Skończył się najtrudniejszy czas. Przerwa reprezentacyjna odeszła w niepamięć i wreszcie możemy delektować się Premier League. A delektować się było czym, bo pięknych bramek nie brakowało. Przytrafiła nam się też nie lada sensacja…

Liverpool – Newcastle United

Oj mieli gospodarze ciężary na chacie. Zaczynamy tradycyjnie chronologicznie, a dla Liverpoolu pierwsze dwadzieścia minut było niczym spacer po potłuczonym szkle. Nie udawało się nic. Podania do Salaha i Origiego kończyły się stratami. Trent Alexander-Arnold nie potrafił wejść w mecz, a Wijnaldum był niewidoczny. Wszystko poskutkowało składną akcją Newcastle, które przypomniało sobie, że potrafi coś zbudować. Sroki wykorzystały wielki błąd w ustawieniu van Dijka i nieporadność defensywną prawego obrońcy Liverpoolu i objęły prowadzenie.

Wówczas przebudził się Mane. Senegalczyk ożywił całą grę The Reds i pomógł w trudnym momencie, bo chwilę przed jego pierwszym trafieniem, Liverpool nie otrzymał zasłużonego karnego. Skrzydłowy karnych jednak nie potrzebował i posłał przepiękny techniczny strzał w bramkę Dubravki.

Uśmiech z twarzy kibiców gospodarzy mogła zmyć kontuzja Origiego, którego zastąpił Firmino. Brazylijczyk jest piłkarzem lepszym od Belga, lecz przydałby mu się odpoczynek przed starciem z Napoli. Przerwy nie otrzymał, wszedł na boisko i zanotował połowiczną asystę przy drugim trafieniu Mane, który wykorzystał złe wyjście z bramki Dubravki.

Źródło: B/R Football

Drugą połowę ponownie nieźle zaczęło Newcastle. Dobrze do akcji wkroczył Krafth, którego strzał został jednak zablokowany. Później swoją sytuację miał Wijnaldum, ale jego cudowne uderzenie z powietrza przeleciało centymetry nad poprzeczką. Sroki nie zamierzały się jednak poddawać. Astu mistrzowsko ograł Oxlade’a, ale wspomniany wcześniej Szwed przyjmował i strzelał jakieś pół godziny.

Kolejne minuty upływały pod znakiem natarcia Liverpoolu. Newcastle broniło się czym miało, czyli głównie rękoma i nogami Martina Dubravki. Bramkarz zatrzymywał strzały Robertsona, Arnolda, Firmino i wydawać się mogło, że Słowak wynik utrzyma. Niestety dla Srok, w składzie Liverpoolu był pewien Brazylijczyk, który zanotował asystę piętą przy golu Salaha. Tym samym Egipcjanin ustalił wynik spotkania.

Manchester United – Leicester City

Leicester City pod wodzą Brendana Rodgersa rozpoczęła ten sezon z przytupem. W 5. Kolejce pojechali na Old Trafford, by tam spróbować urwać punkty Manchesterowi United, który zmaga się z kontuzjami. Piłkarze, którzy byli nieobecni podczas spotkania to chociażby Paul Pogba, czy Anthony Martial, czyli kluczowe elementy w układance Ole Gunnara Solskjaera. Osłabione Czerwone Diabły i galowe Lisy. Ten mecz nie miał prawa być nieciekawy.

Wydarzenia na boisku potoczyły się niezwykle szybko. Po 4. minutach mogło być już 1:1. Najpierw Andreas Pereira oddał fantastyczny strzał z rzutu wolnego. Z trudem bronił Schmeichel. Chwilę później James Maddison strzelał na bramkę De Gei. Znowu dobrą paradą popisał się bramkarz.

Piłkarze obu drużyn nie pozwalali się nudzić nawet przez chwilę. W 6. minucie faul w polu karnym popełnił Soyuncu. Do jedenastki podszedł Marcus Rashford i otworzył wynik meczu. United na prowadzeniu. Co myślał w tej chwili Maguire, co myślał Soyuncu, co myśleli kibice. Pozostawiam do interpretacji własnej.

