Po pięcioodcinkowej serii poświęconej najlepszym zagranicznym graczom, przyszła pora na Brytyjczyków. Wydawać się może, że to zadanie wręcz niemożliwe, ale mimo tego spróbowaliśmy je podjąć. Ma być jak najbardziej obiektywnie, ale wszyscy wiemy, że takie zestawienia to w głównej mierze subiektywne odczucia.

Zapraszamy! Dzisiaj pierwsza z części zestawienia.

Jeden z niewielu pozytywów ery Van Gaala w Manchesterze United. Jeden z kilku angielskich supertalentów, mających potencjał na zostanie piłkarzem klasy światowej. Marcus Rashford od swojego debiutu stał się dla kibiców Czerwonych Diabłów symbolem nowej nadziei – może nawet tak jak Luke Skywalker dla galaktyki w filmie o tym samym tytule.

Marcus to w ogóle jest człowiek-debiut. Swój pierwszy mecz w podstawowym składzie skończył z dwoma golami przeciwko Midtjylland – a zagrał w nim tylko dzięki kontuzji Martiala podczas rozgrzewki. Stał się wtedy najmłodszym strzelcem w Europie dla United, bijąc w ten sposób rekord słynnego Besta. Debiut w Premier League? Proszę bardzo, mecz z Arsenalem i dwa gole plus asysta. Mało? Pierwsze derby Manchesteru to jego bramka i zwycięstwo 1-0 na wyjeździe z City. Aby dopełnić jego debiutanckich osiągnięć – w pierwszym meczu dla reprezentacji Anglii (zaledwie kilka miesięcy po wejściu do drużyny United) strzelił zwycięską bramkę przeciwko Australii. Tak, stał się najmłodszym strzelcem bramki w debiucie dla Synów Albionu.

Pod wodzą Jose Mourinho, Rashford zaczął grywać na skrzydle, ustępując miejsca wielkiej sławie – Ibrahimoviciowi. Nie do końca chyba mu to odpowiadało, a sam Jose pod koniec swojej kadencji zaczął rzadziej korzystać z Marcusa. Zapewne chciał, by częściej bronił. Na szczęście Solskjaer jako napastnik dobrze zrozumiał naturę młodego Anglika, a ten stał się jego głównym żądłem na środku ataku. W tym momencie Rashford swój licznik dla United zamknął na 43 golach i 26 asystach. Jedna z tych bramek stała się niejako historyczną, i to całkiem niedawno. Młody Anglik utrzymał nerwy na wodzy w meczu z PSG i wykorzystał karnego w 90. minucie, dającego awans Diabłom. Pierwszy w historii Ligi Mistrzów awans drużyny, która w pierwszym meczu u siebie przegrała dwoma bramkami.

Umieszczenie Anglika na tej liście należy rozpatrywać w charakterze uhonorowania jego niebagatelnego wkładu w całą angielską piłkę. Legendarny pomocnik nie miał szczególnego szczęścia do Premier League, bo debiutował w niej dopiero jako 31-letni piłkarz.

Gdy inicjowano rozgrywki w roku 1992, gracz Tottenhamu akurat postanawiał zaistnieć poza Wyspami. Za cel podróży objął Lazio, występujące w Serie A. Wówczas była to bodaj najmocniejsza liga w Europie. Zainteresowanie osobą Gascoigne’a było tak duże, że jego debiutanckie spotkanie przeciwko Genui transmitowano zarówno w Anglii, jak i we Włoszech. Niestety, Gazza kompletnie zawiódł. Miał masę problemów – waga, używki, dziennikarze, atmosfera. Ostatecznie trzyletni pobyt w stołecznym klubie kończył jako transferowa wtopa.

Zanim ostatecznie wrócił do Anglii, wylądował w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Zainteresowanie wyraziła ekipa Rangers, w barwach których spędził kolejne trzy lata. Imponował tam formą, zdobywając 30 bramek w nieco ponad 70 ligowych meczach. Wydawało się, że jest w idealnym momencie by wrócić do Premier League. Potrzeba było tylko chętnego.

Rękę wyciągnęło Middlesbrough, które wówczas przebywało w drugiej lidze. Klub miał jednak większe ambicje i wkrótce po ściągnięciu Gazzy zdołali zaklepać awans do Premier League. Wszystko działo się bardzo szybko – dość powiedzieć, że Anglik w swoim debiutanckim sezonie rozegrał zaledwie siedem meczów.

Powrót legendy rozpoczął się jednak od problemów. Gascogine musiał oczyścić się z poważnych zarzutów, które obarczały jego imię w sprawie śmierci przyjaciela. Wydawało się, że znowu rzuci to cień na karierę pomocnika. Nic bardziej mylnego. Boro z Gazzą w postaci motoru napędowego grało świetnie. W Nowy Rok wkraczali jako czwarta drużyna, a ostatecznie rozgrywki zakończyli na solidnym dziewiątym miejscu. 31-latek prezentował się na tyle dobrze, że zaczęto dywagować nad jego powrotem do kadry. Trzem Lwom zdecydowanie brakowało kreatywności, a ówczesny Gascoigne ją gwarantował. Nawet jeśli nie przekładało się to na liczby. Strzelił zaledwie trzy bramki.

