Manchester City Pepa Guardioli to maszyna. Manchester City Pepa Guardioli to zgraja drapieżników, którzy nie są zadowoleni ze zranienia rywala – oni chcą go rozszarpać. To zespół, który gra niesamowicie elektryzującą piłkę, który gromi, niszczy, a nawet jeśli nie idzie, to i tak jest w stanie zainkasować trzy punkty. W obecnej formie, to ekipa po prostu nie do zatrzymania.

Ambicje katalońskiego menedżera oczywiście są ogromne. Jego zespoły muszą zdobywać trofea, zawodnicy mają obowiązek z miesiąca na miesiąc robić progres. Jego mania podążania za kolejnymi rekordami napędza nie tylko jego samego, ale i jego podopiecznych.

City zgarnęło już w tym sezonie jedno trofeum. Wciąż jest w grze o trzy kolejne. Czy The Sky Blues są w stanie stać się pierwszą angielską drużynę, która skompletuje poczwórną koronę?

2019 rokiem Manchesteru City

Jeśli spojrzymy na wyniki zespołu Guardioli w tym roku kalendarzowym, to z wrażenia może opaść szczęka. 19 spotkań, 18 wygranych (w tym jedna po rzutach karnych) i tylko jedna porażka, z Newcastle. Wszyscy drżą przed drużyną z niebieskiej części Manchesteru.

I to nie tylko ze względu na to, jak często wygrywają, ale w jaki sposób gromią wręcz oponentów. Jeśli weźmiemy pod uwagę rzeczone 19 meczów, to ich bilans bramkowy wynosi, uwaga, 61:8!

Oczywiście, zdarzało się im gromić notowanych zdecydowanie niżej przeciwników. Roterham i Burton zainkasowały odpowiednio siedem i dziewięć goli, ale i zdecydowanie lepsi rywale kończyli z pokaźnym bagażem bramkowym.

Ostatni mecz z Schalke, który zakończył się wynikiem 7:0 czy sześciokrotne pokonanie Kepy pokazały, że na City czasem nie ma po prostu mocnych. Nie tylko, aby ich pokonać, ale aby zwyczajnie uniknąć pogromu.

The Cityzens są w najlepszej dyspozycji ze wszystkich pierwszoligowych zespołów w Europie. Jeszcze niedawno wydawało się, że Liverpool będzie mógł na chwilę odetchnąć w wyścigu o mistrzostwo kraju.

Ich rywale jednak niesamowicie się spięli. Siedmiopunktowy deficyt, z którym rozpoczynali nowy rok, zamienił się w jednopunktową przewagę. The Reds tylko na chwilę złapało zadyszkę, a konkurenci do mistrzostwa bezlitośnie to wykorzystali.

Liga to jednak tylko część całości. Carabao Cup? Wygrana, pokonanie Chelsea w finale, w którym wcale łatwo nie było. W rzutach karnych udało się jednak udowodnić swoją wyższość.

FA Cup? Może i Obywatele do tej pory nie trafiali na niesamowicie wymagających przeciwników, ale niezależnie od zestawienia personalnego nie mieli praktycznie żadnych kłopotów. Teraz czeka ich ćwierćfinał tych rozgrywek, a przeciwnikiem będzie drugoligowe Swansea. To powinna być jedynie formalność.

Manifest siły w Lidze Mistrzów również zrobił wrażenie. Może i Schalke jest w słabej dyspozycji, ale wynik 10:2 w dwumeczu? Jeszcze żadna angielska drużyna nie miała okazji tak lać oponenta w Champions League.

Przede wszystkim zaimponował styl, w jakim odprawieni zostali Niemcy. W pierwszym, rozgrywanym w Gelserkirchen meczu, przy wyniku 2:1 dla gospodarzy, wyleciał Nicolas Otamendi. Anglicy zdołali jednak odwrócić losy spotkania i wygrać 3:2!

Rewanż był już istnym koncertem. Skończyło się 7:0, a Koenigsblauen wyglądali przy piłkarzach Guardioli niemalże jak amatorzy. Nie było tu odpuszczania, kalkulowania, była po prostu chęć zniszczenia przeciwnika, przejechania się po nim jak walec.

A City w tym roku jest w stanie przejechać się niemal po każdym. Gromią, rządzą i dzielą, nie biorąc jeńców. Dali zaskoczyć się tylko raz, ale natychmiast wyciągnęli wnioski. Naprawdę można zastanawiać się, kiedy komuś uda się urwać im punkty.

Gen morderców

To, co pokazali The Cityzens w środę na Etihad nie jest odosobnionym przypadkiem. Katowanie przeciwników to wręcz ich hobby. Prowadzą jedną bramką? Próbują strzelić drugą. Dwoma? Chcą trzeciej. A gdy już ją strzelą, to wiedzą, że spokojnie mogą puścić wodzę fantazji i zaaplikować przeciwnikom jeszcze więcej.

Nie widać u nich kunktatorstwa, które zgubiło PSG w końcówce rewanżowego starcia z Manchesterem United. Nie ma rozluźnienia, gdy przeciwnik jest gromiony. Jasne, widać pewien luz, ale pozytywny.

Nie objawia się on brakiem koncentracji, ale raczej spokojem, kreatywnością i po prostu pewnością, że drobny błąd czy ryzykowne zagranie nie będą kosztowne. To, że Guardiola zwróci na nie uwagę i wypunktuje wszystkie z nich, to już inna sprawa.

Mentalność Pepa jest tutaj kluczowa. Wszędzie, gdzie pracował, nie chciał tylko być najlepszy. Chciał być najlepszy w historii. Nie chciał wygrywać, chciał gromić. Łaknął efektownej gry swoich podopiecznych i wpajał im swoją koncepcję, która wszędzie się sprawdzała. To istny futbolowy artysta.

Najlepiej świadczą o tym statystyki drużyny pod jego wodzą. 161 razy prowadził ekipę aktualnych mistrzów Anglii. 119 razy kończył mecz jako zwycięzca. Aż 19 z tych meczów kończyło się wygraną pięciobramkową lub wyższą!

Włodarze klubu absolutnie zaufali menedżerowi. Wszystko podporządkowali jego filozofii, wliczając w to nawet szkolenie młodzieży. To on dobiera graczy, którzy mają zostać ściągnięci do klubu. Ma wolną rękę i daje to fenomenalne efekty.

Nie ma frustracji, nie ma zawodników, których Pep nie chciał. Jest zwarta grupa, która jest stworzona do wypełniania jego założeń, dotyczących zarówno taktyki, jak i mentalności.

Są gracze doświadczeni, jak David Silva, Sergio Aguero czy Fernandinho i są młodzi, jak Sane czy Sterling. Wszyscy jednak hołdują tej samej zasadzie, co ich boss – nie odpuszczamy, zawsze chcemy więcej. I tak została zbudowana potęga, którą aktualnie mamy okazję oglądać.

Początkowe wpadki nie zraziły go, bo wiedział, do czego dąży. I każdy ruch był ukierunkowany na to, abyśmy zobaczyli drużynę taką, jaką podziwialiśmy w zeszłym sezonie i jaką podziwiamy dzisiaj.

Przez pewien czas byliśmy świadkami dyskusji o tym, który zespół był lepszy – Invincibles Wengera czy zeszłoroczni mistrzowie Pepa. Ekipa Francuza nie miała jednak tego, co ma drużyna Katalończyka – tego niesamowitego parcia na kolejne gole, morderczego pierwiastka.

Dlatego niesamowicie imponuje postawa Liverpoolu, który wciąż jest równorzędnym rywalem dla mistrzów kraju. Sęk w tym, że Jurgen Klopp nie ma tak szerokiego pola manewru, jak jego vis-a-vis i tutaj traci. Niemniej, Obywatele trafili na naprawdę godnego przeciwnika.

Mają wszystko, czego im wcześniej brakowało

Można powiedzieć, że przecież City rok temu było mocniejsze. W końcu wtedy miało więcej punktów i na tym etapie było już niemal pewne tytułu mistrzowskiego. Ja jednak mam inne zdanie.

Teraz The Cityzens mają zdecydowanie bardziej wyrównany skład, nawet pomimo braku spektakularnych wzmocnień. Praktycznie wszyscy ich piłkarze są po prostu lepsi, niż rok temu, a rezerwowi nieustannie doganiają swoich kolegów z pierwszego zespołu.

Wystarczy spojrzeć na Bernardo Silvę. Portugalczyk znajduje się w życiowej wręcz formie, a poza kontrybucją w ofensywie, ma też naprawdę duży wkład w grę obronną, co odbija się na dyspozycji całej ekipy. Jego występ z Liverpoolem był niesamowity – czysta klasa.

Kolejnym z takich piłkarzy jest Oleksandr Zinchenko. Dwa lata temu miał problemy z przebiciem się do składu PSV Eindhoven. Rok temu był czwartą, no, może trzecią, ultraawaryjną opcją na lewej stronie defensywy.

Aktualnie można go chyba nawet nazwać najlepszą opcją na tę stronę obrony. Na pewno przeskoczył w hierarchii Fabiana Delpha, który jest dostępny do dyspozycji Guardioli, ale może liczyć co najwyżej na miejsce na ławce.

Wszystko przez dyspozycję Ukraińca, który z uwagi na swoją charakterystykę wpisuje się idealnie w koncepcję trenera. To w końcu przekwalifikowany środkowy pomocnik. Świetnie potrafi dograć, a w defensywie jest bardziej zdyscyplinowany, niż Benjamin Mendy. Kto wie, być może wygryzie i Francuza?

W tym momencie są chyba tylko dwaj piłkarze klubu z Etihad, których urazy oznaczałyby poważne osłabienie zespołu. To Fernandinho i Sergio Aguero. A, no dobra, jeszcze Ederson, ale taka sytuacja z bramkarzem ma miejsce chyba w każdym czołowym klubie w Anglii.

W niebieskiej części Manchesteru nie ma czegoś takiego, jak wyjściowy skład. Jest grupa dwudziestu graczy, którzy mogą wychodzić na murawę w dowolnej kombinacji i są w stanie pokonać każdego rywala.

To jest ogromnie istotne i, w mojej opinii, dlatego właśnie City jest teraz w dyspozycji lepszej niż ich główni konkurenci do walki o tytuł. Dzięki możliwości rotacji udało się zachować świeżość.

A to teraz procentuje, zwłaszcza w momencie, gdy trzeba grać w systemie weekend – wtorek/środa – weekend. Do końca rozgrywek pozostały niewiele ponad dwa miesiące, a Obywatele, w zależności od postawy w pucharach, mogą zagrać jeszcze 16 razy.

Zwłaszcza w kwietniu będą mieli trudny rozkład jazdy. Pięć ligowych spotkań, w tym wyjazd na Old Trafford, a do tego może jeszcze dojść półfinał Pucharu Anglii, a także oba spotkania ćwierćfinału Champions League i być może jedno spotkanie kolejnej rundy.

Ogromne obciążenie liczbą spotkań nie powinno być jednak straszne zespołowi Manchesteru City. Dzięki szerokiej i wyrównanej kadrze, z którą nie może chyba równać się żaden inny klub w Anglii można ich uznać za faworytów zarówno w ligowych zmaganiach, jak i w FA Cup.

Na trzecim froncie, czyli w Europie z pewnością będzie trudniej. W końcu tutaj czekają nie tylko rodzimi rywale, ale i Barcelona czy Juventus. Wszyscy jednak wiemy, na co stać Guardiolę. To naprawdę w końcu może być TEN sezon, w którym budowana od kilku lat nowa drużyna Manchesteru City w końcu sięgnie po najcenniejsze trofeum.

To może być też sezon historyczny. Pierwszy w historii, w którym uda się ustrzelić poczwórną koronę w najczystszej postaci (United kiedyś już zdołało zdobyć cztery trofea w jednym sezonie – Community Shield, Premier League, Puchar Ligi i Klubowe Mistrzostwo Świata).

Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że coś takiego możliwe jest tylko w Fifie czy Football Managerze. Że drużyny z Anglii mają po prostu zbyt trudno na swoim podwórku, aby wznieść wszystkie trzy krajowe trofea, a do tego pokonać wszystkich rywali w rozgrywkach kontynentalnych.

Teraz jednak uważam, że pojawił się do tego naprawdę poważny kandydat. A to za sprawą Pepa Guardioli, włodarzy klubu, którzy w pełni mu zaufali, a także nietuzinkowych piłkarzy, świetnie wywiązujących się ze swoich zadań.

Być może sezon 2018/19 znowu będziemy mogli uznać za popis Pepa Guardioli. Być może znowu zrobi coś, czego nie zrobił nikt wcześniej. Być może znowu udowodni, że jest fenomenem. Poczwórna korona dla City byłaby czymś niesamowitym, czymś, co wspominałoby się długimi latami. Czy uda się ją zdobyć? O tym musimy się przekonać. Możemy być świadkami historycznego wydarzenia.