West Brom wśród ubiegłorocznych spadkowiczów jest jedyną drużyną, która liczy się w walce o rychły powrót do Premier League. The Baggies odpowiednio skonstruowali drużynę, która jak do tej pory prezentuje efektowny i skuteczny styl gry. Nad tym wszystkim z powodzeniem opiekę sprawował Darren Moore, który… został zdymisjonowany w ubiegły weekend.

Jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja o rozwiązaniu kontraktu z 44-latkiem, który prowadził drużynę od kwietnia ubiegłego roku. Poprzednia kampania była dla West Bromu koszmarem i dopiero zatrudnienie Moore’a jako tymczasowego menedżera dała kibicom trochę radości przy rozbracie z Premier League. Dla Anglika było to pierwsze wyzwanie na ławce trenerskiej, któremu sprostał i za które otrzymał nagrodę w postaci nowego kontraktu.

Wydawało się, że jego praca jako pełnoprawny menedżer The Baggies spotyka się z aprobatą zarządu, który może mieć nadzieję na prędki powrót do Premier League i potraktowanie obecnego sezonu w Championship jako krótki przystanek w odbiciu się od dna. Po sobotnim oświadczeniu okazało się, że jest zupełnie inaczej: Moore pożegnał się z The Hawthorns, zostawiając drużynę na czwartym miejscu w tabeli. Czym kierowały się władze WBA?

Najlepsi z najsłabszych

Postać Moore’a na ławce trenerskiej kojarzyła się z pasją i oddaniem klubowi, a także ze świeżym startem w klubie. To właśnie Anglik posprzątał burdel po nieudanej rewolucji z Alanem Pardew w roli głównej. Jeszcze będąc w Premier League, West Brom w końcu zaczął wyglądać jak drużyna, która jest w stanie zdobywać jakieś osiągnięcia, a sam Moore odebrał statuetkę najlepszego menedżera miesiąca za kwiecień, w którym jego drużyna była niepokonana, zwyciężając m.in. nad Manchesterem United na Old Trafford.

Spadek był jednak dla The Baggies nieunikniony. Relegacja z Premier League zawsze oznacza dużą niewiadomą dla klubów, które spędziły w elicie więcej niż jeden sezon. Kłopoty kadrowe i finansowe oraz problemy z adaptacją w nowej lidze często bywają czynnikami, przez które szybki powrót na szczyt jest bardzo trudny, wręcz niemożliwy. Ze ścianą zderzyły się w tym sezonie Stoke oraz Swansea, które zgodnie okopały się w środku tabeli Championship i na ten moment nie mają już szans na awans. Niemożliwy jest dla nich także kataklizm, jakim byłby spadek do League One – taką historię spotkał rok wcześniej Sunderland. Te wszystkie problemy szczęśliwie ominęły West Bromwich Albion, które od sierpnia trzyma się czołówki.

Latem na The Hawthorns nie miało miejsce żadne trzęsienie ziemi. Z kluczowych graczy odeszli tylko Jonny Evans, Nacer Chadli, Salomon Rondon oraz Ben Foster. Dwaj ostatni zostali sukcesywnie zastąpieni – miejsce Fostera w bramce zajął solidny Sam Johnstone, a w wymianie z Newcastle brał udział Dwight Gayle, który po raz kolejny udowadnia, że jest stworzony do gry w Championship.

Po Tonym Pulisie nie ma już śladu

West Brom bardzo efektownie wszedł w sezon w nowej lidze. W pierwszych czterech meczach The Baggies strzelili aż 13 bramek, a pierwszym domowym zwycięstwem był pogrom nad QPR 7-1. Moore zaoferował zupełnie odmienny styl gry do tego, jakim zajmował się Tony Pulis, podczas pobytu na The Hawthorns. Oparł swoją taktykę o szybkie kontrataki, a z wachlarzy zagrań zniknęło szukanie stałych fragmentów gry lub zagrywanie długich piłek na wysuniętego napastnika. Kibice dzięki takiemu rozwiązaniu mieli okazję cieszyć się już z 68 strzelonych goli, co na tę chwilę jest drugim wynikiem w Championship.

Dobra dyspozycja w ofensywie to jedno, natomiast forma obronna to zupełnie odmienna historia. Utrata Evansa okazała się bardziej bolesna niż się spodziewano. W buty reprezentanta Irlandii Północnej nie udało się wejść Kyle’owi Bartleyowi. Z klubem pożegnał się też zasłużony Gareth McAuley, od którego wiele zależało w poprzednich sezonach. Sytuację w obronie miał zimą uzdrowić Mason Holgate, ale wypożyczenie 22-latka z Evertonu nie rozwiązało wszystkich problemów West Bromu.

Owe problemy nie okazują się jednak paraliżujące. W znacznie trudniejszej sytuacji znalazła się wspomniana dwójka pozostałych spadkowiczów. West Brom dzięki swojej dyspozycji wygrał siedemnaście spotkań i ani na chwilę nie odczepił się od czołowej szóstki. Obecnie znajdziemy ich na czwartej pozycji w tabeli. Fani nie mają więc prawa narzekać i nie kryją zszokowania związanego z decyzją o rozstaniu się ze swoim menedżerem.

Utrata Barnesa i rozczarowująca forma na The Hawthorns

Skoro piszemy o dobrze zarządzanej drużynie, prezentującej efektowny styl gry, dzięki któremu wciąż liczy się w walce o założony przed sezonem cel, to dlaczego nastąpiła dymisja menedżera? Czym właściwie kierował się Mark Jenkins w podjęciu tak brutalnej decyzji? Odpowiedzi na to pytanie szukamy nieprzerwanie od soboty, a wielu dziennikarzy i ekspertów wciąż nie wierzy w to, co się wydarzyło.

Popularną opinią są dość brutalne przypuszczenia, jakoby Moore od początku nie był traktowany przez zarząd jako menedżer na lata i tylko szukano pretekstu, by podziękować mu i zatrudnić wizjonera, który zbuduje w West Bromie coś więcej.

Na niekorzyść 44-latka mogła działać aktualna forma jego drużyny – w szczególności w meczach na własnym stadionie. Ostatnie domowe zwycięstwo West Brom odniósł w Boxing Day i był to triumf nad słabiutkim Wigan. Kibice czekają zatem na pokonanie rywala u siebie już 76 dni. Szala goryczy przelała się, gdy w sobotę The Baggies nie potrafili na The Hawthorns pokonać ostatniego w tabeli Ipswich Town, jedynie remisując 1-1.

Dwa wcześniejsze mecze to dwie dotkliwe porażki z drużynami bezpośrednio liczącymi się w walce o awans do Premier League. Sheffield United wywiozło z Londynu trzy punkty po zwycięstwie 1-0, a Leeds bez skrupułów przejechało się po podopiecznych Moore’a, ładując im aż cztery gole.

Gorsza dyspozycja WBA zbiegła się z utratą kluczowego gracza, jakim był Harvey Barnes. 21-latek wypożyczony z Leicester był najbardziej wyróżniającą się postacią wśród The Baggies. Jego dziewięć bramek i sześć asyst wywarło spore wrażenie na ekspertach, a Lisy widząc dobrą postawę swojego zawodnika, zapragnęły zobaczyć go z powrotem na King Power Stadium, skracając wypożyczenie 11 stycznia. W dobrze funkcjonującej maszynie Moore’a zabrakło więc kluczowego elementu, co zakłóciło jej działanie.

W play-offach nadzieja

Możemy jednak śmiało stwierdzić, że Darren Moore opuszcza West Bromwich Albion z podniesioną głową. W końcu zostawia drużynę, która wciąż może wyciągnąć z tego sezonu więcej niż oczekiwano. Kibice obawiali się popadnięcia w drugoligową przeciętność, jaka czeka na wiele drużyn, spadających z Premier League. O bezpośredni awans z powrotem do elity będzie już bardzo trudno, ponieważ do drugiego w tabeli Leeds The Baggies tracą dziewięć punktów. Jedyna nadzieja pozostaje więc w barażach, w których wydarzyć się może wszystko.

Wiele wskazuje na to, że ktokolwiek obejmie teraz drużynę, West Brom będzie faworytem wśród drużyn bijących się o awans przez play-offy. Wyzwanie może stanowić wyeliminowanie z tej walki Sheffield United oraz Middlesbrough – w poprzednich pojedynkach z tymi rywalami w obecnym sezonie udało się łącznie zdobyć tylko trzy punkty, wygrywając w grudniu na stadionie w Sheffield. Zakładamy oczywiście, że na trzeciego szczęśliwca będą czekać już drużyny Norwich oraz Leeds, które na ten moment zajmują dwa pierwsze miejsca. Każde przetasowanie na szczycie tabeli może przyjść z niekorzyścią dla West Bromu, który musi teraz szybko się pozbierać i przyszykować na wymagający finisz sezonu.

Tymczasowo drużynę w środowy wieczór na mecz ze Swansea poprowadzi James Shan, a wśród kandydatów na następcę Darrena Moore’a przewodzi Slaviša Jokanović. Serb wie jak smakuje awans do Premier League, który wywalczył dotychczas z Watfordem oraz Fulham. Możemy zatem przypuszczać, że w West Bromie najbardziej liczy się doświadczenie w walce o promocję, a zarząd boi się, że jeśli nie wykorzysta szansy na rychły powrót do Premier League w tym roku, będzie musiał zostać w Championship na dłużej. Wynika to na pewno z przyczyn finansowych, które zawsze grają dużą rolę po relegacji. Kto oglądał Sunderland Till I Die, ten wie o czym mowa.