Daniel James z buta wszedł do Premier League. Pierwsze cztery mecze przyniosły trzy gole 21-letniego Walijczyka, który dwa lata temu nie miał nawet miejsca w składzie Swansea. Już dziś można usłyszeć, że ten chłopak staje się liderem ofensywy Manchesteru United. Hurraoptymizm to jednak jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogą przydarzyć się kibicom. I tym razem mamy z nim do czynienia.

Trudno chyba o lepsze uosobienie „ducha Manchesteru United”, który ma być podstawowym elementem budowy nowej drużyny na Old Trafford. Młody, sympatyczny Brytyjczyk o ogromnej woli walki i ambicji, który wydaje się zakochany w herbie z diabełkiem. Trochę jakbyśmy cofnęli się do lat 90-tych, czyż nie? Fani United z ogromną radością oglądają grę tego chłopaka, który w ciągu niewiele ponad roku zrobił skok w stronę swoich dziecięcych marzeń. Ja również, serce zwyczajnie się cieszy. To jednak nie znaczy, że można zapomnieć o zdrowym rozsądku.

Wszyscy kochają takie historie

Przygoda Daniela Jamesa to opowieść, w której znajdziemy ból, szczęście, ciężką pracę i, co najważniejsze, finalną nagrodę. Latem 2018 roku zawodnikiem, który grał w rezerwach Swansea interesowało się czwartoligowe Yeovil Town. Klub, który rozgrywki League Two zakończył na ostatnim, 24. miejscu. Postanowiono go jednak zatrzymać, Graham Potter dał mu szansę, a ten ją w pełni wykorzystał.

Minęło pół roku i do klubu wpłynęła oferta Leeds United. Wydawać by się mogło, nie do odrzucenia. 10 milionów funtów było dla klubu, który musi odbudowywać się po spadku z Premier League, ogromną kwotą. Sam skrzydłowy pozował już do zdjęć z koszulką Pawi, ale… Łabędzie ostatecznie wycofały się z transakcji. Niewiele ponad dwa tygodnie później o chłopaku usłyszał piłkarski świat, a to za sprawą jego gola w meczu z Brentford. Filmik zrobił kilka kółek internetu, a nazwisko Daniel James zaistniało w świadomości kibiców, chociaż skauci czołowych angielskich klubów znali go bardzo dobrze.

Niedługo potem zaczęło się mówić o zainteresowaniu Manchesteru United. Wszystko było właściwie było dogadane już w maju, ale rodziną młodego piłkarza wstrząsnęła tragedia. Jego tata zmarł, a klub dał swojemu przyszłemu zawodnikowi szansę na uspokojenie się i uszanował jego smutek. Ostatecznie jednak przenosiny na Old Trafford stały się faktem, a 21-latek sprawił, że jego ojciec z pewnością spogląda na niego z góry z dumą. W zaledwie siódmej minucie swojego debiutu stanął oko w oko z Kepą i ustalił wynik spotkania z Chelsea na 4:0, witając się z Old Trafford w najlepszy możliwy sposób. Celebrując bramkę wskazał na niebo, dedykując ją tacie. To było zwieńczenie szalonej drogi na szczyt angielskiego futbolu, która trwała rok. I kosztowała bardzo wiele.

Pierwiastek szaleństwa

Cztery mecze, trzy gole. Najlepszy strzelec drużyny. Nieźle, jak na chłopaka z Championship, kupionego za 17 milionów funtów, co? Fani United zakochali się w Jamesie, który ożywia ich podczas tego mizernego początku sezonu. Rozczarowujące wyniki drużyny z czerwonej części Manchesteru osładzane są jego pięknymi bramkami i autentyczną, dziecięcą radością, której było tak mało w ostatnich latach. Kibice już go kochają i uważają za gościa, który ciągnie ofensywę ich ukochanego klubu. Tutaj jednak mogą się przeliczyć.

Świetnie się ogląda powtórki trafień Daniela. Nie tylko tych klubowych (głównie z Palace i Southampton, bo z Chelsea – szczerze – strzelił farfocla), ale i tego z reprezentacyjnego meczu z Białorusią. Ścięcie do środka z lewej strony, prawa noga na długi słupek. Wygląda na to, że to firmowe zagranie przebojowego Walijczyka. Oglądając jego grę mam jednak wrażenie, że to gość, który zbyt długo nie pociągnie w takim stylu.

Źródło: Goal

Tak, James ma zaledwie 21 lat, więc nie można od niego oczekiwać fajerwerków i tutaj chyba wszyscy się zgadzamy. To wciąż jednak piłkarz ogromnie chaotyczny, momentami bezproduktywny i brakuje mu chłodnej głowy. Jego gole trochę przyćmiewają fakt, że często gubi się w polu karnym, w sytuacjach naprawdę dobrych. Nieudanie odgrywa, traci futbolówki, a dryblingami nie zdobywa terenu dla swojego zespołu. Ma swoisty „pierwiastek szaleństwa”, który pozwala przełamać stagnację, ale potrzebuje jeszcze czasu na odpowiednią naukę korzystania z niego, jeśli ma pomagać drużynie nie tylko swoimi bramkami, ale i swoją grą. Przypomina mi jednego ze swoich klubowych kolegów.

