ten czas pojawiło się w Anglii. Nawet najlepsze rokowania spodziewają się bardzo dużej fali zachorowań, nie mówiąc o środkach ich zachowania. Dlatego władze miast nie wyobrażają sobie, żeby za raptem dwa miesiące kibice znów wypełnili stadiony i ulice.

Czy dogranie sezonu jest możliwą opcją? Na chłodny rozum tak, lecz trzeba zwrócić uwagę na charakter piłki na Wyspach. Miasta obawiają się, że kibice, aby dopingować drużynę zaczną gromadzić się pod stadionem, czy w umówionych miejscach, aby na nowo przeżywać atmosferę Premier League.

Obecnie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić gorszego postępowania, niż spotykanie się w zatłoczonych miejscach, czy organizacja spotkań piłkarskich. Prawo oczywiście jest w stanie w pewny sposób ograniczyć takie zachowanie społeczności, lecz władze Londynu spodziewają się, że środki prewencyjne mogą w tej sytuacji okazać się niewystarczające. Przed FA i przedstawicielami największych miast w Anglii czeka ogromne wyzwanie, jak poradzić sobie w tej sytuacji i osiągnąć kompromis. Nam pozostaje czekać co przyniesie przyszłość.

 

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie