Od wielu lat jesteśmy przyzwyczajeni do panowania Liverpoolu nad rzeką Mersey. Ich największy rywal, czyli Everton, dość niesprawiedliwie jest deprecjonowany i pomijany wśród najlepszych angielskich klubów w historii wyspiarskiego futbolu. Wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach ta sytuacja może jednak ulec zmianie.

Wszystko za sprawą właścicieli klubu z Goodison Park. A być może już wkrótce nie z legendarnego obiektu, ponieważ w planach jest budowa nowego stadionu. Jego projekt wyciekł przed kilkoma tygodniami do internetu i jedno jest pewne. Robi piorunujące wrażenie. Snucie tak ambitnych planów nie byłoby możliwe bez podstawowego środka do ich realizacji. Pieniędzy. To sprawiło, że zacząłem zastanawiać się, czy Everton nie zamierza spełnić swoich aspiracji i nawiązać do złotych czasów w historii The Toffees.

Przez większość okienka transferowego, klub z niebieskiej części Liverpoolu raczej nie brylował. Drużyna już przed sezonem miała solidną kadrę, więc nikogo to specjalnie nie dziwiło. Nie dziwiło, ponieważ przyzwyczailiśmy się do okupowania przez nich środka tabeli. Jak to kiedyś pięknie podsumował Andrzej Twarowski „Premier League to taka liga, w której gra 20 zespołów, a Everton i tak kończy sezon w okolicach 9 miejsca”. Trudno nie zgodzić się z dziennikarzem Canal+, którego serdecznie pozdrawiamy.

Sytuacja zmieniła się pod koniec okresu transferowego w Anglii. Everton łączony był z kolejnymi zawodnikami, niczym Manchester United. W większości byli to ciekawi zawodnicy, za których trzeba by było złożyć atrakcyjne finansowo oferty. Ostatecznie na Goodison Park powędrowali: Moise Kean, Alex Iwobi, Jean-Phillipe Gbamin, Fabian Delph i Jonas Lossl, wypożyczony został Djibril Sidibe, a wykupiony z Barcelony – Andre Gomes. Z klubu odszedł natomiast Idrissa Gueye, który powędrował do francuskiego PSG. Można przypuszczać, że jest to początek długofalowego planu, którego wdrażanie mogliśmy obserwować chociażby w przypadku Tottenhamu. Przy dobrym pomyśle i odpowiednim zarządzaniu klubem wszystko jest możliwe.

Kiedyś to było…

Zapewne tylko koneserzy angielskiej piłki znają bogatą historię Dixiego Deana i Evertonu, który był jedną z najlepszych angielskich drużyn dwudziestolecia międzywojennego. Dean i spółka siali postrach na wszystkich boiskach i najbardziej przyczynili się do potęgi tego klubu oraz zbudowania jego europejskiej marki. Legendarny Anglik poprowadził swoją drużynę w sezonie 1927/1928 do mistrzostwa, zdobywając w całym sezonie aż 60 goli w 39 meczach. Liczby nawet jak na tamte czasy – niebotyczne. Łącznie w wyżej wymienionym okresie klub z Liverpoolu triumfował w ligowych rozgrywkach trzykrotnie. Łącznie zdobył dziewięć mistrzostw Anglii oraz pięć razy triumfował w FA Cup. Ostatnią kampanię ligową wygrał w 1987 roku, co daje The Toffees czwarte miejsce wśród najbardziej utytułowanych angielskich klubów.

Jeszcze całkiem niedawno The Toffees ponownie rzucili rękawicę swojemu największemu wrogowi. Sezon 2004/2005 i Everton pod wodzą Davida Moyesa. Aż chciałoby się rzec „wspomnień czar”. Fantastyczny sezon The Toffees, napędzenie strachu ekipom z legendarnego Top 4, czwarte miejsce na koniec rozgrywek kosztem znienawidzonego Liverpoolu i… ogromny pech. The Reds wygrali wtedy Champions League i dzięki temu awansowali do następnej edycji tych rozgrywek. Warto przypomnieć, że wówczas przepisy pozwalały na udział w Lidze Mistrzów maksymalnie czterech drużyn z danego kraju. Przez wszystkie te okoliczności drużyna z Goodison Park nie wystąpiła w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Przykre zwieńczenie marzeń kibiców Evertonu. Już nigdy później ich klub nie zdołał aż tak zbliżyć się do swojego rywala z Anfield Road. Teraz pragną, aby znów wzniósł się na najwyższy poziom.

