To miało być zwykłe majowe popołudnie. Fani Bradford City oraz Lincoln City udali się na Valley Parade, aby obejrzeć potyczkę swoich ulubieńców. Było ich dokładnie 11 076. Aż 56 z nich nigdy już potem nie wróciło do domu. Do dzisiaj pożar stadionu The Bantams z 11 maja 1985 roku otoczony jest pewnymi niejednoznacznościami. To, co stało się tamtego dnia, do tej pory pozostaje jedną z największych piłkarskich tragedii w Wielkiej Brytanii.

Jakiś czas temu trafiłem na artykuł Independent poświęcony sztuce „The 56”, która opowiada o wydarzeniach tego feralnego dnia, który… nie dał mi spokoju? Chyba tak należy to określić. Zacząłem szukać, czytać, przeglądać. Trafiłem na relacje świadków w rozmowach z BBC i różne inne historie związane z tą tragedią, która wstrząsnęła całym Zjednoczonym Królestwem. Dotyczyły one nie tylko tego, co wydarzyło się na Valley Parade, ale również niejasności otaczających pożar i jego przyczyny.

Zniszczone święto na Valley Parade

Ostatni domowy mecz sezonu był dla kibiców gospodarzy okazją do celebrowania sukcesu. Ich ukochany zespół wygrał Third Division, gwarantując sobie awans na drugi poziom rozgrywkowy pierwszy raz od niemal 50 lat. Przed spotkaniem kapitan zespołu, Peter Jackson, odebrał trofeum dla najlepszej drużyny trzeciej ligi.

Piłkarze zrobili rundę honorową dookoła boiska. Potem wyszli trzymając kartony z literami układającymi się w napis „Thank you fans”. Wielkie święto przyciągnęło duże, jak na warunki klubu, grono zainteresowanych. Ponad jedenaście tysięcy zebranych było wynikiem mocno przekraczającym sezonową średnią.

Awans był nie tylko powodem do radości dla kibiców. Wiązał się również z koniecznością modernizacji obiektu. Główna trybuna praktycznie nie była modyfikowana od budowy w 1911 roku. Miejscowa prasa informowała, że planowane są prace renowacyjne, gdyż stadion „nie odpowiadał nowoczesnym wymaganiom pod wieloma względami”. Drewniane trybuny miały zostać zastąpione betonowymi. Dach miał zostać wzmocniony stalą. Jak się okazało, zagrożenie dostrzeżono zbyt późno.

Los brutalnie zakpił z władz klubu. Około 40. minuty spotkania zauważono ślady ognia pod trybuną. Wszelkie działania mające zapobiec rozprzestrzenieniu się płomieni zawiodły. Wybuchła panika. Ludzie uciekali do zamkniętych wyjść tylko po to, aby zostać zmuszonym do odwrotu i poszukiwania ratunku gdzie indziej. Chaos i szok opanowały cały stadion. Policja, straż pożarna i ci, którym nic się nie stało, usiłowali uratować innych. Niestety, nie udało się ocalić wszystkich. Ogień pochłonął 56 istnień.

Ogień pod trybuną

Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, jak rozpoczął się pożar. Wiadomo było, że zaniedbany obiekt nie spełniał wymogów dotyczących bezpieczeństwa nie tylko pod względem swojej konstrukcji, ale i samego utrzymania w odpowiednim stanie. Ogromne sterty śmieci, które narastały z każdym meczem, zalegały pod główną trybuną prosząc wręcz o zabłąkaną iskrę, która sprawi, że ogień strawi cały obiekt. W pogorzelisku znaleziono fragment gazety z 4 listopada 1968 roku.

Komentujący feralny mecz John Helm mówił BBC o tym, jak zauważono płomienie.

Podczas wrzutu z autu przed trybuną, która spłonęła, coś zwróciło moją uwagę. Poprosiłem realizatora, aby skierował tam kamerę. To był zapalony kawałek papieru, ale był taki malutki. Kilka minut przed przerwą zobaczyłem poruszenie wśród fanów. Wtedy często mieliśmy do czynienia z chuliganizmem i przemocą, więc na początku pomyślałem „Mam nadzieję, że się nie zaczyna – tylko tego tu brakowało”. Sędzia zagwizdał i kazał nam udać się do szatni.

21-letni wówczas kibic The Bantams, David Pendleton, opowiadał:

Przez pierwszą minutę ludzie śmiali się i żartowali, to nie było nic poważnego. Wtedy, nagle, w ciągu 120-kilku sekund wszystko się rozkręciło. Trudno jest ubrać w słowa to, jak szybko rozprzestrzeniał się ogień.

Rozpoczęto ewakuację. Jeden z kibiców pobiegł szukać gaśnicy, ale takowej nie było. Policja wezwała straż pożarną. Żywioł rozprzestrzenił się w mgnieniu oka. Dym i płomienie odcinały drogę ucieczki. Papa, która pokrywała dach, nagrzała się tak, że zaczęła się topić i kapać na kibiców, którzy jeszcze nie znaleźli schronienia. Na całe szczęście, trybuny nie były odgrodzone od boiska, więc duża część fanów uciekła na murawę. Dla wielu walka o przetrwanie nie była jednak skończona.

Ucieczka przed śmiercią

Tłum ludzi walczył o przetrwanie. Ludzie skakali z murów, próbowali przecisnąć się pod bramami wejściowymi. Niektórzy z nich zostali przygnieceni. Przy wielu wyjściach nie było stewardów, ale aż siedem z nich udało się otworzyć, pozwalając kolejnym osobom na uratowanie życia. Również piłkarze, a także trener Bradford City, dołączyli do grona uciekających. W tłumie działy się iście dantejskie sceny.

Zostałem zepchnięty do przodu. Pamiętam, jak się rozejrzałem i nagle ten mały płomień ogarnął praktycznie pół trybuny i zaczął zajmować dach. Wtedy pomyślałem, że pora uciekać. Wszyscy wtedy pomyśleli to samo. Zostałem przyciśnięty do ściany ciężarem ludzi, którzy próbowali się przez nią prz