Krwawa Mary, Krwawa Mary, Krwawa Mary, jeśli to przeczytałeś, to… Czujecie strach? Odkąd człowiek podniósł kamień i uznał, że można z niego zrobić narzędzie przesądy i klątwy były nieodłączną częścią kultury. Była to swego rodzaju moc nie z tego świata, coś co ingeruje w codzienne życie i płata nam figle. Jesteście gotowi na przekleństwo, które zmrozi Wam krew w żyłach? Czytelnikom o słabych nerwach polecamy wybrać inny z naszych niezwykle ciekawych artykułów. 

Kapitan Arsenalu, kapitan Arsenalu, kapitan Arsenalu. Mamy Was! Jeśli kiedykolwiek wyprowadzicie drużynę Kanonierów na boisko, to możecie być pewni, że nie odejdziecie z klubu w blasku reflektorów, wśród braw na stojąco całej publiczności, czy odsłaniając swój pomnik przed stadionem. Może Was to zaskoczyć, lecz jest wiele sposobów, aby stracić w oczach kibiców Kanonierów, jednak odejście do rywala zza miedzy i tak jest nisko na liście hańby.

Klątwa opaski przypada na erę Wengera. Żeby nie skrzywdzić historii klubu, będziemy operować w latach 1996-2019, zahaczając o etap hiszpańskiego Arsenalu pod banderą Unaia Emery’ego. Przez 23 lata w klubie zaufanie Wengera spoczęło na ramionach dziesięciu zawodników. Z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że ciężar ten udźwignęło tylko czterech. Krzywdząca opinia? Trochę tak. Klątwa dotyka zawodników, którzy swoim odejściem wzbudzili poruszenie w sercach kibiców i całego Premier League. Przywołani tu zawodnicy nie są sobie równi, co już na wstępie powinniśmy nadmienić.

Chyba ze świecą możemy szukać drużyny równie skrzywdzonej przez kapitanów. Kibice Chelsea czuli, to gdy Frank Lampard wyszedł na Stamford Bridge w koszulce The Citizens, lecz mało jaki kapitan dopłacał do swojego odejścia.
Zacznijmy jednak od początku. Pierwszym wyborem Wengera do wyprowadzenia drużyny na murawę był mr Arsenal, legendarny Tony Adams. Człowiek, który całą swoją karierę spędził z armatką na piersi. Był on pierwszym i ostatnim człowiekiem z opaską na ramieniu, który urodził się z tym klubem i z nim położył się do grobu kariery.
Później nie było tak kolorowo.

Po Tonym opaska trafiła w ręce Patricka Vieiry. Kolejna legenda, człowiek który był liderem drużyny sięgającej po złoto Premier League jako niepokonana drużyna. Jeśli mamy zestawić go ze słowem klątwa, to była ona jeszcze raczkująca. Patrick był fantastycznym liderem, prawdziwym przywódcą, który był w stanie skoczyć w ogień za swoją drużyną. Jako złoty kapitan, złotej drużyny spełnił się w północnym Londynie. To był czas na krok w inną piłkę o czym poinformował zarząd i Wengera. Wszyscy dobrze pamiętamy jaki był charakter obu gentelmanów. Po kłótni w gabinecie, gdzie jak niektóre źródła podają, długopisy odbijały się od ścian, Patrick postawił na swoim i w 2005 zamienił Londyn na Turyn.

 

Jego następcą w północnym Londynie został Thierry Henry. Napastnik, który rozkochał niejednego dzieciaka dzięki swojej grze w Arsenalu i skazał go na lata cierpienia. Kulisy odejścia żywy pomnika Highbury są trudne. Dla fanów było to niczym utrata miłości życia, dla Titiego było to jak porzucenie żony dla kochanki. Po przegranym finale Ligi Mistrzów, Henry zdecydował, że to moment gdzie powinien powiedzieć pas i przenieść się do Barcelony. Barcelony, która w kwestii klątwy sporo ma na sumieniu. Wiele przepłakanych  nocy, jak relacjonuje Francuz, nie sprawiło, że przestał tęsknić za domem. Wiele przepłakanych nocy nie sprawiło, że fani przestali tęsknić za swoim kapitanem. Nie było tu złości, klątwa opaski przyniosła smutek i żal, że to koniec jednej z najpiękniejszych historii piłkarza w północnym Londynie.

Na wstępie wspomniałem o zawodniku, który mimo zamienienia Arsenalu na Tottenham wcale nie jest na szczycie nienawiści fanów Kanonierów. Ci dostaną swoje 5 minut, gdy przekroczymy 2010 rok. William Gallas miał być powrotem twardej ręki do drużyny. Miał być drugim Vieirą kimś, kto budzi strach i szacunek nawet u swoich kolegów. Gallas nie podołał jednak tej roli. 2 lata, jakie spędził z opaską na ramieniu, nie przywołują większych wspomnień z Francuzem. Tak samo jego odejście nie było szczególnie bolesne. Jeśli brakuje wam w tym emocji, to rozsiądźcie się teraz wygodnie. Zaczynamy prawdziwy rollercoster emocji.

Wenger pojął ryzyko. Powrót do rządów twardej ręki na boisku nie zdał egzaminu. Trzeba było zmienić podejście do tego, kto ma udźwignąć ciężar lidera. Wybór padł na Cesca Fabregasa, złote dziecko Arsenalu. Hiszpan był dla Wengera jak syn, wprowadził go do światowej piłki, zauważył w nim ogromny potencjał, dał mu czas, zaufanie i obdarzył najwyższym uznaniem jakim była rola kapitana drużyny. Fabregas miał być przyszłością Arsenalu i postacią, która pozwoli Arsenalowi na powrót do swoich najlepszych lat. Cesc spełniał oczekiwania, był kapitanem, który potrafi sam poderwać drużynę do walki, rzucić się do obrony kolegi drużyny, jak i sam podgrzać atmosferę, aby wlać w drużynę pasję. Wydawało się, że wrócił duch Highbury na The Emirates i to on będzie podwaliną pod powrót charakteru, jakiej tej drużynie przez kilka lat brakowało.

Życie jest przewrotne, a serce nie sługa. W Fabregasie obudził się duch Katalonii i to jednak nie Arsenal stał za jego talentem, a jak się okazało, wszystko zawdzięczał Barcelonie. Barcelono kochana, do Ciebie me serce płacze każdego pochmurnego poranka, gdzie słońce twe katalońskie rozpromienia londyńską pogodę. Wenger był tylko malutkim ogniwem w eksplozji tego co, wyniósł z La Masii. Hiszpan nie oparł się pokusie ofert z Barcelony. Został nimi oczarowany, jak z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że wręcz został wręcz zaślepiony. Miłość do klubu popchnęła go do wypłacenia z własnej kieszeni części żądanej przez Arsenal kwoty. Kapitan, ulubieniec kibiców, dzieło Wengera zdecydował się opuścić drużynę, która dała mu wszystko. Fabregas stanął na podium nienawiści kibiców. Stał się synonimem węża dla fanów Kanonierów, przykładem, jak nie żegnać się z klubem. O ironio, nie trzeba było długo czekać, aby ktoś stanął na podium obok Hiszpana.


Opaska kapitana nie zwiastowała w Londynie niczego dobrego, lecz i tak wpadła w ręce człowieka związanego z Arsenalem przez wiele lat. Zawodnika niezwykle podobnego do Fabregasa zawodnika, w którego Wenger wierzył, mimo że ten wielokrotnie wiarę zawodził. Francuski szkoleniowiec jednak nie dawał za wygraną. Wiedział, że cierpliwość się opłaci.

Schedę po Fabregasie przejął Robin van Persie i wywiązał się z tej roli wzorowo. Pasmo kontuzji i problemów przerwała opaska na ramieniu. Robin wszedł na poziom, jakiego nigdy wcześniej nie zaprezentował. Był egzekutorem, jakiego na The Emirates jeszcze nie było. Potrafił zrobić coś z niczego, niczym Henry. Skoro z poprzednimi kapitanami się nie udało, to tutaj Wenger już musiał dobrze wybrać. Wystarczył rok, a klątwa zebrała swoje żniwo.

12 sierpnia 2012, to data, którą chyba zapamięta każdy. Świetny sezon Holendra zaczął go uwierać, przestał wierzyć, że w Arsenalu osiągnie cokolwiek. Chciał dopisać sobie trofea, chciał zapisać się w kartach historii. Kibice Arsenalu byli wyrozumiali. Zdrowy van Persie zasługiwał na wiele więcej. Było wiadome, że Arsenal napastnika nie zatrzyma. Kwestią dyskusji, było jaką drogę obierze Holender. Pojawiało się duże zainteresowanie Realu, rozpoczynał się projekt PSG. Van Persie jednak zaszokował wszystkich, wbił nóż w serce fanów, którzy wspierali go przy każdej sytuacji. Rana po Fabregasie jeszcze się nie zagoiła, a nie dość, że Robin otworzył ją na nowo, to jeszcze posypał solą.

