Gdy słyszymy hasło „brytyjski futbol”, przed oczami mamy 20 wielkich, silnych i powolnych zawodników, którzy tylko czekają na daleki wykop bramkarza i nie przebierając w środkach, walczą o spadającą piłkę, po raz kolejny ją podbijając. Do bólu prosta strategia, zdecydowanie odległa od tego, co rozumiemy pod pojęciem pięknej gry. Mogłoby się wydawać, że tak banalny i toporny system nie potrzebuje absolutnie żadnej kodyfikacji, gdyż cała tajemnica wyspiarskiej filozofii zmieściłaby się na jednej kartce papieru.

Jednak w latach 90. ubiegłego wieku pewien szanowany trener podjął się tego pozornie niewymagającego zadania i stworzył podręcznik, opisujący wszelkie taktyczne meandry angielskiej myśli futbolowej. Charles Hughes był święcie przekonany, że udało mu się na nowo odkryć powszechnie obowiązującą i uniwersalną metodę, która zapewni Synom Albionu niekończące się sukcesy. Swoją książkę zatytułował The Winning Formula, czyli Przepis na zwycięstwo.

Jak najprościej określić styl, dominujący brytyjskich na boiskach w erze poprzedzającej istnienie współczesnej Premier Legue? Laga do przodu! Golkiper ustawiał piłkę, brał długi rozbieg, po czym potężnym uderzeniem kierował futbolówkę w okolice przeciwnego pola karnego, gdzie już czekała większość jego kolegów. Nietrudno sobie wyobrazić, co działo się później. W szesnastce rywala powstawało nieopisane zamieszanie, a zadaniem ofensywnych graczy było po prostu znalezienie drogi do siatki w powstałym labiryncie nóg. Przed bramką rywala prym wiedli gracze obdarzeni naturalną siłą fizyczną, a na boisku istniał niepodważalny podział ról – obrońcy bronili, boczni pomocnicy dośrodkowywali, napastnicy strzelali, natomiast zawodnicy środka pola… Cóż, po prostu istnieli, gdyż sposób, w jaki konstruowano akcje, najczęściej nie wymagał ich czynnego uczestnictwa.

Od piłkarzy nie oczekiwano kreatywności. W cenie były – po pierwsze: powtarzalność, a po drugie: spryt. Mecze Anglików dla bardziej świadomego widza prezentowały się wyjątkowo nieatrakcyjnie, a w rolę jasnowidza mógł wcielić się każdy, kto widział więcej niż jedno starcie rozgrywane na murawach First Division – długie podanie, afera, próba strzału i tak przez 90 minut. Czasami zdarzały się wyjątki, jednak bynajmniej nie były to odstępstwa przyciągające widzów przed telewizyjne ekrany. Niejednokrotnie kibice zgromadzeni na trybunach byli świadkami następującej sytuacji: jedna z drużyn wychodziła na prowadzenie, które starała się utrzymać, przenosząc akcje w okolice bramki przeciwnika, a następnie wycofując piłkę do bramkarza, który po prostu ją łapał. Tak, nie zapominajmy, że reguła zakazująca „umyślnego” zagrywania futbolówki (stopą) do własnego golkipera została wprowadzona dopiero w 1992 roku.

Tragedia na Heysel wywarła potężny wpływ na futbol na Wyspach. Źródło: Liverpool Echo

Brytyjski przepis na zwycięstwo był niezwykle prosty. Niestety jego prostota przestała iść w parze z atrakcyjnością i co najważniejsze – z efektywnością. Chociaż po tragedii na Heysel (1985) angielskie kluby i tak nie miały możliwości sprawdzenia swoich sił na arenie międzynarodowej, coraz częściej pojawiały się głosy, iż ojcowie futbolu powoli zaczynają zamieniać się w jego dziadków, fanatycznie trzymających się tradycji gry opartej na klasycznej long ball i słynnym kick and rush. Podczas gdy kontynentalna Europa – pod względem taktycznym – zdążyła już wylądować na Księżycu, wyspiarze ciągle konstruowali swoją pierwszą rakietę.

Okres pucharowej separacji tylko pogłębił postępującą izolację. Wspomniana tradycja zamieniła się w staroświeckość, a to, co pierwotnie uważano za oznakę postępu, pokryło się grubą warstwą kurzu. Niestety nie zanosiło się na żadne, choćby kosmetyczne zmiany. Drzwi z napisem „progress” zatrzaśnięto wraz z powołaniem nowego dyrektora Wydziału Szkolenia w Angielskim Związku Piłki Nożnej. Funkcję przewodnika dusz objął Charles Hughes, który wcześniej (w latach 1964-77) dzierżył trenerskie stery amatorskiej reprezentacji Anglii, a także reprezentacji olimpijskiej Wielkiej Brytanii. Hughes obie kadry poprowadził w 77 spotkaniach, triumfując w aż 48 z nich. Nietrudno się domyślić, jaki styl gry preferował ów dżentelmen.

„We must have been doing something right”, mawiał Sir Charles.

Sukcesy tylko utwierdziły go w przekonaniu o słuszności obranej przez siebie drogi. Innowacji nie było w tym żadnej, jednak ponad 60-procentowy współczynnik wygranych pozwolił na budowę monumentu, hołdującego parafrazie zasady „zwycięskiego składu się nie zmienia”. W tym przypadku przysłowiową jedenastką była taktyka. Charles Hughes zapewne czuł się jak Horacy, a „pomnikiem trwalszym niż ze spiżu” okazało się dzieło, które ukazało się pod nazwiskiem szefa Wydziału Szkolenia.

