W sezonie 1992/93 pierwszy raz zetknięto się ze zjawiskiem socjologiczno-sportowym zwanym Premier League. Liga wystartowała. Zespoły ruszyły do walki, a pierwszym mistrzem został Manchester United. Od następnego sezonu reprezentowali  Anglię, do spółki z Aston Villą i Norwich City, w najważniejszych europejskich rozgrywkach. 

I chociaż Premier League znana jest ze swoich kontynentalnych podbojów, to nie zawsze było różowo. Zdarzały się fatalne sezony, zdarzały się kompromitujące mecze. Zdobywcy stawali się zdobyczą. Warto zatem przyjrzeć się najbardziej pamiętnym wpadkom w historii europejskich potyczek zespołów z Premier League. Pod uwagę zostały wzięte Puchar Zdobywców Pucharów, Liga Mistrzów oraz Liga Europy.

Galatasaray – Manchester United – 1993/94 (3:3,0:0)

Ten dwumecz śni się fanom Czerwonych Diabłów do dziś. Jako pierwsi mistrzowie Premier League, mieli zaszczyt reprezentować Anglię w Lidze Mistrzów. Było to jednak bolesne zetknięcie z rzeczywistością. Już pierwszy rywal – węgierskie Kispest Honved – sprawiło Manchesterowi nadspodziewanie dużo kłopotów. Podopieczni Fergusona awansowali, ale mieli furę szczęścia. Zabrakło jej w Turcji.

Pierwszy mecz, rozgrywany na Old Trafford, okazał się być prawdziwą strzelaniną. Mimo dwubramkowego prowadzenia, mistrzowie Anglii przegrywali pod koniec meczu. Honor uratował Eric Cantona, który dał nadzieję przed wyjazdem do stolicy Turcji. A właściwie przed wyjazdem do piekła.

Galatasaray potrzebowało spokojnego remisu. Jakikolwiek wynik, poza porażką, właściwie gwarantował im kolejną rundę rozgrywek. Anglicy przegrali jednak ze strachem. Już w swoim domowym meczu zetknęli się z turecką wizją kibicowania, kiedy fani stołecznego wbiegli na murawę. Jednego zatrzymał Peter Schmeichel, drugiego ochrona. Było to jedynie preludium do koszmaru. Na zawodników Manchesteru czekały życzenia śmierci i pogróżki ze strony obsługi hotelu. Wszechobecna wrogość spętała mistrzowi nogi i ten boleśnie wywrócił się, zupełnie nie radząc sobie w meczu, który zakończył się bezbramkowym remisem.

Rotor Wołgograd – Manchester United – 1995/96 (0:0,2:2)

Porażkę z Turkami można było jakkolwiek usprawiedliwiać. Czy to przez niewielkie europejskie doświadczenie, czy to przez obawę o własne życie, czy to przez nieprzystosowanie do rywala. W wypadku porażki z Rosjanami, trudno jednak o takie wytłumaczenia.

Na wyjeździe znowu zawiodła skuteczność. Mistrzowie zza naszej wschodniej granicy zagrali spokojny mecz, a Manchester United konsekwentnie walił głową w ścianę. Skończyło się na 0:0, które jeśli kogoś urządzało, to z pewnością nie Anglików. Boleśnie zdali sobie z tego sprawę na Old Trafford. Po pół godziny gry przegrywali już 0:2, a gole dla przyjezdnych strzelali Oleg Veretennikov oraz Vladimir Niederhaus. Legendy Rotoru zagrały w kadrze Rosji zaledwie jeden raz, ale tamtego dnia pogrążyły angielskiego giganta. Na trafienia gości odpowiedzieli Paul Scholes oraz… Peter Schmeichel. To jednak nie wystarczyło.

Hapoel Tel Aviv – Chelsea – 2001/02 (2:0,1:1)

Skończyły się lata 90., nie skończyły się kłopoty Anglików na wschodzie piłkarskiej Europy. Przekonał się o tym pewien stołeczny klub, który najsłynniejsze lata miał mieć dopiero przed sobą. Mimo tego, już na początku XXI wieku grał w europejskich pucharach, a w składzie miał takie jednostki jak Frank Lampard, Gianfranco Zola, John Terry, Emmanuel Petit, Jimmy Floyd Hasselbaink, William Gallas i Marcel Desailly.

Większość z tej śmietanki poleciała do Izraela, gdzie Claudio Ranieri otrzymał solidną lekcję futbolu. Hapoel cierpliwie czekał na Chelsea, która w głupkowaty sposób traciła piłkę. Ostatecznie pogrążyły ich dwie akcje. Najpierw czerwoną kartkę obejrzał Mario Melchiot, a w 85 minucie John Terry sprokurował rzut karny. Wykorzystał go Shimon Gershon. Londyńczyków dobił jeszcze Serghei Clescenko. W rewanżu Chelsea jedynie zremisowała.

Aston Villa – Varteks – 2001/02 (2:3,1:0)

Rok 2001 naprawdę nie był dobry dla angielskiej piłki. Przekonał się o tym pewien klub z Birmingham, którego jak lata wcześniej Manchester United, wyeliminowała zasada bramek na wyjeździe. No i po prostu beznadziejna gra.

Niespodziewany zapał Chorwatów zupełnie stłamsił gospodarzy. Aston Villa kompletnie nie radziła sobie z atakami przyjezdnych, którzy już przed przerwą objęli prowadzenie. W drugiej części ucichli, pozwalając rewelacyjnemu Juanowi Pablo Angelowi na dwa trafienia. Wydawało się, że Anglicy pójdą za ciosem. Nic bardziej mylnego. Z prowadzenia cieszyli się dwie minuty. Gola strzelił Veldin Karić, a pod koniec spotkania drugi raz ukąsił Sasa Bjelanović. Oczywiście, jak to zwykle w takich wypadkach bywa, żaden z nich nie zrobił dużej kariery.

Aston Villa pojechała do Chorwacji z wielkimi nadziejami. Jednak na nich się skończyło. Solidna defensywa zespołu z północy kraju dała się pokonać zaledwie raz. I to na sam koniec spotkania.

Chelsea – Viking – 2002/03 (2:1,4:2)

Wydawało się, że po pierwszym meczu wszystko mają pod kontrolą. Wygrana u siebie, spokojna gra na wyjeździe. Taki był plan The Blues, który jednak zaczął sypać się już od pierwszych minut starcia w Norwegii. Po 35 minutach Chelsea znowu była za burtą Pucharu UEFA.

Walkę nawiązał Frank Lampard, doskonale pamiętający poprzednią wpadkę Londyńczyków. Jednakże jego starania nie wystarczył, gdyż Europie przedstawił się Erik Nevland. Legenda Vikinga i wychowanek Manchesteru United trafił dwukrotnie. Najpierw w 60 minucie, a później w 88. Ten właśnie gol był gwoździem do trumny dla Anglików. Chelsea starała się jak mogła, ale przez kilka ostatnich minut nie była w stanie sforsować defensywy Norwegów.

Skandynawowie odpadli już w kolejnej rundzie, dostając wciry od rewelacyjnej wówczas Celty Vigo.

Manchester City – Groclin Grodzisk Wielkopolski – 2003/04 (1:1,0:0)

Można było odpaść z Chorwatami. Można było z Norwegami, Izraelitami oraz Rosjanami i Turkami. No ale z Polską? Pogrążoną w kryzysie piłkarskim Polską? W dodatku z klubem z Grodziska Wielkopolskiego? Wolne żarty.

A jednak ziściły się koszmary i marzenia. A jednak stało się niewytłumaczalne. Wszystkim wydawało się, że Anglicy szybko rozprawią się z Polakami u siebie, a wyjazdowy mecz potraktują jako odbębnienie koniecznego. Okazało się jednak, że tak jak szybko zaczęli, tak szybko skończyli. W piątej minucie trafił Anelka… i to było tyle. Manchester City nijak nie potrafił pokonać Mariusza Liberdy. Sunęli do przodu i sunęli i nic z tego nie wychodziło. A potem Grodzisk otrzymał rzut wolny i Sebastian Mila strzelił swoją drugą najsłynniejszą bramkę w karierze. Potężnym strzałem z dystansu pokonał samego Davida Seamana i cały niebieski Manchester zamarł.

W Polsce rzucili się do ataku. Jednak z takim samym skutkiem jak w Anglii. A właściwie to z gorszym. Niedowierzanie Kevina Keegana przeszło już do historii. Groclin sobie ten awans zamurował w swoim sześciotysięcznym Grodzisku.

Genclerbirligi – Blackburn Rovers – 2003/04 (3:1,1:1)

Turcja jest zła, Turcja jest straszna, w Turcji się wygrać nie da. Obserwując starcie Blackburn z zespołem, którego nazwy nie powtórzę, można było dojść do wniosku, że Anglicy wbili sobie do głowy o zdanie. Znowu uaktywniła się suma wszystkich strachów, a grający fajną piłkę klub zupełnie się zablokował.

Najboleśniej widać to było na przełomie 42 i 43 minuty starcia w Turcji. Gospodarzom udało się wówczas strzelić dwie bramki, a sytuacja Blackburn ze złej, stała się tragiczna. Klubowi udało się odpowiedzieć jednym trafieniem, ale na nie z kolei odpowiedzieli Turcy. Taka porażka właściwie dyskredytowała Anglików.

Przekonali się o tym w meczu u siebie. Blackburn objęło prowadzenie, ale już minutę później był remis. Czegokolwiek by nie zrobili podopieczni Graeme Sounessa, ich rywal był o krok szybszy. Przygoda z Europą skończyła się zaskakująco szybko, a Genclerbirligi grało do czwartej rundy, gdzie odpadli z tryumfatorem rozgrywek – Valencią.

Benfica – Liverpool – 2005/06 (1:0,2:0)

Kiedy The Reds, cudowni zwycięzcy Ligi Mistrzów 2005, przyjeżdżali do Portugalii, w głowie mieli jedno. Po prostu tego meczu nie przegrać, a na Anfield dać rywalom wycisk. Proste i teoretycznie skuteczne. Swoją grupę wygrali bezpardonowo, wyprzedzając Anderlecht, Betis oraz Chelsea. Braga zaś awansowała z drugiego miejsca, między innymi dzięki zwycięstwu nad Manchesterem United.

Do 84 minuty starcia w Portugalii, plan Liverpoolu działał. Później jednak do bramki gości trafiła legenda Benfiki – Brazylijczyk Luisao. Pod The Reds zaczął pękać lód, ale nikt nie spodziewał się wydarzeń z Anfield. Gospodarze atakowali, oddali łącznie 15 strzałów, ale żaden nie trafił do siatki. Trafili natomiast przyjezdni. W 36 minucie rewelacyjny Simao, a dzieła zniszczenia dokonał rezerwowy Miccoli, strzelec ponad 100 bramek na boiskach Serie A.

Larissa – Blackburn Rovers – 2007/08 (2:0,1:2)

Grecy nie grali nawet na własnym stadionie. Ich obiekt nie spełniał wymagań UEFA, więc domowe spotkania trzeba było rozgrywać gdzie indziej. Padło na arenę w Wolos. To właśnie tam Blackburn właściwie pożegnało się z tamtymi europejskimi rozgrywkami. Nic w tym dziwnego, bo trudno oczekiwać innego wyniku, jeśli w ciągu dwóch minut traci się dwie bramki. Jedną strzelił Cleyton, a drugą Ibrahima Bakayoko. Obydwaj nie zagrzali w Larissie miejsca zbyt długo, ale okazali się zaporą nie do przejścia.

Pierwszy z nich zdobył także bramkę w rewanżu, która oznaczała, że gospodarze potrzebowali aż czterech bramek do awansu. To nie nastąpiło. Grecy zagrali na zupełnym luzie, a ekipa Marka Hughesa potrafiła odpowiedzieć tylko dwoma trafieniami. Mecz udało się wygrać, ale co to za wygrana.

Aston Villa – Żlina – 2008/09 (1:2)

Całe szczęście Aston Villa zdołała awansować do fazy pucharowej UEFA Cup, mimo kompromitującej porażki ze Słowakami. A było to o tyle zaskakujące, że Żlina nie potrafiła do tamtej pory wygrać choćby jednego spotkania. A w Birmingham się udało. I to jak! Już po dwudziestu minutach prowadzili 2:0, a bramki strzelali Leitner oraz Styvar. Na ich trafienia odpowiedział jedynie Nathan Delfouneso, moment przed trzydziestą minutą.

Żlina grała już o nic, bo nie miała możliwości awansu. Aston Villa grała zaś o lepszą pozycję w tabeli i możliwość otrzymania łatwiejszego rywala. Nie wyszło. Angielski klub zajął ostatnie premiowane awansem miejsce, a w następnej rundzie trafił na CSKA Moskwa, które bez większych problemów wyeliminowało Martina O’Neilla i jego podopiecznych.

Lech Poznań – Manchester City – 2010/11 (3:1)

Kiedy nadchodziła runda rewanżowa, faworyci z Anglii nie mieli jeszcze zapewnionego awansu. Ba! Na koncie mieli siedem punktów, wywalczonych remisem oraz zwycięstwem nad Red Bullem i poznańskim Lechem. Promocja do fazy pucharowej była na wyciągnięcie ręki, ale te rękę na pewien moment skutecznie odtrącono.

Do Poznania przyjeżdżali żeby wykonać wyrok. W meczu u siebie zupełnie stłamsili polski zespół, a Adebayor strzelił aż trzy bramki, zupełnie demolując defensywę Kolejorza. Kiedy jednak stanęli do rewanżu, coś się zmieniło. Nogi ugięły się pod Anglikami, a warunki zaczął dyktować Lech. Mimo tego po 51 minutach był remis. Gra się jednak do końca.

W ostatnich pięciu minutach to gospodzarze pokazali prawdziwą wolę walki. Najpierw skuteczny okazał się Manuel Arboleda, a później do bramki trafił Mateusz Możdzeń. Strzał z dystansu okazał się na być na tyle mityczny, że dziewięć lat po tamtych wydarzeniach nadal uważa się, że potrafi on uderzyć z dystansu. W tamtym meczu siadło wyjątkowo, ale Lech zaczął wierzyć w awans. Wiara czyniła cuda, bo mimo posiadania zaledwie czterech punktów po pierwszych trzech meczach, Poznaniacy awansowali. Paradoksalnie, tuż za Manchesterem City.

Łudogorec – Liverpool – 2014/15 (2:2)

Tamten sezon miał w konsekwencji dla The Reds jeden pozytyw. Było nim odejście Brendana Rodgersa i przybycie Jurgena Kloppa. Zanim jednak Niemiec zawitał na Anfield, klub miał okazję odpaść z Ligi Mistrzów i to w dość fatalnym stylu. Liverpool trafił do stosunkowo łatwej grupy z Basel, Realem Madryt i Łudogorcem. Wtedy jednak barwy zespołu z Anglii reprezentowały takie tuzy jak Mario Balotelli, Rickie Lambert i Fabio Borini.

W piątej, przedostatniej kolejce zmagań grupowych, The Reds wybrali się na podróż do Bułgarii. Już wtedy byli w stosunkowo słabej sytuacji. Po porażce ze Szwajcarami i dwukrotnej przegranej z Realem, Liverpoolczycy potrzebowali trzech punktów wywalczonych z Łudogorcem. Wtedy mogli walczyć na swoim boisku z Basel, a stawką miało być wyjście z grupy. Sprawy jednak znacząco się skomplikowały.

Już po trzech minutach gospodarze wyszli na prowadzenie dzięki kompromitacji Mignoleta i bramce Daniego Abalo, którego możecie kojarzyć z występów dla… Korony Kielce. Hiszpan dał Bułgarom zaskakujące otwarcie, które mogło nawet sprawić, że sięgnęliby po awans do Ligi Europy. Ich nastroje uspokoił jednak Lambert, a następnie Henderson. Wydawało się, że Liverpool wrócił na właściwe tory i po przerwie przypieczętuje wygraną.

Nic z tych rzeczy. Kiedy piłkarze wyszli z tunelu, Bułgarzy po prostu przyparli gości i sprawili, że wyglądali na ich tle zwyczajnie słabo. Łudogorec atakował, atakował i atakował aż w końcu strzelił Georgi Terziev. Najgorsze w tym wszystkim było to, że gospodarze po prostu na tego gola zasługiwali.

Liverpool znalazł się pod ścianą i na Anfield zaledwie zremisował z Basel, po czym odpadł z tamtej Ligi Mistrzów.