Niespodziewanie jednak był to ostatni ruch pędzlem wielkiego mistrza. Reszta jest kolejną serią rys na pomniku. Zaczęło się od złamania łokcia po tym jak uderzył nim Boatenga. Później trafił jeszcze do Evertonu, gdzie jednak w dużej mierze odsunięto go od składu. Jednak to właśnie w barwach The Toffees strzelił ostatni raz na angielskich boiskach. Upolował wówczas Bolton.

Niski, dynamiczny, szybki, z ciągiem na bramkę i potrafiący wygrywać pojedynki 1 vs 1 – tak krótko można scharakteryzować grę adoptowanego syna Iana Wrighta. Swoją seniorską karierę rozpoczynał w barwach Manchesteru City, który grał wtedy… na drugim poziomie rozgrywkowym w Anglii. W tamtym czasie nie był podstawowym zawodnikiem, ale widać było w młodym skrzydłowym wielką ochotę do gry i potencjał, który w kolejnych latach pokazywał.

Kolejne sezony w barwach Citizens były coraz lepsze. W swoim pierwszym sezonie w Premier League zdobył nagrodę Młodego Piłkarza Manchesteru City. Jej laureatem został jeszcze trzykrotnie. Nic w tym dziwnego, ponieważ Anglik był jednym z motorów napędów drużyny prowadzonej przez Kevina Keegana. Najdobitniej świadczy o tym sezon 2004/05, w którym Wright -Phillips zdobył 11 bramek. Niestety dla wychowanka Nottingham Forest była to najlepsza kampania w karierze. Po kapitalnych występach w niebieskiej części do Manchesteru, przyszła pora na transfer do Mistrza Anglii, Chelsea, prowadzonej przez Jose Mourinho. Na Stamford Bridge, filigranowany skrzydłowy nie potrafił się przebić do wyjściowego składu. Wpływ na to miała m.in. rywalizacja o miejsce w „11” oraz pieniądze, które podaje się jako główną przyczynę niepowodzenia Anglika. Sam fakt, że podczas swojej przygody w The Blues zdobył 10 goli we wszystkich rozgrywkach, nie świadczy najlepiej.

Po nieudanej przygodzie w Londynie, przyszedł czas, aby wrócić do miejsca, w którym najlepiej się wiodło Anglikowi, czyli Manchesteru City. Shaun przyszedł w okresie, kiedy Abu Dhabi United Group przejęło klub, ale nie był to już ten sam piłkarz, co we wcześniej wspomnianym sezonie 2004/05. Latem 2011 roku postanowił odejść do QPR, ale nawet tam sobie nie radził. Zarówno w Premier League, jak i Championship. Karierę zakończył w MLS, grając m.in. dla New York Red Bull oraz Arizony United.

Nie było wielu facetów, którzy zrobili karierę ponad swoje umiejętności. Nie było też wielu bardziej zapomnianych członków legendarnego Class ’92. Nie było też wielu ludzi, którzy nosiliby bardziej adekwatne nazwisko.

Walijczyk naprawdę był Okrutny. Otrzymał aż 90 kartek na najwyższym poziomie w Anglii. Znamiennym jednak jest, że tylko jedna z nich była koloru czerwonego. To doskonałe zdefiniowanie defensywnego pomocnika. Wychowanek Manchesteru United potrafił solidnie przywalić, ale jednocześnie zwykle wiedział kiedy odpuścić.

Kiedy w 1994 opuszczał szeregi Czerwonych Diabłów, wydawało się, że może nigdy nie zrobić poważnej kariery. Jego droga na szczyt była kręta, bo Walijczyk musiał odbudowywać się w Crewe Alexandra. Niespodziewanie jednak, wyrósł tam na czołowego piłkarza, a jego klub wywalczył awans do drugiej ligi. Crewe bardzo liczyło na swojego pomocnika, który byłby kluczowym w walce o utrzymanie. Szybko jednak przekonali się, że Savage traktuje klub jako trampolinę.

Trafił do Leicester City, w barwach którego spędził najbardziej owocne lata swojej kariery. W 2000 Lisy zdobyły Puchar Ligi, jedyne trofeum Walijczyka w życiu. Ostatecznie rozegrał tam ponad 170 ligowych spotkań, ale kiedy klub spadł z Premier League, pomocnik postanowił utrzymać się na powierzchni i skorzystał z oferty Birmingham City, które dopiero co awansowało.

To właśnie z pobytem w tym urokliwym mieście, wiąże się jedna z najbarwniejszych historii dotyczących Robbiego. Na początku 2005 roku chciał on opuścić klub. Czuł, że zaczyna im iść coraz gorzej i chciał wyprzedzić wydarzenia. Złożył zatem żądanie transferu, które uzasadnił chęcią łatwiejszego kontaktu z rodziną, która żyła w Wrexham. Szkopuł tkwi jednak w tym, że z Birmingham do Wrexham jest bliżej, niż z Blackburn, do którego Savage ostatecznie trafił.

Defensywny gracz spędził tam kolejne trzy lata, po czym trafił do Derby County, derbowego rywala Leicester City. Trwało to do 2011 roku, kiedy ostatecznie zawiesił buty na kołku. Miał 37 lat, a w nogach 346 meczów na poziomie Premier League. Do tego udział przy 43 bramkach. Nieźle jak na kogoś, kogo wielu wciąż uważa za przecinaka, brutala, chama, nurka i wymuszacza. Powiedzenie, że prawda leży pośrodku, nigdy nie było bardziej trafione.

Ten wybór może wam się wydawać kontrowersyjny, ale Williams to naszym zdaniem jeden z bardziej niedocenianych środkowych obrońców w historii Premier League. To spore osiągnięcie znaleźć się wśród tak wybitnych postaci brytyjskiego futbolu, mając na uwadze fakt, że Walijczyk debiutował w Premier League dopiero tuż przed swoimi 27. urodzinami.

Takie kariery łatwo polubić – od gry w amatorskim Hednesford Town aż po kapitana drużyny z Premier League oraz trzon reprezentacji Walii. Większość kariery Williams spędził w Swansea, która wyciągnęła go ze Stockport County. Łabędzie, grając w Championship, zaczęły szlifować diament. Prędko stał się ostoją defensywy, a jego charakter i umiejętności przywódcze zaowocowały otrzymaniem opaski kapitańskiej.

W Premier League spędził siedem sezonów. Pierwszych pięć w barwach Swansea i z roku na rok prezentował coraz lepsze występy. Kulminacyjnym punktem swojej kariery było lato 2016 roku. Williams z kadrą Walii osiągnął wtedy historyczny sukces na EURO 2016, a jego ciężka praca w klubie i w reprezentacji została nagrodzona transferem do ambitnego Evertonu. Jego odejście ze Swansea wiązało się z trzęsieniem ziemi w szatni i w szykach defensywnych, co tylko potwierdzało jak ogromny wpływ Ash miał na funkcjonowanie drużyny. Klub od tamtego czasu wciąż szuka lidera z prawdziwego zdarzenia, a sezon po odejściu swojego kapitana Swansea straciła o 18 bramek więcej niż w kampanii z Williamsem na środku obrony.

Pobyt w Evertonie nie był jednak już tak kolorowy. W grze 34-latka zaczęły pojawiać się kuriozalne błędy, jakich za czasów gry w Swansea zwyczajnie nie popełniał. Po 60 występach w barwach The Toffees klub postanowił wypożyczyć do Stoke City, a w tym roku zapewne sprzeda go definitywnie. Czy któryś z klubów Premier League zechce jeszcze wydobyć z Williamsa to, co najlepsze?

Dzieckiem będąc, wpadłem na Canal+ i od tamtej pory Jagielka był raczej Polakiem niż Anglikiem. Chyba dzięki nazwisku zapadł mi – i wielu polskim kibicom – w pamięć. Jego ojciec mówi płynnie po polsku, matka po szkocku, a on sam urodził się w Manchesterze. Jak sam mówił, przy okazji Euro 2012 i spekulacji odnośnie gry dla Polski: „Nie mógłbym tego zrobić. Znam w tym języku tylko kilka słów. urodziłem się w Anglii i chcę reprezentować tylko te barwy”.

Jego wczesne lata to naprawdę dziwne połączenie. Urodzony w Manchesterze, grał w akademii Evertonu, przeniósł się do młodzieżowych drużyn Manchesteru City, a następnie do Sheffield United. Właśnie tam zadebiutował w profesjonalnym futbolu i wyrobił sobie, ale jego przeznaczeniem było wrócić do Liverpoolu. Znaczy – do Evertonu, za dokładnie 4 miliony funtów. Dziś, w wieku 36 lat jest niekwestionowaną legendą The Toffees, rozgrywając dla nich 318 spotkań w Premier League. Chociaż od lat jest przyspawany do środka obrony, w młodości Jagielka imponował szybkością i grywał nawet jako skrzydłowy. Jako profesjonalny piłkarz, stawał nawet między słupkami bramki. W 2006 roku bronił bramki Evertonu przez 34 minuty i to całkiem skutecznie – jego efektowna obrona strzału van Persiego w końcówce meczu dała zwycięstwo nad Arsenalem.

W 2014 roku, Phil Neville zawiesił buty na kołku, a znany i lubiany przez nas Moyesy powierzył Jagielce funkcję kapitana. Nowy menedżer Evertonu – dziś trenujący Belgię – Roberto Martinez pozostawił Anglikowi opaskę, a to chyba dodało mu skrzydeł. Na Goodison od dawna nie było tak dobrze, klub skończył ligę na 5. pozycji, a Phil został najlepszym zawodnikiem sezonu, najlepszym zawodnikiem wybranym przez piłkarzy, a także odebrał statuetkę za gola sezonu. Oj bramki Jagielka potrafił strzelać – większość z nas musi kojarzyć jego pięknego woleja z 30 metrów na Anfield, który w ostatniej minucie dał Evertonowi remis.

Wraz z upływem lat Jagielka stawał się wolniejszy, a kontuzji i błędów mnożyło się coraz więcej. Potrafił jednak odbić się od dna i w 2017 roku odzyskał miejsce w składzie, a następnie strzelał bramkę w 3 kolejnych meczach z rzędu – dla niego to był niesamowity wynik. Teraz jednak mamy 2019 rok, a jego kontrakt dobiega końca w czerwcu. Możemy się spodziewać, że zarówno Everton jak i sam Jagielka nie będą psuli tej pięknej przygody kolejnym sezonem z trybun. Koniec kariery piłkarza nie wyklucza jednak pozostania Phila w Evertonie, z racji na jego doświadczenie i status w klubie.

To trochę krzywdzące, gdy zostajesz zapamiętany w świecie piłki nożnej jako ten frajer, któremu kolega z drużyny puknął dziewczynę. A tak właśnie postrzegany jest po latach Wayne Bridge, znany również jako nemesis Johna Terry’ego. Karierę zaczynał w Southampton, jak zresztą wielu utalentowanych brytyjskich piłkarzy. Radził sobie na tyle dobrze, że budująca swoją potęgę Chelsea zwróciła na niego swój wzrok w 2003 roku. W barwach The Blues zaliczył właściwie dwa istotne sezony. Ten tuż po przybyciu do drużyny, 2003/04, gdy był podstawowym zawodnikiem tej transformującej się Chelsea, a także 2006/07, gdy kontuzje trapiły Ashleya Cole’a.

To właśnie Cole sprawił, że Bridge musiał przyzwyczaić swoje pośladki do chłodu ławki rezerwowych. Przychodząc z Arsenalu w kontrowersyjnych okolicznościach już był postrzegany jako dynamiczny, nowoczesny i genialny lewy obrońca. A Bridge? Bridge był solidnym w defensywie piłkarzem, któremu – jak już rzucamy kliszami – piłka nie przeszkadza, ale daleko mu do klasy światowej. Wayne opuścił Chelsea jeszcze przed całą aferą – już w 2008 roku uciekł do Manchesteru City, notowanego wówczas znacznie niżej niż The Blues, zapewne w poszukiwaniu gry. W Manchesterze grał więcej, ale po dwóch latach stracił miejsce w składzie. Bridge trafił na kolejną rewolucję – zarówno w klubie, jak i życiu osobistym.

Cała afera wyszła na jaw z lekkim opóźnieniem i teraz możemy sobie powiedzieć – była wyolbrzymiona. John Terry wpadł w sidła Vanessy Perroncel, byłej dziewczyny Wayne’a Bridge. Kapitan angielskiej reprezentacji postawił na szali swoją rodzinę i żonę, a także dobre imię kolegi z reprezentacji. Plotki mówiły, że Perroncel zaszła nawet w ciążę, a ojcem był Terry. Oczywiście doszło do aborcji. Właściwie, gdyby nie skandal obyczajowy, karierę Bridge’a można by nazwać nijaką – ponad 300 meczów w Premier League robi wrażenie, lecz nigdy nie stał się w niej kluczową postacią. Do tej pory najbardziej pamiętnym momentem z jego udziałem jest uścisk ręki – a właściwie jego brak – z Johnem Terrym po rewelacjach w prasie odnośnie romansu.

Istnieje ryzyko, że mógłby być najbardziej zapomnianym bramkarzem w historii Premier League, spośród tych, o których zapomnieć nie wypada. W końcu to jeden z nielicznych gości, którzy może poszczycić się ponad stoma czystymi kontami.

Do Leeds United, w którym zyskał największy rozgłos, trafił z Crystal Palace. Był jednym z najbardziej uznanych bramkarzy w kraju, a jego bagaż doświadczeń tylko działał na korzyść. Miał na karku 30 lat, a zupełnie nikt nie robił z tego powodu problemu. I to nie przez sezon czy cztery. Nigel Martyn jako numer jeden wytrzymał w bramce Pawi aż sześć sezonów, rozgrywając nieprawdopodobną liczbę 207 meczów na poziomie ligowym. Jest również jedynym piłkarzem, spoza tak zwanej ery Reviego, który znalazł się w najlepszej jedenastce Leeds United. Klub opuścił na rzecz Evertonu w 2003 roku.

Kibice na Goodison Park błyskawicznie pokochali Anglika. Wskoczył do bramki za kontuzjowanego Richarda Wrighta i nie oddał miejsca nawet w momencie, gdy ten wrócił do pełni sprawności. Martyn czarował w bramce, zatrzymując każdego rywala i udowadniając, że wiek to tylko liczba. W jego debiutanckim sezonie Everton zajął nadspodziewanie dobre czwarte miejsce. Aż żal że wszystko skończyło się 2006 roku, kiedy Martyn zaliczył swój setny wysęp dla Evertonu.

Wraz z końcem sezonu ogłosił zakończenie swojej kariery. Problemem była kontuzja kostki, która uniemożliwiła mu dalsze występowanie na najwyższym poziomie. Miał wówczas 39 lat, ale gdyby nie uraz pewnie pograłby kilka kolejnych lat. Klasę bramkarza potwierdził zresztą David Moyes, który nazwał Martyna najlepszym transferem w swoim życiu. A Szkot kupował przecież Fellainiego do Manchesteru United.

Tima Sherwooda kojarzę przede wszystkim z jego krótkiej kariery trenerskiej w latach 2013-2014 w Tottenhamie oraz dzięki krótkiemu epizodowi w Aston Villi w 2015 roku. Nie mam zamiaru ukrywać, że bardzo dużym zaskoczeniem dla mnie okazała się jego wybitna kariera zawodnicza. Sherwood, który całą swoją karierę spędził w Anglii, zanotował aż 483 spotkań w barwach takich drużyn jak Watford, Norwich City, Blackburn Rovers, Tottenham, Portsmouth i Coventry. Dodatkowo zdobył aż 50 bramek, co jak na środkowego pomocnika jest naprawdę przyzwoitym rezultatem.

Niewątpliwie, największym sukcesem w karierze Sherwooda było zdobycie wicemistrzostwa i mistrzostwa kraju z Blackburn Rovers kolejno w sezonach 93/94 i 94/95. Tim, który początkowo nie potrafił przebić się do pierwszego składu drużyny prowadzonej wówczas przez Dalglisha, szybko został jednym z najważniejszych elementów drużyny oraz jej kapitanem. Właśnie z tymi czasami w karierze Sherwooda wiąże się ciekawa anegdota. Dalglish, który chciał wzmocnić swój skład zawodnikami pokroju Zidane’a lub Dugarryego, poprosił o fundusze na transfery. Jack Walker, ówczesny właściciel klubu, zapytał wtedy Dalglisha „po co ci Zinedine Zidane, skoro mamy Tima Sherwooda?”. W Blackburn pozycja Sherwooda była niepodważalna. Anglik spędził tam 8 sezonów i rozegrał aż 246 spotkań, w których zdobył 25 bramek. Niewątpliwie jednym z najwspanialszych indywidualnych osiągnięć Tima Sherwooda jest znalezienie się w jedenastce sezonu 1994-1995.

Co ciekawe, pomimo swojej naprawdę wyrazistej kariery z niebagatelnymi sukcesami, Sherwood tylko trzykrotnie miał zaszczyt reprezentowania barw Lwów Albionu. Wszystkie występy miały miejsce w 1999 roku.

Moja znajomość z nim zaczęła się już u schyłku jego piłkarskiej przygody, kiedy jako dziecko dostałem i odpaliłem tryb kariery w Fifie 07. Zostałem niejednokrotnie upokorzony przez środkowego obrońcę, a właściwie jego rzuty wolne. Do tego stopnia, że od tamtej pory pamiętam to nazwisko – liczący wówczas 32 lata David Unsworth stał się moim ulubionym obrońcą, głównie dzięki umiejętnościom strzelania na bramkę ze stojącej piłki.

Dopiero lata później dowiedziałem się, że rzeczywiście nieźle kopał piłkę z rzutów wolnych i karnych. Jak na obrońcę strzelał mnóstwo goli – do 2015 roku był nawet rekordzistą! Jego 38 bramek pozwalało mu na miano najskuteczniejszego defensora w historii Premier League. Tę barierę 4 lata temu przekroczył John Terry, ale Unsworth dalej trzyma się drugiego miejsca, do zawrotnych 38 goli dodając 18 asyst.

Nazywany również Rhino (Nosorożec), Unsworth stał się swego rodzaju legendą w Evertonie, rozgrywając w jego barwach 12 sezonów. Zdarzyły mu się również epizody w Aston Villi i West Hamie, a u schyłku kariery przywdziewał koszulki Portsmouth, Sheffield United, a także Wigan (do sezonu 2007/08). Niestety trafił na mocną zmianę pokoleniową w obronie reprezentacji – mimo bycia częścią drużyny Anglii U20, która zajęła 3. miejsce na Mistrzostwach Świata w 1993 roku, Unsworth zaliczył tylko jeden jedyny występ w dorosłej reprezentacji, przeciwko Japonii w 1995 roku. Obecnie jest odpowiedzialny za prowadzenie drużyny U23 właśnie w Evertonie. Był również menedżerem pierwszej drużyny Evertonu, w aż… dwóch meczach. Gdy ze stanowiska polecieli Roberto Martinez i Ronald Koeman, to właśnie Nosorożec stał się menedżerem tymczasowym.

Stuart Ripley niewątpliwie zasłużył na miejsce w naszym rankingu dzięki swoim fantastycznym występom dla Middlesbrough oraz Blackburn Rovers w latach 1985-1998. Łącznie w swej seniorskiej karierze Ripley zanotował 512 występów i zdobył 43 bramki. Trzeba przyznać, że jak na skrzydłowego, były to przyzwoite liczby.

Ripley był jednym z głównych architektów sukcesu Blackburn w sezonie 1994/95. Właśnie wtedy Rovers zadziwili cały kraj i zdobyli mistrzostwo kraju. Co prawda, Stuart nie zdobył w tamtym sezonie ani jednej bramki, jednak był dla drużyny niezbędny i opuścił tylko jedno spotkanie.

Dzięki swoim dobrym występom w Blackburn Rovers, Ripley otrzymał powołanie do reprezentacji Anglii na mecz z San Marino w listopadzie 1993 roku, ale wówczas, pomimo zwycięstwa 7-1, nie przekonał do siebie Grahama Taylora. Jego drugim i ostatnim występem dla Lwów Albionu było spotkanie 10 września 1997 przeciwko Mołdawii.

Wiele osób uważało, że swoją profesjonalną karierę zawdzięczał tylko ojcu, który wciągnął go do pierwszego klubu, jakim było Bournemouth. Prawda jest jednak taka, że Harry Redknapp nigdy nie trafił do Liverpoolu, gdzie syn święcił największe sukcesy.

Przez kilka pierwszych lat słyszeli o nim najwięksi fani The Reds oraz Graeme Souness, który przetrzymywał Anglika w rezerwach. Taki impas trwał aż do 1994, kiedy to pojawił się niewyobrażalny wręcz boom na pomocnika. Przebojem wdarł się do pierwszego składu Liverpoolu, a także stał się prawdziwą ikoną ligi, stając się najbardziej rozpoznawalnym młodym piłkarzem obok dwójki z Manchesteru United – Ryana Giggsa i Lee Sharpe’a.

Jednocześnie pojawiały się wobec niego spore zarzuty. Oskarżano go o poświęcenie wybiegom i modzie, mając w zupełnym poważaniu grę dla wielkiego angielskiego klubu. Były to jednak bzdury. Jamie poświęcał znaczącą ilość czasu na wygląd, ale pozostawał jednym z najwybitniejszych graczy tamtego Liverpoolu. Dostrzegł to zarówno Roy Evans, jak i Gerard Houllier, który to uczynił z Redknappa kapitana The Reds. Niestety, na jego drodze stanęła seria kontuzji, ostatecznie przekreślając jego pobyt na Anfield w 2002 roku. Była to naturalna kolej rzeczy. Z powodów kłopotów z kolanem nie był w stanie wrócić do pełnej sprawności, a jego tempo gry znacznie spadło.

Pomocną dłoń próbował wyciągnąć Tottenham oraz Southampton. W ciągu trzech lat zagrał tam 64 razy. Niezły wynik, ale nieporównywalny do bólu, który odczuwał Redknapp. Postanowił zakończyć karierę i poddać się bardziej inwazyjnemu liczeniu. Miał zaledwie 31-lat, a za sobą kilkanaście lat w Premier League. Stał się jedną z ikon lat 90., a jego asysty oraz potężne rzuty wolne, wciąż tkwią w pamięci fanów The Reds.

W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć Davida Battyego, który w swojej seniorskiej karierze w Anglii zaliczył aż 438 spotkań, w których zdobył 8 bramek. Lista klubów, w których występował angielski pomocnik jest dość krótko, bo mieszczą się na niej tylko 3 zespoły: Newcastle United, Blackburn Rovers oraz Leeds United.

Batty zaczynał swoją karierę właśnie w Leeds. Tam, w latach 1986-1993 zanotował 211 występów i zdobył 4 gole, co pozwoliło mu na transfer do Blackburn Rovers. Z tym klubem wiąże się ciekawa historia. Batty w mistrzowskim dla Blackburn sezonie (1994/95) zagrał w 5 spotkaniach, ale odmówił przyjęcia medalu, gdyż stwierdził, że jego wkład w sukces drużyny był minimalny.

Swoją karierę Anglik kończył w Leeds United, z którym również święcił sukcesy na krajowym podwórku, w Lidze Mistrzów i w Pucharze UEFA. To właśnie doświadczenie Battyego było jednym z kilku głównych czynników, które pozwoliły Leeds awansować do półfinałów Pucharu UEFA i LM.

David był również ważną postacią w reprezentacji Anglii, dla której miał zaszczyt zagrać aż 42 razy. Ciekawostką jest to, że ostatnim występem Battyego w barwach Lwów Albionu był mecz z Polską, którego Anglik nie ukończył, gdyż w 84. minucie został wyrzucony z boiska.

Wielu miłośników gry z serii FIFA na pewno będzie kojarzyła tego zawodnika. Zwłaszcza z szybkości, która charakteryzowała wychowanka Aston Villi. W barwach tego zespołu zadebiutował 18 marca 2006 roku, gdzie w swoim debiucie przeciwko Evertonowi strzelił bramkę. Później było tylko lepiej. Kampanię 2006/07 zakończył z dziewięcioma golami i powolutku budował swoje nazwisko w Premier League.

Następne sezony były świetne. W kolejnych trzech sezonach zdobywał kolejno: 11, 11 i 13 bramek. Prezentował się naprawdę kapitalnie, dzięki czemu został zauważony przez ówczesnego trenera reprezentacji Anglii – Fabio Capello, który wysłał powołanie dla Agbonlahora. W Aston Villi, zwłaszcza za kadencji Martina O’Neilla, był jedną z ważniejszych postaci. Zresztą tamta drużyna miała mnóstwo ciekawych nazwisk, m.in. Ashley Young, Gareth Barry czy James Milner.

W 2010 roku na Villa Park doszło do zmiany menedżera. Gerard Houllier zastąpił Martina O’Neilla, co miało negatywny wpływ na Gabby’ego. Anglik nie miał najlepszych relacji z francuskim szkoleniowcem i chodząc na siłownię, stracił trochę na szybkości. Jednak kolejne zmiany menedżerskie w klubie z Birmingham były dla niego dobre, ponieważ napastnik zwyczajnie odżył. Pod koniec sezonu 2011/12, zdiagnozowano białaczkę u Styliana Petrova, przez co Agbonlahor nałożył opaskę kapitańską.

Kolejne lata były coraz gorsze. Oczywiście, miewał przebłyski, ale konflikty z następnymi menedżerami, imprezowanie – nawet w dniu spadku AV do Championship – oraz słabe występy na boisku nie dawały powodów, aby występował w podstawowej jedenastce. Mimo że nie wiodło mu się ostatnimi laty najlepiej, to śmiało można go nazwać legendą klubu z Villa Park. Najdobitniej świadczą o tym 86 bramek w 391 występach.

Bardziej niż piłkarski kunszt Irlandczyka z północy, doceniliśmy jego wytrwałość i wieloletnie granie na najwyższym poziomie w Anglii. Spędził tam nieprzerwanie 17 lat, a gdy poczuł, że zaczyna tracić kontakt z młodzieżą, postanowił zejść poziom niżej.

Jako 18-letni chłopak debiutował w barwach Newcastle United. Jego pierwszym rywalem była… Barcelona. Sroki występowały wówczas w Lidze Mistrzów, a obrońca zastąpił Philippe Alberta. W debiutanckim sezonie nie porwał jednak publiczności, notując zaledwie cztery ligowe występy. Zmiana przyszła z czasem.

Hughes konsekwentnie piął się w górę hierarchii Newcastle, a tym samym całej Premier League. W latach 2000-2003 był podporą defensywy swojego macierzystego klubu, opuszczając łącznie dziesięć meczów w tym okresie. Okolice St James Park opuścił już jako ukształtowany piłkarz. Tym bardziej dziwiła kwota transferu – Aston Villa zapłaciła za niego zaledwie jeden milion funtów.