‚Jest piłeczka, jest POMO, jest długie podanie, grają se chłopaki’ – odpowiedział Ch. Hughes, zapytany o przepis na zwycięstwo. Źródło: Sport Performance Analysis

The Winning Formula: The Football Association Soccer Skills and Tactic. Książka absolutnie szkodliwa, zsiadła crème de la crème angielskiej zaściankowości i przekonania o wyższości własnej filozofii.  Fundamentem programu szkolenia, opisanego we wspomnianej publikacji, były długie podania, które należało kierować w konkretny sektor boiska – pole karne, na wysokości dalszego słupka. Obszar ten nazywano Position of Maximum Opportunity , w skrócie POMO. Hughes był zwolennikiem taktyki opierającej się na jak największej liczbie dalekich zagrań, których celem była strefa POMO. Wrzutka na aferę, a dalej… Niech się dzieje wola nieba.

Jednak teoria Hughesa nie wzięła się znikąd. Anglik swoją wizję świetlanej przyszłości krajowego futbolu oparł na statystykach opracowanych przez analityka Charlesa Reepa. Jest on uznawany za twórcę pojęcia „long ball”, czyli długiej piłki zagrywanej przez bramkarza bezpośrednio do zawodników atakujących. Zgodnie z danymi zebranymi przez już świętej pamięci Reepa, 91,5% akcji składało się z maksymalnie 3 podań, co w domyśle miało oznaczać, że 91,5% bramek było efektem tych niezwykle krótkich sekwencji.

Jonathan Wilson, znany brytyjski dziennikarz sportowy, postanowił nieco lepiej przyjrzeć się ideom głoszonym przez byłego pilota RAF-u. Z analizy autora m.in „Odwróconej piramidy”, „Anatomii Liverpoolu” czy „Aniołów o brudnych twarzach” wynikały wnioski zdecydowanie odmienne od tych, które wysnuł Reep. Po pierwsze, zaledwie 80% trafień padało po akcjach złożonych z nie więcej niż 3 podań. Po drugie, kombinacje składające się z przynajmniej 4 podań były bardziej efektywne niż odpowiednio krótsze łańcuchy.

Liczby te nawet nie uwzględniają strzelonych bramek, gdy długie sekwencje podań doprowadziły sytuacji, w której futbolówka znajdzie się np. poza linią boczną lub końcową (ang. dead ball) lub załamania się akcji, a nawet faktu, że strona będąca w posiadaniu piłki i zmuszająca rywali do podejmowania prób jej odebrania, w późniejszej fazie spotkania nie powinna mieć problemu z udowodnieniem swojej przewagi nad wyczerpanymi przeciwnikami. Szczerze mówiąc, przerażające jest to, że filozofia oparta na tak błędnej interpretacji liczb mogła stać się kamieniem węgielnym angielskiego coachingu. Antyintelektualizm to jedno, ale wiara w błędny pseudointelektualizm jest znacznie gorsza.

Słowa Wilsona nie pozostawiają złudzeń. Doktryna, jaką wspólnie stworzyli Reep i Hughes była wadliwa z założenia, gdyż  nieumiejętnie (łamane przez ‚umyślnie niewłaściwie’) zinterpretowano zebrane statystyki. Najprawdopodobniej wywody formułowane na podstawie zebranych liczb były po prostu dopasowane do tezy o wyższości taktyki opartej grę długimi piłkami. Na potrzeby potwierdzenia supremacji stylu „long ball” opracowano zbiór danych, który idealnie wpisywał się w charakterystykę angielskiego kopnij i biegnij. Jednak jak już kopiesz, to najlepiej kopnij w POMO. Gwarancja sukcesu.

‚Jeszcze tylko błędnie zinterpretuję zebrane liczby i mogę iść do domu’, pomyślał Charles Reep. Źródło: Alchetron

Anglicy na własne życzenie stracili całkowity kontakt z nowoczesną, piłkarską Europą. Wspomnienia umierającego angielskiego pacjenta były przepełnione przekonaniami o wyższości historii i tradycji nad postępem i rozwojem. Kick and rush, long ball, fight and score. Nad wyraz proste, zdecydowanie nieefektowne i wyjątkowo nieskuteczne. Wyspy Brytyjskie jeszcze przez długi czas przypominały wielki, nieskolonizowany obszar, na którym władzę dzierżyły plemiona opętane wiarą w prastare bóstwa, które w zamian za przychylność, wymagały ofiar. Brytyjczycy swój trybut złożyli w postaci atrakcyjności własnych rozgrywek.

Ojcowie futbolu potrzebowali swoistego odkupienia i oczyszczenia. Jednym z rozwiązań miało być założenie Premier League, która zastąpiła First Division. Jednak zmiana nazewnictwa nie przyniosła natychmiastowego wzrostu elegancji i widowiskowości wyspiarskiej piłki. Jej Królewskiej Mości potrzeba było swoistego rycerza na białym koniu, postaci, która uchyli zamknięte wrota angielskich zamków i pokaże angielskim dżentelmenom nowy, wspaniały świat. Mesjasz musiał nadejść zza morza.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie