Gdy debiutował w Premier League w 2007 roku w wieku 17 lat, wybrano go najlepszym zawodnikiem jego drużyny. Przy okazji odbioru swojej nagrody, spotkał się z Waynem Rooneyem, którego wyróżniono jako MVP całego meczu. Martyn Waghorn dziś jest uznanym snajperem na poziomie Championship. Niewielu wie jednak, że kilka lat temu wygrał najważniejszą walkę w życiu. Tę z depresją. A życie napisało mu niesamowicie interesujący scenariusz.

Angielski napastnik to prawdziwy podróżnik po Wyspach Brytyjskich. W ciągu 12 lat zawodowej kariery aż dziesięciokrotnie zmieniał klub. Pięć razy był wypożyczany, pięć razy sprzedawany. Grał w reprezentacji kraju U19 i U21, a w młodzieżowych grupach Czarnych Kotów występował u boku Jordana Hendersona i Jacka Colbacka. Najwięcej gier uzbierał jednak na zapleczu angielskiej ekstraklasy. Ma ich prawie 250. W Premier League – zaledwie sześć. Dziś, jak się wydaje, jest na szczycie swojej kariery. Postanowił podzielić się z dziennikarzami Telegraph swoją historią, która obrazuje, jak często bagatelizuje się problem depresji.

Obciążenie presją

Był 2015 rok. Waghorn właśnie wraz z Wigan spadł z Championship. Był trzecim najlepszym strzelcem drużyny. W sezonie 2014/15 trafiał… trzykrotnie. Ten wynik nie miał prawa napawać optymizmem. The Latics mieli przejść przebudowę po relegacji do League One, a ich napastnik dostał interesującą ofertę. Zgłosił się klub z drugiej ligi szkockiej, z Glasgow. Marzący o powrocie do chwały Rangers. Czy można było liczyć na coś lepszego? Nie wydaje się. No i napastnik przystał na ich propozycję. Wybrał się do Szkocji, gdzie miał pomóc w odbudowie potęgi.

Pierwszy sezon był fenomenalny. Udało się dojść do finału Pucharu Szkocji i awansować do ekstraklasy. Urodzony w South Shields napastnik był najlepszym strzelcem szkockiej Championship z 20 trafieniami na koncie, pomimo tego, że w lutym wypadł z gry na ponad dwa miesiące. Do gry wrócił dopiero w ostatniej kolejce. Chociaż na papierze wszystko układało się idealnie, to presja gry dla drużyny o statusie The Gers była ogromnym ciężarem.

Żyjąc ze swoją rodziną w takim mieście, zrozumiałem jak wielkim wyzwaniem jest gra dla takiego klubu. Wszędzie, gdzie idziesz, ludzie cię o coś pytają, chodzą za tobą, robią zdjęcia. Jesteś w prasie, w mediach społecznościowych. Z tym najbardziej się męczyłem. Jestem cichy i lubię spędzać czas z rodziną. Gdy w drugim sezonie spisywałem się słabiej, niż chciałem, zaczęły się problemy.

Latem 2016 roku dostał ofertę nowego kontraktu. Odrzucił ją jednak, bo uważał, że dobrą grą będzie w stanie wywalczyć sobie jeszcze lepszą. Kolejna kampania rozpoczęła się od gola w inaugurującej kolejce i… kontuzji. Waghorn nie był już tak skuteczny, jak rok wcześniej. W lidze trafił zaledwie siedmiokrotnie, a miejsce w składzie nie było już gwarantowane. To właśnie wtedy jego żona zaczęła zauważać, że dzieje się coś niepokojącego. Po treningach, zamiast spędzać czas z synem, po prostu chodził spać. Zamiast, jak miał wcześniej w zwyczaju, wstawać rano i z radością udawać się do klubu, nie chciał podnosić się z łóżka. Martyn powoli stawał się kompletnie innym człowiekiem.

Na starcie rozgrywek dostałem kontuzji. Wydaje mi się, że to był punkt zapalny. Miałem problemy poza boiskiem i z wymaganiami związanymi z grą dla klubu. Nie byłem w formie. Nie byłem na tyle dobry, na ile mogłem. Zespołowi szło słabo, a ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Wtedy chyba zdiagnozowano u mnie depresję.

Szok, zrozumienie i podjęcie walki

Diagnoza była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Zawsze uważałem się za otwartą, radosną osobę. Trudno było coś takiego usłyszeć. To jednak miało sens. To, jak się czułem, miało przełożenie na moje zachowanie na murawie. Pamiętam wyjazd do Dundee, niedługo po tym, jak rozmawiałem z lekarzem. Nie mogłem skupić się na meczu. Mój umysł był kompletnie gdzie indziej. Dostawałem piłkę, a w głowie miałem kompletną pustkę. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to prawdziwy problem.

To był moment, w którym zawodnik postanowił podjąć walkę z chorobą, która powolutku, niepozornie, zaczęła wywierać coraz większy wpływ na jego życie. Zamiast chować głowę w piach czy bagatelizować problem, poszukał odpowiedniego wsparcia. Namówiła go ukochana Leoni, która zasugerowała spotkanie z klubowym lekarzem. Ten nie miał wątpliwości.

