Panie i Panowie, czapki z głów. Seamus Coleman wraca na boisko!

Do Evertonu, pod względem kibicowskim, mam daleko jak stąd na Kołymę. Jednakże kiedy widzę historie takie jak ta Irlandczyka, to dostaję po prostu ciarek. Takich zupełnie pozytywnych.

Wszystko zaczęło się od tragedii. Dziesięć miesięcy temu, podczas meczu reprezentacji, doszło do poważnego starcia z Walijczykiem. Neil Taylor zapewne nie wiedział co dokładnie uczynił, ale efekt jego działań był dramatyczny. Obrońca Evertonu złamał nogę. W dwóch miejscach. Jeśli pamiętacie nogę Wasilewskiego po starciu z Witselem, to wyobraźcie sobie, że kończyna Colemana wyglądała równie źle. Albo nawet gorzej.

Wydawało się, że powrót Irlandczyka na boisko jest kwestią co najmniej roku. Jeśli jest jakakolwiek kontuzja, która łatwo się leczy i nie sprawia problemów w rehabilitacji, to podwójne złamanie prawej nogi z pewnością takie nie jest. Coleman jednak dał radę, przeszedł cały cykl w iście błyskawicznym tempie, a teraz – niczym superbohater – wraca do gry dla Evertonu. Człowiek z tytanu, facet z żelazną psychiką.

Problem takiej kontuzji nie dotyczy bowiem tylko i wyłącznie sfery fizycznej. Ból jest nie do wytrzymania, ale to co dzieje się w głowie zawodnika, jest jego prywatną, wewnętrzną tragedią. Nie ma czegoś takiego jak lek, który mógłby załagodzić całą gamę koszmarów rozbrzmiewającą między zwojami mózgu. Świadomość, że na kilkanaście miesięcy jesteś wyłączony ze swojej pracy i nie możesz zrobić absolutnie nic, że teraz wszystko będzie zależało od Twojego organizmu (na który przecież nie masz wpływu), od skuteczności rehabilitacji (na którą nie zawsze masz wpływ), a przede wszystkim od lekarzy (na których już zupełnie nie masz wpływu), przytłacza. Po prostu przytłacza i nie daje spokoju.

Podnieść się po takim ciosie nie jest łatwo. Udaje się to tylko prawdziwym twardzielom, boiskowym wojownikom. Potrafią oni opanować swoje ciało i umysł, aby ostatecznie przezwyciężyć kontuzję. Zarówno Coleman, jak i Wasilewski, są tego doskonałymi dowodami. Przez kilka pierwszych tygodni, po tym jak Polak został połamany, zupełnie nie chciał o tym rozmawiać. Nic dziwnego. Teraz jednak uważa, że to temat, z którego najbardziej lubi żartować. I nie przeszkadzają mu w tym cztery śruby. W końcu Marcin wybaczył nawet Witselowi, który przecież nieomal zakończył jego karierę.

Coleman poszedł o krok dalej. Miesiąc po odniesieniu kontuzji udzielił słynnego już wywiadu, w którym rozgrzeszył Neila Taylora.

Piłka nożna jest sportem kontaktowym, a każdy pracuje na dobro swojego zespołu. Co więcej – nikt nikomu nie zamierza wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. Nie mam do Neila żadnych poważnych pretensji. Muszę skupić się na swojej pracy.

Irlandczyk skupił się w 120% i już dzisiaj zasiądzie na ławce rezerwowych w meczu przeciwko Leicester City. Jeśli wybiegnie na boisko, dostanie owację nie tylko od kibiców The Toffees, ale od całej publiczności zgromadzonej na meczu. Wszyscy przecież kochają takich bohaterów.

Dobrze będzie widzieć Colemana z powrotem. To nie tylko jeden z lepszych prawych obrońców w lidze, ale też symbol Evertonu Davida Moyesa. Chłopak, który przeszedł z Silgo Rovers za sześćdziesiąt tysięcy funtów, a w ciągu dwóch następnych lat podbił Premier League, znowu jest w grze. I całe szczęście.

 

 

By | 2018-01-30T10:31:18+00:00 Styczeń 30th, 2018|Możliwość komentowania Panie i Panowie, czapki z głów. Seamus Coleman wraca na boisko! została wyłączona

O autorze:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.
Sprawdź mnie na Twitterze