Ambicja to niezbędna cecha w życiu każdego piłkarza, menedżera, prezesa i właściciela, będąca podłożem do działań dla dobra klubu piłkarskiego. Klubu, który nie powinien być tylko źródłem zarobku, ale również stanowić integralną część społeczeństwa, zaangażowanego we wspieranie go. Gdy ambicji brakuje, społeczeństwo ma prawo się buntować.

Nie znam kibica, który nie marzyłby o potędze swojego klubu. Te marzenia są oczywiście proporcjonalne do jego statusu i renomy. Dla największych może nie wystarczyć nawet samo mistrzostwo, a dla tych mniejszych każdy rok spędzony w najwyższej klasie rozgrywkowej jest niczym piękny sen. Sen fanów Swansea City dobiegł końca po siedmiu latach. Nie ma złotego środka na poradzenie sobie z degradacją, ale fundamentem jest wiara w szybkie odbudowanie się i dalsze inwestowanie w organizację, która poprzez pobyt w elicie zaczęła coś znaczyć. Kibice Łabędzi ze smutkiem muszą jednak patrzeć, jak przy Liberty Stadium brakuje inwestycji i chęci odbicia się od dna. Dla klubu znad rzeki Tawe nadeszły ponure czasy, a ich niechlubną twarzą są amerykańscy właściciele, którzy dla fanów są wrogiem numer jeden.

Sukces nadszedł niespodziewanie

Drugi w historii awans Swansea do najwyższej klasy rozgrywkowej częściowo wyparł mentalność małego klubu. Niełatwo uwierzyć w to, że jeszcze osiem lat wstecz, klub prawie zasmakował dna, jakim byłby spadek z League Two. Droga na szczyt była niezwykle satysfakcjonująca, ponieważ w międzyczasie powstał nowy stadion i udało się stworzyć tożsamość, jaka wyróżniała się wśród drużyn z niższych lig. Nagle walijskiej drużynie przyszło rywalizować z najlepszymi i to rywalizować z powodzeniem. The Swans w świetnym stylu weszli do Premier League, a niedługo potem zatriumfowali w Pucharze Ligi, co pozwoliło im przecież zagrać w europejskich pucharach.

Nie wszystko złoto co się świeci. Gra w Lidze Europy zbiegła się z pierwszym kryzysem. Łabędziom w prawdzie nie groził wtedy spadek, ale dokonano pierwszego zwolnienia menedżera od lat. Michaela Laudrupa zastąpił Garry Monk i z legendą na ławce trenerskiej Swansea prędko się odbudowała, ale chwilę potem zaczęła się przykra droga w dół. Spoczęto na laurach, bądź stwierdzono, że osiągnięto już sufit. Od 2015 roku zarządzanie klubem wołało o pomstę do nieba. Piękny sen powoli przeradzał się w koszmar.

Plan pozbawiony ambicji

Gdybym miał wskazać symbole upadku Swansea, miałbym dylemat, bo kandydatów do tego miana jest całe mnóstwo. Przed oczami mam odchodzącego Gylfiego Sigurdssona, zastąpionego przez Sama Clucasa, kolejnych menedżerów, którzy przychodzili i za chwilę byli zwalniani lub Manolo Gabbiadiniego, który stał się nieoczekiwanym bohaterem Southampton, spychając swoim golem Swansea w otchłań, która od maja 2018 roku pochłania ten klub z każdym dniem coraz bardziej. To dopiero bolesny cios, że o spadku zadecydowała jedna z raptem dziesięciu bramek Włocha podczas nieudanego pobytu na Wyspach.

Głównymi powiązanymi z walijskim Waterloo są jednak amerykańscy właściciele. Steve Kaplan i Jason Levien pojawili się w klubie w 2016 roku, zakupując znaczną część udziałów. Plan ówczesnego prezesa Swansea, Huw Jenkinsa, był taki, aby Amerykanie zapewnili Swansea swoistą ochronę finansową przy ewentualnym spadku Łabędzi do Championship. Absurdalna strategia pozbawiona jakichkolwiek ambicji, ale byłbym w stanie ją zrozumieć, gdyby przygotowany plan rzeczywiście się powiódł. Fakty niestety są takie, że degradacja nadeszła, ale w klubie nie ma obecnie ani pieniędzy, ani człowieka odpowiedzialnego za obranie takiej polityki. Jest za to dwójka niechcianych biznesmenów.

Samo sprowadzenie nowych właścicieli spotkało się z frustracją fanów. Nie wynikało to tylko z niechęci do narodowości inwestorów, ale również z samego procesu pozyskiwania ich. Swansea dotychczas mogła chwalić się tym, że stowarzyszenie kibiców miało duży wpływ na najważniejsze decyzje związane z klubem. Tymczasem przybycie Amerykanów odbyło się w zasadzie za zamkniętymi drzwiami, a dogadywanie szczegółów transakcji trwało tak długo, że w Swansea przespano znaczną część okresu międzysezonowego i przy okazji zniechęcono Brendana Rodgersa do powrotu na Liberty Stadium. Irlandczyk miał już gotowy kontrakt na stole, ale nie dziwię się mu, że odmówił.

Klub od tamtego czasu wyraźnie zaczął tracić swoją tożsamość. Przez lata można było Swansea chwalić za scouting. The Swans jak mało kto potrafili pozyskiwać piłkarzy zza granicy za rozsądne pieniądze. Lwia część z tych transferów okazywała się strzałami w dziesiątkę. Wystarczy wspomnieć hiszpańską kolonię z kupionym za grosze Michu na czele albo przyprowadzonego za darmo na Liberty Stadium Andre Ayew. W aspektach rekrutacyjnych coś jednak zaczęło się psuć. Gotówkę zaczęto wydawać z większym rozmachem w nieprzemyślany sposób. The Swans sięgali po drugoligowców, samemu stając się przy okazji drużyną, skrojoną na Championship.

Odnaleźć się w nowej rzeczywistości

Prawdziwy cios nadszedł z momentem wyczekiwanego spadku. Wyczekiwanego, bo przecież który racjonalnie myślący kibic miałby uwierzyć w akcję ratunkową z Carlosem Carvalhalem na czele – człowiekiem, który miesiąc wcześniej stracił pracę w klubie, będącym szczebel niżej. Latem drużyna została całkowicie rozsprzedana. Wystarczy powiedzieć, że w momencie zamknięcia okna transferowego Swansea została z tylko jednym środkowym obrońcą i Łabędzie miały ogromne szczęście, że w rezerwach uchował się fenomenalny Joe Rodon, który zapełnił lukę na tej pozycji.

Na palcach dwóch rąk można wymienić zawodników pierwszego zespołu, którzy zdecydowali się pozostać w Walii. Cała reszta wyparowała ze Swansea, a co najgorsze – wyparowały również pieniądze, otrzymane z tych sprzedaży. Jakże frustrujący jest widok pozostałej dwójki spadkowiczów, która zarobione pieniądze ze sprzedaży swoich gwiazd od razu wydaje na godne ich zastąpienie, a to przecież Swansea z tej trójki miała być klubem w zdrowej kondycji finansowej.

Od momentu przybycia amerykańskich właścicieli zysk z transferów wyniósł ponad 160 milionów funtów, a wydanych zostało niewiele ponad sto. Dodajmy do tego premie za udział w Premier League, przychody z praw telewizyjnych i słynne parachute payments, będące pomocą finansową dla spadkowiczów. Wychodzi nam z tego wszystkiego spora sumka. Teraz wyobraźcie sobie, że z takimi przychodami nie masz ,,zaskórniaków” na opłacenie kontraktu dla Jeffersona Montero.