Everton i ich problemy

Nie będzie to jednak zadanie proste. Drużyna ta już kilkukrotnie w ciągu ostatnich lat wydawała się mieć wszystko co niezbędne, aby stawić czoła mocniejszym rywalom. Niestety w dalszym ciągu utrzymuje się trend, który zaszufladkował Everton wśród drużyn określanych mianem ligowego średniaka. Nie bardzo wierzę w to, że Marco Silva to człowiek, który jest w stanie zmienić tę postać rzeczy. Jest oczywiście młody, ekscentryczny i miał kilka udanych epizodów w swojej karierze, jednak trzeba przyznać, że to on koniec końców spuścił Hull do Championship. Do tej pory nie wykazał się niczym spektakularnym i nie widać wielkiego progresu, który miała dokonać drużyna pod jego wodzą. Nie twierdzę, że Silva to zły trener, ale nie wydaje mi się, że będzie kimś w rodzaju Pochettino w Tottenhamie.

Kolejnym poważnym problemem jest brak klasowego napastnika. Od momentu odejścia Lukaku, kibice na Goodison Park nie oglądali napastnika godnego tak utytułowanej drużyny. Dominic Calvert-Lewin jest zawodnikiem, w którym wszyscy pokładają ogromne nadzieje. Niestety niewiele wskazuje na to, że będzie w stanie stać się liderem tej drużyny. Przynajmniej nie w najbliższym sezonie. A skutecznego napastnika Everton potrzebuje niczym tlenu. Cenk Tosun nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, a Richarlison jednak lepiej czuje się na skrzydle niżeli na pozycji numer „9”. Solidny napastnik to priorytet, bez którego The Toffees mogą zapomnieć o aspiracjach większych niż 7. miejsce w tabeli. Czy Moise Kean okaże się lekiem na całe zło?

Ostatnim czynnikiem jest teza, o której wspominałem w kilku powyższych punktach, czyli klasa i renoma zespołu. Fakt że jest on postrzegany jako ligowy średniak nie sprzyja sprowadzaniu do drużyny klasowych piłkarzy. Mogliśmy w tym okienku transferowym przeczytać chociażby o plotkach łączących Rakiticia z przenosinami na Goodison Park. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to ruch abstrakcyjny, ponieważ żadnej światowej klasy piłkarz nie będzie chciał włóczyć się ze swoją ekipą w środkowych rejonach tabeli. Jeszcze niedawno Everton miał szanse zaprezentować się w Lidze Europy, ale i to się nie udało. Jeżeli The Toffees nie udowodnią niczego chociażby na poziomie tych rozgrywek to mogą zapomnieć o udanej ekspansji na pozycje powyżej szóstego miejsca. Angielskie kluby mogą odpuszczać poszczególne mecze europejskich pucharów, ale nadal jedno się nie zmienia. Są one nadal bardzo prestiżowe.

Powoli, ale do celu?

Przed właścicielami Evertonu jeszcze bardzo długa i żmudna droga. Niewkluczone jednak, że w najbliższych latach, uda im się wprowadzić swój klub na wyższy poziom. Patrząc obiektywnie, kilka najbliższych sezonów zajmie im ustabilizowanie swojej pozycji za plecami Wielkiej Szóstki. W dalszej kolejności znajduje się próba odniesienia sukcesu w europejskich pucharach, głośne transfery poparte ciekawymi piłkarzami młodego pokolenia oraz wdrażanie mądrej strategii zarządzania klubem. Przykład Tottenhamu w ostatnich lata pokazał nam, że można. Patrząc w szerszej perspektywie przykład Aston Villi udowodnił, że również można to spektakularnie zepsuć. Jaka przyszłość czeka Everton? Moim zdaniem jeszcze namieszają w elicie. Nie będzie to jednak krótkotrwały proces.