Wiecznie im czegoś brakuje, ciągle tylko „wywierają presję”, a gablotka stoi pusta. Nic nie wygrają, skończy się jak zwykle… Jeśli rozmowa schodzi na temat Tottenhamu, to często słychać te „śmieszne” docinki. Już dziś podopieczni Pochettino mogą pokazać, że naprawdę są w stanie rywalizować z najlepszymi. Albo udowodnić, że te wszystkie komentarze są prawdziwe…

Wynik pierwszego spotkania Manchesteru City z Tottenhamem mógł zaskoczyć wielu z nas. W końcu rozpędzona maszyna Guardioli od startu roku zaledwie raz nie wygrała. 9 kwietnia jego podopieczni zaznali smaku porażki drugi raz i teraz będą musieli uciec spod topora.

Pokazali, że się nie boją

Styl gry Kogutów z pierwszego meczu naprawdę nie wyglądał źle. Nie było murowania bramki, to nie był antyfutbol. Mauricio Pochettino nie po raz pierwszy udowodnił, że nie boi się postawić się rywalowi, nawet jeśli czeka go starcie z oponentem z najwyższej półki. O ile przed pierwszą rundą tej konfrontacji uważałem, że City to zdecydowany faworyt dwumeczu, to przed rewanżem muszę przyznać, że zostałem miło zaskoczony. Wygrać z Obywatelami to nie byle sztuka. Zwłaszcza, jeśli zwrócimy uwagę na okoliczności, w jakich odniesione zostało zwycięstwo.

Spotkanie rozpoczęło się dla Spurs w niemalże najgorszy możliwy sposób – od rzutu karnego dla rywali. Hugo Lloris uratował jednak swoją drużynę w kluczowym momencie, dając kopa zespołowi. Moim zdaniem to może być moment kluczowy. Nie tylko dla tego sezonu. Co jest przecież najczęstszym zarzutem pod adresem Tottenhamu? Skłonność do „pękania” pod presją. Tego jednak nie było widać. Ekipa gospodarzy nie spanikowała, nie było po nich widać specjalnej bojaźliwości czy zdenerwowania.

Chociaż City nie grało tak ofensywnie, jak z reguły to robi, to miało mecz pod kontrolą. Ich rywale zdołali jednak przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Kluczowy okazał się zmysł Argentyńczyka, który postawił na utrudnienie rozegrania piłki Ilkayowi Gundoganowi i Fernandinho. Naciskając dwa ogniwa decydujące o tym, jak rywale wyprowadzali futbolówkę ze strefy obronnej, zniwelował największy atut oponentów i sprawił, że byliśmy świadkami szalenie wyrównanego i zarazem „trudnego” starcia.

Dostosowanie się do przeciwnika to szalenie imponująca umiejętność – zarówno piłkarzy, jak i menedżera. Takie mecze pokazują siłę drużyny i udowadniają, że powoli, drobnymi krokami Tottenham Hotspur wciąż się rozwija i wciąż jest projektem z potencjałem. Teraz pozostało jeszcze udowodnić to w rewanżu.

Najtrudniejszy z egzaminów

Drugie starcie z ekipą z niebieskiej części Manchesteru będzie niesamowicie trudne. Po pierwsze: rozjuszeni The Citizens są jeszcze groźniejsi. Przekonało się o tym Schalke w obu meczach, przekonał się o tym każdy rywal, z którym ekipa Guardioli musiała odrabiać straty. W końcu oni czują się najlepiej, gdy mogą atakować i właśnie to będą musieli zrobić. Można więc stwierdzić, że to będzie dla nich przyjemność – muszą wyjść i ukłuć rywala, możliwie jak najszybciej.

Druga sprawa – brak Harry’ego Kane’a. Wszyscy dobrze wiemy, ile znaczy Anglik dla drużyny Poche. Ten gość to maszyna, najlepiej pokazują to jego 24 trafienia w 39 klubowych meczach w tej kampanii. Nie ma nawet po co rozwodzić się nad tym, jak trudnym zadaniem jest zastąpienie go, przecież wszyscy dobrze to wiemy. W kluczowym momencie, gdy piłka spadnie pod nogi zawodnika Kogutów w okolicach pola karnego rywala, chyba każdy ich fan chciałby, aby był to właśnie najlepszy strzelec zespołu, ale… trzeba poradzić sobie bez niego.

