Barcelono, nadchodzimy!

To musiało się stać. W momencie, gdy zobaczyłem, że Chelsea może trafić tylko na kogoś z trójki Barcelona, PSG i Besiktas, byłem pewny tego, że trafią na tych pierwszych. A może inaczej – marzyłem, że tak będzie.

Nikt nie ma chyba wątpliwości, że żadne inne spotkania nie trzymają tak w napięciu i nie są tak nacechowane emocjonalnie jak te The Blues z Blaugraną. W tych meczach jest po prostu wszystko czego kibic oczekuje od piłki nożnej. Od ostrej gry, przez niesamowite emocje i dramaturgię, aż do przepięknych bramek.

Praktycznie w każdym z trzech ostatnich dwumeczów tych ekip pamiętamy coś szczególnego. 2005 rok – bramka z zerowego konta Lamparda i „prezes” Ronaldinho, 2009 – bomba Essiena i zabójstwo piłki nożnej w wykonaniu Ovrebo, zakończone szarżą Ballacka za Norwegiem, i w końcu 2012 rok, czyli potężna Częstochowa Chelsea uwieńczona strzałem na pustą Torresa. Każde z tych spotkań miało w sobie coś niesamowitego. A właściwie inaczej – to Chelsea miała w sobie coś niesamowitego, pokazujac prawdziwą siłę. Siłę charakteru.

Teraz jednak nie jest już tak kolorowo pod tym względem. Jeśli wspomnimy sobie drużynę z 2012 roku, to wiemy, że przynajmniej połowa składu mogła wziąć wówczas ciężar gry i odpowiedzialność za wynik na swoje ramiona. Chelsea miała wtedy wykrystalizowany kręgosłup drużyny, prawdziwych liderów w każdej formacji. Nie chciałem używać takich oklepanych frazesów, jak „kiedyś to było”, ale no właśnie – kiedyś to było.

Aktualnie The Blues reprezentuje tylko jeden lider z prawdziwego zdarzenia, czyli pewien waleczny Hiszpan mogący grać na każdej pozycji w obronie. Poza nim jednak próżno szukać dowódców z krwi i kości w składzie Chelsea. Jeśli już na siłę próbowalibyśmy to zrobić, to postawiłbym chyba na Fabregasa i Hazarda. Nie umywają się oni jednak do swoich odpowiedników z 2012 roku – Lamparda i Drogby. Ale to nie wszystko, na Stamford Bridge nie ma nawet aktualnie kim zamurować środka pola.

Może wydawać się to dziwne, ale brak Bakayoko to naprawdę spore osłabienie The Blues. Akurat w tym spotkaniu Francuz przydałby się jak nigdy indziej. Nawet mimo tego, że porusza się po boisku strasznie ociężale, często przypominając w tym samego Yayę Toure.  Bakayoko jest do tego strasznie pasywny w rozegraniu i w sumie poza warunkami fizycznymi nie posiada żadnych konkretnych atutów. Jednak te akurat tym razem byłyby potrzebne Chelsea niczym tlen. Jakoś po prostu nie widzę środka pola z Kante, Drinkwaterem i Fabsem. Żaden z nich nie jest takim prawdziwym boiskowym zadziorą.

Jednak to nie jedyne udręki The Blues. Uwagę musimy zwrócić, że dostępu do bramki od strony Messiego najprawdopodobniej będą bronić Alonso i Cahill. Powiedzieć, że to średnia perspektywa dla Chelsea to tak jakby nic nie powiedzieć. Nikomu chyba nie trzeba mówić jak mało zwrotna i słaba w destrukcji jest wspomniana wyżej dwójka i przy braku odpowiedniej pomocy może się to naprawdę źle skończyć. Możliwe, że zamiast Cahilla wystąpi Rüdiger, jednak w pojedynku z La Pulgą również wygląda on raczej blado.

Lecz to nie wszystko. Główny problem to przede wszystkim forma Barcelony, która nie przegrała w lidze od kwietnia 2016 roku. Blaugrana wciąga nosem La Ligę, podczas gdy Chelsea regularnie potyka się z outsiderami Premier League. To właśnie ten argument ostatecznie przeważa nasze przedmeczowe analizy i dywagacje. Barcelona jest po prostu lepsza.

Co więc przemawia za awansem Chelsea? Na pewno osoba Antonio Conte, która prawdopodobnie szykuje na ten dwumecz coś szczególnego. Nie wierzę, że The Blues wyjdą takim samym ustawieniem co zawsze, bo chyba nawet Włoch tak szaleńczo nie wierzy już w 3-5-2. Skoro w tej formacji Chelsea nie potrafiła oszukać i zaskoczyć Bournemouth czy Watfordu, to na pewno nie zrobią tego Barcelonie.

Wszystko jest więc w głowie Conte. To tam rozegra się ważniejsze spotkanie, niż to właściwe na boisku. Jeśli Włoch je przegra, The Blues nie mają co myśleć o awansie. Dwumecz ten skończy się pewnym zwycięstwem Barcelony, a Chelsea po prostu przejdzie obok dwumeczu z wypisanym na czołach hasłem przewodnim z tych słynnych memów „Jeszcze tylko wpie*dol od Barcelony i wakacje”. Dla mnie będzie to oznaczać koniec Conte na Stamford Bridge, ponieważ Włoch pokaże, że nie ma pomysłu na drużynę. Takiego schematu jednak nie przyjmuję nawet do swojej myśli.

Chelsea musi wyjść na boisko zmotywowana niczym rozwścieczona lwica broniąca młodych. Zadaniem The Blues jest gryzienie trawy, bo tylko zaangażowaniem i odpowiednim przygotowaniem taktycznym mogą oni pokonać hiszpańskiego hegemona. Chelsea nie powinna jednak wyjść na boisko z przeświadczeniem, że to Barcelona jest faworytem. Wszystko więc skłania się ku Conte i jego sztabowi. To w nich kibice Chelsea muszą pokładać swoje nadzieję.

Wspomniałem wcześniej, że The Blues poza Azpim nie mają liderów. Musimy jednak pamiętać, że to właśnie takie spotkania takowych krystalizują. A więc, jakby to powiedział Ś.P. Janusz Wójcik: Kiełbasy do góry i golimy frajerów! Come on Chelsea!

By |2018-02-20T19:33:27+00:00Luty 20th, 2018|Możliwość komentowania Barcelono, nadchodzimy! została wyłączona

About the Author:

Redakcyjny ekspert od FPL. Zapaleniec całej Premier League, a prywatnie kibic Chelsea. Poza tym: rap, żużel i studia.