Poszukałem pomocy i spotkałem się z kilkoma osobami, niezależnymi doradcami, a szkocka federacja bardzo pomogła. To był trudny okres mojej kariery, bo musiałem radzić sobie z presją gry dla Rangers. Nie mówiłem o tym publicznie. Dziś z dumą mogę powiedzieć, że przebrnąłem przez ten trudny okres z pomocą mojej żony, rodziny.

Kluczowa okazała się zmiana otoczenia. Chociaż piłkarz podkreśla, że gra w Glasgow była zaszczytem, a kibice byli wspaniali, to nie był w stanie udźwignąć ciężaru, który się z nią łączył. Do tego doszedł jeszcze konflikt z trenerem, Markiem Warburtonem. Gdy Ipswich wyłożyło za niego milion funtów, opuścił Szkocję. Uciekł od presji i ciągłego zgiełku do środowiska, które dobrze znał – zaplecza Premier League. 16 goli i 13 asyst w 44 spotkaniach Championship zaowocowało kolejnym transferem, tym razem do Derby County. Wartość 29-latka w ciągu roku wzrosła pięciokrotnie.

Historia zatoczyła koło

Martyn Waghorn rozpoczyna drugi sezon na Pride Park. W poprzednim, pod wodzą Franka Lamparda, walczył o awans do pierwszej ligi w playoffach. Łącznie, we wszystkich rozgrywkach strzelił 14 goli w 44 meczach. Stanowił ważne ogniwo zespołu. Ufano mu i doceniano. O czymś takim marzył. Znalazł swoje miejsce na świecie i w Derby czuje się jak w domu.

Po odejściu legendy Chelsea zatrudniono Phillipa Cocu. Holender nie jest jednak jedynym głośnym nazwiskiem, które w trakcie tej kampanii pojawi się w sztabie szkoleniowym Baranów. Historia zatoczy koło. Waghorn, podobnie jak po swoim debiucie w dorosłej piłce, spotka się z Waynem Rooneyem, który w styczniu dołączy do klubu jako grający trener (pisaliśmy o tym TUTAJ). Będzie nie tylko przełożonym, ale i kolegą z boiska. Dla byłego gracza Sunderlandu będzie to nie lada sprawa. Jest bowiem wychowankiem i fanem Manchesteru United, a swoje pierwsze spotkanie z najlepszym strzelcem w historii reprezentacji Anglii wspomina tak:

Byłem tylko dzieciakiem. Chciałem jakoś zagadać, więc powiedziałem: „Właśnie nabiłeś mi z 50 punktów (Rooney zdobył gola i zaliczył asystę – przyp. red.) w Fantasy Premier League”. Naprawdę nie miałem pojęcia, co robiłem. On tylko się zaśmiał i odparł: „Świetnie stary, dobra robota”.

Teraz los znowu ich skojarzył. W pewnym sensie będzie to symbol – nowego startu. Początku czegoś wielkiego. W tym momencie Waghorn jest lepszy, niż kiedykolwiek. Przybycie wielkiej gwiazdy to ogromna nobilitacja dla samego zawodnika, jak i całego klubu.

To dla nas fenomenalne. Jego przybycie w styczniu da nam dodatkowy zastrzyk na drugą połowę sezonu. Mieć kogoś takiego, jak Wayne Rooney, jego podejście i ambicje, będzie bez porównania z czymkolwiek innym.

Już teraz jednak trzeba położyć fundamenty pod okres pracy z angielską legendą. Wszystkim w Derby County zależy na tym, aby nowy zawodnik-trener trafił do drużyny ustabilizowanej, mierzącej wysoko. Po pierwszych dwóch meczach mają cztery punkty. Wynik jest przyzwoity, ale trzeba utrzymać odpowiednią formę.

Chcemy być w odpowiedniej pozycji, gdy Wayne przyjdzie. Mieć teraz szansę gry u jego boku, biorąc pod uwagę, jak zacząłem karierę, to spełnienie marzeń. Chcę pomóc klubowi i pchnąć go do przodu jako jeden z doświadczonych zawodników. Jeśli chodzi o to, co mogę zaoferować drużynie, mam wrażenie, że jestem wartościowy.

To, że dziś Martyn Waghorn ma szansę przeżyć swój sen, zawdzięcza jednak temu, jak stanął do walki z depresją. Temu, jak ją pokonał, jak udowodnił samemu sobie, że jest w stanie spełnić pokładane w nim nadzieje. Ta choroba nie wybiera, nie czeka i przychodzi w najmniej spodziewanych momentach. Sposób jej przejścia jest często bardzo różny i najczęściej się ją lekceważy. Robią to nie tylko inni ludzie, ale i same ofiary. Anglik chce, aby jego historia stała się inspiracją dla innych.

Bałem się, że rozmawiam z nieodpowiednimi osobami. Nie chcesz, aby to się wydało. Nie chcesz, aby ucierpiała twoja reputacja. Na treningach zakładałem maskę. Wracając do domu byłem kompletnie inną osobą. Ludzie tego nie widzą. Nie rozumieją, przez co się przechodzi.

29-latek jest jednak taki, jak na boisku. Twardy. Nieustępliwy. Waleczny. Pokonał swój problem i wszedł na wyżyny, których wcześniej nigdy nie osiągnął. Spełnia swoje marzenia. I to jest jego nagroda za trudną walkę. Walkę, która pozwoliła mu wrócić do normalnego życia.