West Ham United – Astra Giurgiu – 2015/16 (2:2, 1:2)

Wybór tego meczu ma związek z całą postawą londyńskiej ekipy, która konsekwentnie prezentowała się fatalnie w europejskich rozgrywkach. Zanim WHU pierwszy raz podjęło Rumunów, zacięcie walczyło z Birkkirkarą, czyli maltańską drużyną. Udało się ich pokonać dopiero w serii rzutów karnych. W przypadku meczu z Astrą, nie doszło nawet do tego.

W pierwszym spotkaniu, rozgrywanym w Anglii, gospodarze szybko objęli prowadzenie. Valencia zdobył bramkę, a mecz układał się pod ich dyktando. Sześć minut po przerwie prowadzenie zostało podwyższone. Do siatki Rumunów trafił Zarate i wydawało się, że do rewanżu sprawa będzie już przesądzona. Nic z tych rzeczy. W ostatnich 20 minutach to przyjezdni okazali się być lepszą ekipą, co udowodnili dwukrotnym pokonaniem golkipera Młotów.

Mimo tego, wciąż dawano szanse West Hamowi. Wzrosły one znacznie, gdy już po czterech minutach drugiego starcia, wygrywali właśnie goście. Znowu jednak Londyńczycy pokazali się ze swojej najgorszej strony i dopuścili do straty dwóch bramek. Budescu zdobył dublet, a WHU pożegnało się z pucharami.

Bayern – Arsenal – 2016/17 (5:1,5:1)

Kanonierzy konsekwentnie unikali pojawienia się w tym zestawieniu. Przez kilkanaście lat występów w Europie raczej zachowywali się dość porządnie. No ale nie w 2017 roku, kiedy na kwaśnie jabłko sprał ich Bayern.

Do fazy pucharowej, Arsene Wenger awansował niepokonany. Jego klub tylko dwa razy zgubił punkty, gdy zremisował mecze z PSG. Wydawało się zatem, że Anglicy mają stosunkowo łatwe zadanie i powinni uporać się z kolejnym rywalem. Trafili jednak chyba najgorzej jak tylko mogli.

Na pierwszy mecz – w Monachium – wyszli zupełnie spetryfikowani. Ustąpili pola gospodarzom, a ci ukąsili pierwszy raz w 11 minucie. Na trafienie Robbena odpowiedział jednak Alexis Sanchez i do przerwy mieliśmy dość zaskakujący remis. Wydawało się, że Arsenal zakopie się na własnej połowie i doprowadzi do emocjonującego rewanżu. A gdzie tam. Zaraz po przerwie trafił Lewandowski, a po nim Thiago. Hiszpan strzelił swoją drugą bramkę, a dzieła zniszczenia dokończył Thomas Mueller. Po Kanonierach nie było co zbierać.

W domowym meczu objęli jednak szybkie prowadzenie. Pojawił się pierwsze myśli o remontadzie, tym bardziej, że byli lepszą ekipą w pierwszych 45 minutach. Nie potrafili jednak ponownie pokonać bramkarza Bayernu, co Niemcy boleśnie wykorzystali. Znowu trafił Lewandowski. A później Robben, Douglas Costa, Vidal i Vidal. Arsenal stracił 10 bramek i wyleciał z hukiem.

Atalanta – Everton – 2017/18 (5:1)

Widzieliście wczorajszy mecz Nerazzurrich? No to wyobraźcie sobie bramkarza, który ma dzień jakieś pięć razy gorszy niż Bartek Drągowski. Przed państwem Jordan Pickford i drugi grupowy mecz z Atalantą.

Już w pierwszym Anglicy skompromitowali się, kiedy zostali rozbici 0:3. Nie miało to jednak nic wspólnego z rewanżem, gdzie Everton po prostu nie powinien wychodzić na boisko, bo zagrał absolutnie dramatyczne zawody, a piłkarza Atalanty mieli sobie przyjezdnych za nic.

Włosi cały czas atakowali i po 70 minutach powinni prowadzić zdecydowanie wyżej niż 2:1. W końcu jednak fortuna uśmiechnęła się do nich i wynagrodziła za wspaniałe zawody, pozwalając wbić trzy bramki w samej końcówce spotkania. Trafienia Gosensa i dublet Corneliusa dzieliło zaledwie 6 minut. Było to sześć minut wypełnione bólem Evertonu, który podsumował swoją fatalną dyspozycję w tamtym sezonie Ligi Europy.