Spędził tam zaledwie dwa lata, po czym przeniósł się do Fulham, swojego ostatniego klubu z Premier League. W barwach stołecznego zespołu odgrywał rolę nauczyciela, mentora, jak i był prawdziwą podporą drużyny, która dotrze przecież do finału Ligi Europy. Miał za sobą doświadczenie w europejskich pucharach, a także dobrze ponad 250 meczów w Premier League. Swój licznik znacząco poprawił, bo gdy trafił do drugoligowego QPR miał ich aż 455.

Z pewnością była to ciekawa postać! Jeszcze w barwach Luton Town, cztery miesiące po podpisaniu kontraktu, został zawieszony z powodu kradzieży karty kredytowej synowi gospodarzy domu, w którym Walijczyk był zakwaterowany. Wypłacone pieniądze miały zostać przeznaczone na hazard. Jednak szybko wrócił do klubu i otrzymał drugą szansę, którą raczej wykorzystał.

Dla Luton, którego był wychowankiem, w 51 występach strzelił 11 bramek, co może nie jest oszałamiającym rezultatem, ale zapewniło mu to transfer do dużo lepszego zespołu, którym był Arsenal. W styczniu 1995 roku, Walijczyk przyszedł na Highbury – jak na tamte czasy – za wielkie pieniądze. Kanonierzy wydali wówczas 2,5 miliona funtów. On oraz Chris Kiwomya byli ostatni nabytkami George’a Grahama. Początkowo reprezentant Walii miał pewne miejsce w wyjściowej jedenastce. Nawet strzelił bramkę w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1995 roku przeciwko Realowi Saragossa. Ostatecznie Arsenal poległ w tym starciu 1-2.

Dalsza jego przygoda w Londynie nie była usłana różami. Jeszcze w tym samym roku do klubu przyszedł Dennis Bergkamp, a Walijczyk musiał pogodzić się z rolą rezerwowego. Brice Rioch oraz Arsene Wenger chętniej sięgali po Iana Wrighta, który spisywał się bardzo dobrze. Koniec Hartsona na Highbury nastąpił w 1997 roku, kiedy Wenger ściągnął Nicolasa Anelka. Wtedy było pewne, że nie będzie już miejsca dla charyzmatycznego napastnika.

Następnie odszedł do West Hamu za 3,2 miliona funtów, gdzie został najdrożej kupionym zawodnikiem przez Młotów, a następnie grał w Wimbledonie, gdzie ściągnięto go za rekordowe 7,5 miliona funtów. Tam prezentował się całkiem nieźle, ale kontuzje mu nie pomagały. Później była 5-letnia przygoda w Celticu, gdzie grał razem z Polakami – Arturem Borucem oraz Maciejem Żurawskim, a na koniec kariery występował w WBA i Norwich. Dzisiaj jest asystentem Ryana Giggsa w reprezentacji Walii.

W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć Trevor Sinclaira. Jest to kolejny doskonały piłkarz, a jednocześnie skandalista. Swoją juniorską i seniorską karierę Sinclair zaczynał w Blackpool. Podczas 19 lat swojej kariery w poważnej piłce zanotował on 559 spotkań i zdobył aż 74 bramki. Sinclair był skrzydłowym, dla którego nie miało znaczenia po której stronie boiska się porusza. Poza Blackpool, na liście klubów, w których występował, znajdują się QPR, West Ham, Manchester City, Cardiff, a ostatnio także Lancaster City oraz… Squires Gate – klub z 11. poziomu ligowego, w którym 46-letni Sinclair występuje od 2018 roku.

Co ciekawe, Sinclair jest zdobywcą pierwszego gola, jaki padł w oficjalnym spotkaniu na nowym stadionie Manchesteru City. Zdobył on bramkę na ówczesnym City of Manchester Stadium w meczu Pucharu UEFA przeciwko TNS.

Sinclair zanotował również 12 spotkań dla reprezentacji Anglii, z czego 4 na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii w 2002 roku. Trevor w ostatnim momencie znalazł się w kadrze, gdyż kontuzji doznał Danny Murphy. Mimo to, Sinclair wciąż był drugim wyborem w talli Svena-Gorana Erikssona. Po raz kolejny jednak uśmiechnęło się do niego szczęście, gdyż Owen Hargreaves już w drugim spotkanie Mundialu odniósł kontuzję i Sinclair zajął jego miejsce. Swoją szansę wykorzystał on znakomicie i został uznany jednym z lepszych zawodników Anglii podczas rozgrywek w Korei i Japonii.

Trevor Sinclair był również bohaterem kilku skandali. W styczniu 1999 roku Anglik zdewastował samochód po całonocnym piciu z innymi zawodnikami West Hamu podczas imprezy świątecznej w Romford. Ponadto, w listopadzie 2017, Trevor został aresztowany za prowadzenie auta po spożyciu alkoholu oraz podejrzenie o potrącenie kobiety w Lytham St Annes. 3 miesiące później, Anglik został skazany za jazdę po spożyciu oraz za rasistowskie odzywki w kierunku policjanta. Z tego powodu musiał odbyć 150 godzin prac społecznych, a także stracił prawo jazdy na 20 miesięcy oraz musiał zapłacić 500 funtów policjantowi, którego obraził.