Paradoksalnie, zespół z Londynu wyglądał naprawdę nieźle pod nieobecność swojego supersnajpera. Wariant z Sonem na szpicy dawał dobre efekty i wydaje się, że właśnie takie rozwiązanie wybierze Pochettino. Waleczność Koreańczyka może okazać się naprawdę przydatna – w końcu zagwarantowała zwycięstwo w pierwszym meczu. Były zawodnik Bayeru Leverkusen był oszczędzany w sobotę. Będzie potrzebował pełni sił, aby pociągnąć zespół, jeśli coś nie pójdzie zgodnie z planem.

Obrona najgorszym wyjściem

Chyba wszyscy wiemy, że postawienie muru przed własną bramką w meczu z Manchesterem City to ogromne ryzyko. Wszak Obywatele przyzwyczajeni są do takiego podejścia rywali i dobrze czują się, gdy mogą nieustannie cisnąć. Problemy zaczynają się jednak, gdy rywal nie zamierza przystać na narzucane przez nich warunki, chociaż jest to miecz obosieczny.

Można, jak Chelsea, zaatakować i zostać ukaranym w bardzo brutalny sposób lub, jak umie to robić Poche czy Klopp napsuć skóry rywalom, uniemożliwiając im rozwinięcie skrzydeł. Widać to zresztą po podejściu Guardioli, który w konfrontacjach z Argentyńczykiem często odchodzi od swojego konwencjonalnego ustawienia. Zwłaszcza w fazie defensywnej, co widać było w zeszłym tygodniu.

Ten swoisty szacunek do rywala, który nakazuje Pepowi wstrzymywać się ze swoimi zwyczajowymi zapędami ofensywnymi może jednak odejść w niepamięć, bo teraz jego podopieczni po prostu muszą strzelić gola. Najlepiej nawet kilka, bo bramka na wyjeździe może dać dużą przewagę Kogutom. Strzelenie takowej może okazać się nie mniej kluczowe niż utrudnienie gospodarzom rozpędzenia się.

Dwóch wielkich wodzów naprzeciw siebie

Konfrontacja takich trenerów to zawsze wielka gratka dla futbolowych pasjonatów. Śmiem twierdzić, że w całej Premier League tylko właśnie Pochettino i Klopp są w stanie rywalizować z Guardiolą, jeśli chodzi o warsztat trenerski. Dzisiaj właśnie będziemy świadkami starcia dwóch niesamowitych futbolowych mózgów o ogromną stawkę. Bitwa w Manchesterze może nie przynieść wielu bramek, ale z pewnością będzie sprawiała, że będziemy wbijali się w fotele.

Każdy ruch, każde zagranie będzie elementem złożonego planu. W końcu u obu menedżerów właściwie nie ma miejsca na przypadek – to dwaj perfekcjoniści, którzy analizują boiskowe wydarzenia na bieżąco i są w stanie na nie zareagować w nienaganny wręcz sposób. Nawet osłabiony Tottenham może okazać się niesamowicie niewygodnym przeciwnikiem, wszystko zależy od „szachowej” rozgrywki przy tablicach taktycznych.

Na takie mecze czeka się dniami. Ja, jako obiektywny kibic już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję na ogromne emocje. Tu wcale nie będzie trzeba pięknego futbolu do niesamowitego widowiska. Wystarczy sama atmosfera, okoliczności rozgrywania spotkania i jego aktorzy. Przecież to pojedynek dwóch fenomenalnych ekip i światowej klasy trenerów, do tego przedstawicieli Premier League… Czego więcej my, fani angielskiej piłki możemy żądać?

Stawka będzie ogromna. W końcu to nie tylko walka o wejście do półfinału Ligi Mistrzów. Dla City to szansa na przedłużenie marzeń o historycznej, poczwórnej koronie. Dla Spurs będzie to okazja na pokazanie, że nie ograniczają się tylko do wywierania presji, ale są w stanie z dumą przejąć angielski sztandar w europejskich pucharach. Przewidzieć, kto wygra – nie sposób. Z jednej strony goście mają zaliczkę, z drugiej dobrze wiemy, że ich rywale są w stanie ich przechytrzyć, jak wszystkich innych.