Napastnik zamienił Arsenal na Manchester United mówiąc, że zawsze chciał zagrać pod wodzą sir Alexa Fergusona. Do dziś nie wiadomo, czyj jęk żalu był większy. Kibiców Arsenalu, czy Wengera, który znów stracił człowieka, którego zbudował, a ten odpłaca mu komplementami względem największego rywala. To co stało się z podobizną van Persiego na The Emirates, w całym Londynie jest pokazem nienawiści, o jakiej można napisać pracę na miano doktora. Było to obalenie pomnika, jaki fani Arsenalu byli gotowi postawić obok figury Henry’ego.

Nie wiemy do końca, czy kolejną taką sytuację mogłoby wytrzymać serce Wengera, które wydawało się podziurawione niczym szwajcarski ser. Cała hierarchia zespołu została w dwa lata zburzona do zera, wydawało się, że Francuz stracił każdego, komu ufał. Z perspektywy czasu możemy zauważyć, że kibice i tak wszelkie rany wreszcie zregenerują, lecz w tamtym momencie nikt nie został rozbity bardziej od szkoleniowca Arsenalu. Po upokorzeniach, jakie przyniosły w nagrodę za zaufanie dzieci Wengera przyszedł czas na nowe decyzje związane z opaską. Według wcześniejszej ideologii idealnym kandydatem wydawał się Wilshere, lecz opaska powędrowała w ręce Vermaelena.

Rozpoczął się okres dwóch kapitanów, którzy moim zdaniem mogą zostać zweryfikowani przez historię jako okres bardzo bezpłodny w charakter. Oczywiście nie umniejszam ani Belgowi, ani jego następcy, czyli Mikelowi Artecie, lecz nie były to osoby, które choć trochę mogły przypominać starą gwardię liderów Wengera. Była to widoczna zmiana ideologii szkoleniowca. Zaufał innemu profilowi kapitana. Choć przygoda Thomasa oscylowała między spotkaniami gdzie był przyzwoitym defensorem, a kliniką i została zwieńczona transferem do Barcelony, raczej nikt w Londynie nie wspomina go źle. Natomiast Arteta był nowatorskim pomysłem. Uosobienie spokoju, rozwagi, człowiek rozumiejący taktykę jak nikt inny, o czym wspominał Arsene. To właśnie to urzekło w nim Wengera. Arteta nie dość, że wywiązywał się bardzo dobrze z powinności lidera na boisku, to w szatni spędzał godziny na zrozumieniu rywala i wykorzystaniu jego słabości.

To właśnie tej oazy spokoju i rozwagi klątwa nie dosięgła. Po 5 latach jakie spędził na The Emirates, Mikel podjął decyzję o zakończeniu kariery z opaską na ramieniu. Pierwszy zawodnik od 2002 roku, który dokończył karierę wśród ludzi, którzy go kochali, ze łzami w oczach pożegnał trybuny The Emirates. Moment refleksji dotknął wtedy wszystkich. Z kapitana czasem uważanego bez charakteru Mikel stał się wzorem dla kolejnego pokolenia kapitanów.

 

Zdecydowałem się nie wplatać kolejnego kapitana do akapitu wyżej poświęconego Mikelowi i Thomasowi. Byli oni wyjątkowi w swej niezwykłości, lecz dwumetrowy wieżowiec to całkowicie inna historia znów napisana przez zaufanie Wengera. Gdy Per Mertesacker stawał do główki z Crouchem, to wynik najczęściej okazywał się remisowy i piłka przeskakiwała obu. Niezwykle zabawny wynik, gdzie dwa wieżowce Premier League nie są w stanie wygrać ze sobą pojedynku na wzrost. Jeszcze bardziej niezwykłe jest, to że Peter bez problemu wygrywał pojedynek biegowy z Niemcem. Nie było to szczególnie trudnym zadaniem, lecz dla Anglika to bardzo ważny wpis do CV. Wybór Mertesackera był nieco szokujący.