Mecz nieco się uspokoił  Niezwykle aktywny był Daniel James, a gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska. Lekką przewagę miały Czerwone Diabły, Lisy nieco stłamszone szybko straconą bramką. Obie drużyny powoli konstruowały swoje akcje, gdzieniegdzie wypadały z kontrą, lecz defensywy spisywały się całkiem nieźle i po tych pierwszych minutach chaosu, udało im się ustabilizować grę.

Bliski szczęścia w 30. minucie był Ben Chilwell. Jego strzał z trudem bronił De Gea. Ostatnie minuty nie rozpieszczały nas jednak tak jak pierwsze. Swoje sytuacje mieli np. Soyuncu, czy Choudhury, lecz nic poważnego z tego nie wyszło. Co wiedzieliśmy po pierwszej połowie? Kilka okazji, dynamiczny początek i w głównej mierze stagnacja. Po pierwszej połowie United wygrywało 1:0, lecz nic nie było przesądzone.

Druga połowa zaczęła się od Sturm und Drang. Najpierw strzelało Leicester, potem Daniel James popisywał się swoją standardową akcją z zejściem na prawą nogę, strzał oddawał także Mata, Maddison uderzał z rzutu wolnego, jednak wciąż musieliśmy czekać na druga bramkę.

Aktywny w drugiej połowie był James Maddison, który został nawet ukarany żółtą kartą za wślizg. Leicester przyciskało, chcieli odrobić straty. Daniel James również chciał skończyć ten mecz z golem. Ostatecznie na kwadrans do końca meczu na tablicy wyników wciąż widniał wynik 1:0 na korzyść gospodarzy.

Krzyknęło całe Old Trafford w 81. minucie gdy Marcus Rashford uderzył z rzutu wolnego. Anglik trafił w słupek i był bardzo blisko zamknięcia meczu. Końcówka zapowiadała się więc niezwykle ciekawie.

Nie była. Przynajmniej pod względem piłkarskim. Kilka mniej groźnych akcji przeprowadziły jeszcze obie drużyny, ale wynik nie uległ zmianie. Najbliżej strzelenia bramki w 92. minucie był Ndidi. W ostatniej minucie meczu zagotowało się w narożniku Leicester. McTominay grał na czas, czym niezwykle zdenerwował piłkarzy w niebieskich koszulkach. Było trochę przepychanek, domyślam się, że kilka niemiłych słów. Ostatecznie żółtą kartką został ukarany Ben Chilwell, a McTominay dopiął swego, bo ukradł cenny czas. Sędzia niedługo po tym zdarzeniu zakończył mecz.

Manchester United tym spotkaniem udowodnił, że swojego miejsca w TOP 6 łatwo nie odda. Leicester musi szukać punktów gdzie indziej.

Wolverhampton – Chelsea

Nieprawdopodobne widowisko na Molineux! The Blues od początku sezonu byli krytykowani za słabą formę, ale tym spotkaniem udowodnili, że są w stanie powalczyć o Ligę Mistrzów. Podopieczni Franka Lamparda strzelili PIĘĆ bramek, ale po kolei.

Wynik spotkania otworzył Fikayo Tomori i cóż to było za uderzenie. Prawdziwy majstersztyk w wykonaniu obrońcy Chelsea, który zaskoczył Rui Patricio uderzeniem zza pola karnego. Dla Tomoriego był to debiutancki gol i jest trzecim wychowankiem, który w tym sezonie dzięki Lampardowi zaczął regularnie grać i strzelać dla Chelsea. Pozostała dwójka? Tammy Abraham i Mason Mount. Obaj również dziś błyszczeli.

Abraham dał z siebie absolutnie wszystko. Wraz z dzisiejszym meczem w ostatnich trzech spotkaniach ustrzelił siedem bramek. Ktoś jest w stanie go powstrzymać? Chelsea w ostatnich latach szukała napastnika z prawdziwego zdarzenia. Próbowała z Moratą, Higuainem, ciągle przewijał się Giroud. Dzisiejszy hat-trick, a w szczególności trzeci gol Tammy’ego udowodnił, że The Blues już więcej szukać nie muszą. Wylądował i skasował nadzieje Wilków na wbicie się do TOP6.

Dwa gole honorowe to zasługa Patricka Cutrone i Romaina Saissa. W końcówce piątą bramkę dla Chelsea strzelił Mason Mount, który wcześniej miał już swoje okazje.