Kaplan i Levien są właścicielami również D.C. United, grającego w MLS. Łatwo zauważyć z ich zachowań i wypowiedzi, że to dla nich oczko w głowie. Takie dosyć drogie oczko, bo w Waszyngtonie buduje się nowiusieńki, wielofunkcyjny stadion. Dwójce biznesmenom marzy się zorganizowanie tam w przyszłości Super Bowl. Na to wszystko z boku muszą patrzeć kibice Swansea, którzy sami wyciągają wnioski: w Walii brakuje pieniędzy, bo jest ona błyskawicznie przelewana do Waszyngtonu.

Protesty, demonstracje i gorzkie pożegnanie z prezesem

Pomysłów na wyrażenie swojego niezadowolenia wśród fanów nie brakuje. Transparenty pojawiają się na trybunach Liberty Stadium już od ponad roku, a 9 lutego br. kibice licznie wyszli na ulice, organizując marsz demonstracyjny. Kilka dni wcześniej z funkcji prezesa klubu zrezygnował Huw Jenkins. Tuż po frustrującym zimowym oknie transferowym uznał, że nie chce być więcej kojarzony z niepowodzeniami Swansea. Robił co mógł, ale sam również został oszukany przez Amerykanów.

Jenkinsowi obrywało się za wszystkie gorsze chwile przy Liberty Stadium. Nie da się ukryć, że praca prezesa jest jedną z bardziej niewdzięcznych fuch w piłce nożnej, bo od decyzji tych ludzi zależy funkcjonowanie klubu, które wprost oddziałuje na życia kibiców. Walijczykowi można wiele zarzucić, ale za drugie tyle podziękować. W końcu to pod jego zarządem Swansea zanotowała kosmiczny wręcz progres, stając się drużyną na miarę Premier League. Przynajmniej na jakiś czas.

Nie musimy wcale sięgać daleko do przeszłości, by przytoczyć słuszne decyzje byłego prezesa Swansea – wystarczy spojrzeć na obecną kadrę. Jenkins pokazał, jak ważne jest inwestowanie w młodzież, gdy jesteś drużyną niepewną bytu w Premier League. Teraz z łabędziem na piersi, regularnie na boisko wychodzą wychowankowie, którzy rok wcześniej nie myśleli nawet, że będą odgrywać kluczową rolę w seniorskiej drużynie. W sezonie 2017/18, drużyna U-23 zajęła wysoką, czwartą lokatę w rozgrywkach Premier League 2. W taki sposób najemników, chcących kontynuować swoje kariery na najwyższym szczeblu, zastąpiono zdolną i oddaną klubowi młodzieżą, nie wydając przy tym zbyt wiele gotówki.

Trafną decyzją okazało się również sprowadzenie na Liberty Stadium Grahama Pottera. Były menedżer Östersunds stworzył ładnie grającą drużynę, mając do dyspozycji grono małolatów. Na dodatek zrobił to w lidze, która przecież uchodzi za siłową i brutalną. Wielu w południowej Walii ma świadomość, że gorsze rezultaty nie wynikają z pracy Pottera, a tego jak zrujnowana została ta drużyna przez ludzi, znajdujących się ponad nim.

Szansy na rychły powrót do Premier League Swansea pozbawiła się tak na dobrą sprawę zanim zaczął się sezon. Potter i jego drużyna robili co mogli, by trzymać kibiców przy nadziei, że jest szansa na play-offy, ale w końcu i piłkarsko przestali dawać radę. Do końca kampanii został miesiąc, a już od kilku dobrych kolejek jest jasne, że Łabędzie skończą ten sezon w środku stawki.

W całym tym ponurym położeniu obrywa się nie tylko piłkarzom i kibicom, ale również ludziom, pracującym w ośrodku treningowym. Kilka tygodni temu w skrzynkach pocztowych można było znaleźć list skierowany do personelu o możliwych zwolnieniach w związku z brakiem środków na opłacenie kadr. Wiele mówi się też o kolejnych transferach wychodzących, które nastąpią już tego lata i zarobku na młodych gwiazdach jak Daniel James czy Oliver McBurnie. Totalnym upadkiem będzie pożegnanie się z zawodnikami, którzy chcą umierać za ten klub.