W historii Arsenalu nie było nigdy wcześniej równie drewnianego i niestabilnego zawodnika, który fantastyczne mecze przeplatał z fatalnymi. Jednak decyzja o powierzeniu mu funkcji kapitana okazała się idealna. Per okazał się człowiekiem mający klub w sercu. Był prawdziwym liderem na boisku, jak i poza nim. Chyba każdy z nas pamięta moment, gdy po przegranym meczu Mesut Özil postanowił dać wyraz swojego zażenowania grą kolegów i zamierzał zejść do szatni bez podziękowania kibicom za doping. W drodze do tunelu pojawił się z nim dwumetrowy cień. Mertesacker wściekły po porażce, rozgrzany do czerwoności ruszył w stronę gwiazdy Arsenalu. Kilka słów sprawiło, że Niemiec obrócił się na pięcie i wrócił pod trybunę, aby docenić fanów. Ten moment zbudował Pera w Londynie, kibice uwierzyli, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Choć jego kadencja była okraszona kilkoma kontuzjami i Pera na The Emirates nie oglądaliśmy równie często co wcześniej, to okazał się kapitanem idealnym. Udowodnił, że kocha Arsenal. Po zakończeniu kariery pozostał w strukturach klubu jako dyrektor akademii. W wielu wywiadach podkreśla dumę jaką daje mu reprezentowanie Arsenalu i jak pokochał klub z północnego Londynu. Po serii Fabregasa i van Persiego, mamy przełom. Po Artecie, Mertesacker również przeszedł na sportową emeryturę z tarczą w ręku. Nie musieliśmy długo czekać, aby znów zobaczyć kapitana dziękującego trybunom The Emirates za wsparcie jakim go obdarzyli.

Wydawało się, że klątwa opaski, klątwa Wengera przeszła już w zapomnienie. Pewien etap historii został zamknięty wraz z odejściem francuskiego szkoleniowca, który rozpoczął swoją przygodę z Arsenalem żegnając swojego kapitana w 2002 roku, jak i żegnając Pera w 2018. Pozostawiając drużynę w rękach Laurenta Koscielnego był przekonany, że to dobry wybór i pozostawia nowemu szkoleniowcowi lidera, który nie zawiedzie. Życie jednak jest całkiem przewrotne i gdyby Koscielny spełnił pokładane w nim nadzieje, to ten artykuł nie miałby miejsca.

Piękny lipcowy dzień, Arsenal po kilku treningach w Londynie i powrocie z wakacji zawodników przygotowuje się do wylotu na obóz przygotowawczy do Los Angeles. Trwa liczenie zawodników niczym na kolonii, która ma zabrać dzieciaki nad morze. Coś się nie zgadza. Brakuje jednego z zapisanych dzieciaków. Pojawia się nawet grupka rozrabiaków w postaci Mustafiego i Özila, których zeszłoroczna kolonia miała być ostatnią. Brakuje tego o twarzy mordercy i włosach na żelu.

Gdzie się podział Koscielny? Laurent postanowił zbuntować się przeciwko drużynie. Lider drużyny swoją niesubordynacją i niestawieniem się na wylot chce zmusić zarząd Arsenalu do rozwiązania jego kontraktu, co pozwoli mu na powrót do Francji, o której tak marzy. Zły Arsenal nie chce pozwolić swojemu kapitanowi na odejście za czapkę gruszek. Kanonierzy, którzy w dalszym ciągu nie są w stanie zmodernizować defensywy zostali postawieni przed wybrykiem kluczowego obrońcy, lidera drużyny, ponieważ znudził mu się Londyn. Zachowanie zawodnika o polskich korzeniach to nowość, nawet jak na warunki Arsenalu. Jeszcze w historii nie było kogoś, kto chce wymusić transfer do klubu z kilku półek niżej. Jak wymuszanie transferu Fabregasa jakoś można było usprawiedliwić pogonią za trofeami, tak Koscielny postanowił zniszczyć swoje ostatnie 9 lat historii w Arsenalu na rzecz Bordeaux. Życie zaskakuje, zaskakuje również Laurent. Kolejny zawodnik, który został stworzony przez ten klub, wyłowiony jako zawodnik Lorient. Arsenal stworzył w nim kapitana reprezentacji Francji, jednego z najbardziej charakterystycznych obrońców Premier League. On jednak zdecydował się spalić za sobą wszelkie mosty i okrasić swoją karierę czarną plamą.

Wydawało się, że klątwa uciekła z The Emirates, lecz jednak chyba nikły budżet Arsenalu lepiej zainwestować w szamana vodoo. Przed Emerym nadchodzi poważny wybór. Po roku pracy staje przed wyzwaniem wybrania nowego lidera Arsenalu, który tym razem okaże się podobnie jak Arteta, czy Mertesacker klątwooodporny. Hiszpana czeka niemały ból głowy w związku z wyborem człowieka, któremu zaufa. Przed dwoma laty prawdopodobnie mielibyśmy problem w doszukaniu się charakteru w tej drużynie, lecz teraz o to miano może rywalizować grupa ludzi, którzy skoczą za tą drużyną w ogień.