Jesse Lingard wersja 2.0

Tego typu porównanie w opinii moich braci spod znaku czerwonego diabełka może zostać odebrane jako obraźliwe. W końcu na Jessiego w tym sezonie już nawet nie spada krytyka, a wylewane są wiadra pomyj. No i trzeba przyznać, że stwierdzenie, że „zawodzi” będzie ogromnym niedopowiedzeniem. Gość momentami wygląda jakby nie wiedział, co zrobić z tym toczącym się obiektem, którzy inni goście w czerwonych koszulkach kopią w jego stronę. To właśnie on jest pierwszym piłkarzem, który przychodzi mi do głowy, gdy oglądam Jamesa.

Pamiętacie początki Lingarda w United? Nie mówię tu o jego debiucie w meczu ze Swansea w 2014 roku, kiedy to uszkodził poważnie kolano i stracił cały sezon. Chodzi mi o okres, w którym zaczynał pojawiać się regularnie, w drugim sezonie Louisa van Gaala. Był wtedy kimś takim, jak były zawodnik Swansea. Gościem, który swoim szaleństwem i czasami wręcz brakiem rozsądku przełamywał stagnację, gdy drużynie nie szło, gdy waliła głową w mur.

Pamiętam do dziś jego pierwszego gola w meczu z West Bromem. W meczu, w którym drużyna waliła głową w mur podobnie jak w starciach z Palace, Wolves czy Southampton. Może i mieli piłkę, ale nie stwarzali żadnego zagrożenia. A wtedy? Młody (wciąż 22-letni) Lingard po prostu zrobił to, czego nie chcieli zrobić jego koledzy. Zaryzykował. Wziął piłkę, uderzył zza zasłony po długim słupku i wpadło. Coś Wam to przypomina? Mi tak. United wygrało, dobijając rywali w samej końcówce z karnego, ale to gol Lingarda był decydujący. Zresztą, to nie jedyne podobieństwo między tymi dwoma piłkarzami. Również dziś, patrząc na ich grę, można zauważyć podobieństwa, czego dowodzą statystyki.

Tak, James strzela gole, a Jesse nie. Tak, nowy nabytek jest kochany, a wychowanek wręcz wyszydzany. I tak, zdecydowanie uważam, że ten pierwszy zasługuje na miejsce w pierwszej jedenastce, a ten drugi nie. Patrząc jednak na jego grę i statystyki, po prostu umieszczam ich w tej samej szufladce. „Piłkarzy-wiatraków”, gości, którzy ożywiają grę drużyny, ale ich efektywność w dużej części opiera się na pewności siebie. Tej akurat Anglikowi brakuje. Nowy ulubieniec fanów United ma jej jednak aż w nadmiarze.

Stonujmy „hajp”

Dlatego też nie wsiadłem jeszcze do „hypetrainu” Daniela Jamesa. Cieszy mnie, że strzela gole, ale zauważam pewne braki w jego grze, co jest oczywiste w jego wieku. Nie wiem jednak, czy ten chłopak po prostu nie wskoczył do składu na ambicji, po czym dostał dodatkowego kopa w postaci gola z Chelsea i teraz jedzie właśnie na niesamowitych pokładach pewności siebie. Zresztą, był już niejeden piłkarz, który w podobny sposób wszedł do drużyny United. Adnan Januzaj? Federico Macheda? Wszyscy wiemy, jak potoczyły się ich historie.

Nie zamierzam piać peanów na cześć chłopaka, którego tak szybko pokochało całe Old Trafford. To nie oznacza, że nie czuję do niego sympatii, ale… po prostu chcę poczekać. Do bramki wpadły jego pierwsze trzy celne strzały. Po meczu z Wolves, w którym nie strzelił bramki, czytałem wiele nieprzychylnych komentarzy na jego temat. Głównymi zarzutami były bezproduktywność w indywidualnych poczynaniach i brak rozsądku. Czyli coś, czego można wręcz było się po nim spodziewać – on zaczyna drugi sezon na w miarę wysokim poziomie!

Źródło: Manchester Evening News

Podobnie grał i z Orłami, i ze Świętymi. Tam jednak zdołał pokonać bramkarza i od razu narracja się zmieniła. Stał się bohaterem. Gościem, który uosabia ducha United, za którym tak tęskni Old Trafford. Wiem, że kibice chcą mieć nowego idola, ale nie można jeszcze robić z Jamesa zbawcy klubu. Mam nadzieję, że ten gość pójdzie do przodu, będzie robił stałe postępy, ale zdaję też sobie sprawę, że możemy patrzeć na kolejnego Januzaja. A może Lingarda, którego szaleństwo prędzej czy później zaczęło frustrować?

Nie stawiam przed Jamesem żadnych wymagań. Nie jest moim nowym bohaterem. Nie jest gwiazdą ligi czy Manchesteru United. To 21-letni chłopak, któremu udało się strzelić kilka ładnych goli. Po prostu czekam, aby zobaczyć na jakim poziomie ustabilizuje się jego forma. Jeśli okaże się użytecznym elementem pierwszego składu, to będę naprawdę zadowolony. Wątpię, żeby był siłą napędową ofensywy United. To jeszcze nie ten kaliber. Chociaż, patrząc na to, jak ona wygląda… wszystko jest możliwe.