Tottenham – Crystal Palace

Mówiono coś o kryzysie Chelsea, pobrzękiwano także o gorszej dyspozycji Tottenhamu. Obie drużyny z Londynu sprawiły, że krytykom mogło się zrobić głupio. Na Tottenham Hotspur Stadium bowiem już do przerwy było 4-0 dla gospodarzy i właśnie czterobramkową przewagą zakończył się ten pojedynek.

Koguty napierały od pierwszej minuty, a strzelecką niemoc prędko złamał Heung-Min Son. Drugi gol Koreańczyka przyszedł kilkanaście minut później, a w międzyczasie samobójczą bramkę strzelił Patrick van Aanholt. Dzieło zniszczenia dokończył Erik Lamela po podaniu Harry’ego Kane’a. Pochettino nie musi się martwić o formę Christiana Eriksena lub Dele Alliego jeśli Son lub Kane grają na maksimum swoich możliwości. Spurs w środę rozpoczynają batalię w Lidze Mistrzów spotkaniem z Olympiakosem.

Brighton – Burnley

Spotkanie dwóch drużyn, które mają potencjał by stać się sensacjami tego sezonu. Wynik remisowy całkowicie zasłużony, choć Burnley w swoim stylu ukąsiło tylko raz, ale skutecznie. Bramkę dla Mew (prawie nożycami) zdobył Neal Maupay, który wykorzystał dośrodkowanie Solly’ego Marcha. Sean Dyche miał jednak asa w rękawie w postaci Jeffa Hendricka. Strzał z dystansu Irlandczyka w doliczonym czasie gry zapewnił gościom cenny punkt.

Sheffield United – Southampton

Święci triumfują na boisku beniaminka. Ozdobą spotkania zdecydowanie indywidualna bramka Moussy Djenepo, dla którego było to już drugie trafienie po transferze ze Standardu Liege. Czyżby Southampton w końcu miało ofensywnego gracza, który będzie potrafił dostarczać bramki? Kilku ciekawych napastników ma Sheffield, ale ci nie popisali się. Nie uznano bramki Olivera McBurniego, a Billy Sharp musiał zejść z boiska z powodu czerwonej kartki w 85. minucie spotkania. Szable pozostają zatem z pięcioma punktami na koncie, zaś Święci pną się w górę tabeli.

Norwich City – Manchester City

Zostawiliśmy wam to na sam koniec niczym wisienkę na torcie. The Citizens kończą sezon niepokonani? Hah, mogą próbować za rok. Trudno nam opisać słowami to, co stało się na Carrow Road, ale najważniejsze, że… stało się! Za to kochamy Premier League, bo zwycięstwo Kanarków nad ekipą Pepa Guardioli należy do absolutnej sensacji.

Nieszczęście dla City zaczęło się w 18. minucie. Perfekcyjne dośrodkowanie z rzutu rożnego Emiliano Buendii zamienił na gola Kenny McLean. Argentyńczyk posłał piłkę na krótki słupek, czym kompletnie zaskoczył defensywę gości. Jeszcze bardziej udało się ich zaskoczyć dziesięć minut później. Daniel Farke nie zamierzał okopywać się we własnym polu karnym i jego drużyna poszła za ciosem. Teemu Pukki poprowadził kontratak, który na gola zamienił Todd Cantwell. Po cichu zaznaczymy, że pierwszą połowę z ławki rezerwowych oglądał Kevin de Bruyne.

Przed przerwą udało się Obywatelom złapać kontakt za sprawą trafienia Sergio Aguero, ale niedługo po wznowieniu gry Kanarki znów zaszokowały świat. Pressing z jakim rzucili się na obrońców przyniósł efekt w postaci odebrania piłki Nicolasowi Otamendiemu i sekundę później Pukki był na kilka metrów przed bramką i leżącymi na linii Edersonem oraz Stonesem. Dla Fina to była formalność, a drugą asystę zaliczył Buendia.

The Citizens oczywiście nie odpuszczali i napierali z każdą minutą coraz mocniej. Kontakt pojawił się ponownie po bramce Rodriego, ale czasu na wyrównującego gola zabrakło. Stało się! Pep Guardiola pogubił punkty!