W naszym zestawieniu nie zabrakło miejsca dla jednego z największych skandalistów w angielskiej piłce. Stan Collymore swoją juniorską karierę zaczynał w Walsall i Wolverhampton, natomiast swój pierwszy seniorski występ zaliczył w barwach Crystal Palace.

Stan w trakcie trwania swojej kariery zwiedził wiele angielskich klubów, m.in. wspomniane wyżej Crystal Palace, Southend, Aston Villę, której był kibicem, Leicester, a także Nottingham oraz Liverpool. To właśnie jego transfer z Nottingham Forest do The Reds za 8.5 miliona funtów był swego czasu najbardziej wartościową transakcją w Anglii. Stan w 249 występach na angielskich boiskach zdobył aż 99 bramek. Odegrał on również epizodyczną rolę w barwach Lwów Albionu zaliczając 3 występy.

Atmosfera wokół Collymore’a przeważnie była bardzo gęsta za sprawą skandali, w których odgrywał główną rolę. Do jego wątpliwej klasy wyczynów należy m.in. grożenie śmiercią swojej żonie, pobicie swojej ówczesnej dziewczyny i tancerki w klubie nocnym w Paryżu, a także zdemolowanie restauracji w La Manga za pomocą gaśnicy podczas zgrupowania Leicester.

Aktualnie Stan Collymore jest ekspertem telewizyjnym.

Mimo że pod koniec kariery w niczym nie przypominał siebie sprzed lat, to i tak zapisał się na kartach historii angielskiego futbolu. Przez kilka długich lat bronił barw reprezentacji. Dla swoich trzech pierwszych klubów rozegrał ponad sto spotkań. No i to od jego nazwiska utworzono termin „robinsonada”. A przynajmniej tak myślałem, gdy miałem sześć lat.

Swoją karierę zaczynał w Leeds United, gdzie początkowo pełnił funkcję zmiennika dla Nigela Martyna. Dopiero po kontuzji swojego starszego kolegi wskoczył do bramki, a następnie wymógł na nim przenosiny do Evertonu. Grał po prostu lepiej niż legendarny bramkarz. Postanowił pisać swoją historię. Koniecznie jednak chciał by kojarzyć ją z Premier League. Z tego względu zaraz po spadku Leeds United, zdecydował się na transfer do Tottenhamu.

Nie obyło się jednak bez problemów. Pawie wolały zarobić na nim mniej w maju, niż stołeczny zespół proponował im w styczniu. Chodziło o to, by Robinsona zatrzymać jak najdłużej przy sobie. Kiedy jednak w końcu trafił na White Hart Lane, to przez dwa sezony nie dał sobie wytchnienia. Zagrał w 76 meczach, stając się codziennym elementem krajobrazu ligi. Do tego wszystkiego należy dołożyć jedno niespodziewane wydarzenie z meczu przeciwko Watfordowi. Strzelił on wówczas gola z 87 metrów. Piłka szczęśliwie podskoczyła nad Benem Fosterem, a następnie wpadła do siatki. Tym samym definitywnie zapisał się na kartach historii Premier League.

Poważną karierę kończył w Blackburn, dla którego trykot założył w 189 ligowych meczach. Imponujący wynik, podobnie jak i początkowa forma nowej drużyny. Klub konsekwentnie piął się do góry, docierając nawet do siódmego miejsca. Anglik notował coraz więcej czystych kont i coraz chętniej mówiono o przenosinach do lepszych drużyn. Ostatecznie nic z tego nie wynikło i to właśnie w barwach Blackburn Rovers wpuścił swojego pięćsetnego gola. Zakończmy jednak pozytywnym akcentem. W 375 meczach udało mu się zachować czyste konto 86 razy. Naprawdę soldnie.

Piłkarz będący odrobinę w cieniu Johna Terry’ego, ale wciąż możemy o nim powiedzieć jako o ważnej postaci w nowoczesnej historii Chelsea. W końcu mamy do czynienia z dwukrotnym mistrzem Anglii, zdobywcą Ligi Mistrzów oraz aktualnym kapitanem The Blues.

Karierę Cahill zaczynał w Aston Villi, w której debiutował jako 20-letni chłopak po pięciu latach ciężkiej pracy w młodzieżowych drużynach The Villans. Nie było mu tam łatwo przebić się do pierwszego składu, więc swojej szansy poszukał w Boltonie i był to kapitalny ruch. Przez pięć lat gry w barwach The Trotters wywarł ogromne wrażenie i kwestią czasu był transfer do większej drużyny. Takową okazała się Chelsea zimą 2012 roku – Cahill opuścił Bolton, który zarobił na nim około 7 milionów funtów, a parę miesięcy później spadł z Premier League. W czasie gdy jego były klub żegnał się z rozgrywkami, Gary świętował triumf w Lidze Mistrzów.

Do kontynentalnych osiągnięć Cahill może dorzucić również Ligę Europy, a krajowo dwukrotnie zdobywał Premier League, zawsze będąc przy tym wyróżnianym w jedenastce roku. Za pierwszym razem stworzył kapitalny duet z Johnem Terrym, a w drugim przypadku był ważnym ogniwem pięcioosobowego bloku defensywnego Antonio Conte. Obecnie Cahill przebywa ósmy sezon na Stamford Bridge, a łącznie w Premier League ma rozegranych 348 meczów w barwach trzech klubów. W reprezentacji Anglii występował 61-krotnie, w tym parokrotnie z opaską kapitańską.