5 powodów, dla których warto oglądać 21. kolejkę Premier League

Dzisiaj czeka nas wspaniały dzień z brytyjskim futbolem. Mieliśmy możliwość oglądania Old Firm Derby, a już za godzinę zmagania rozpoczyna Premier League.

Bournemouth ma nadspodziewanie dużo problemów. Fatalny mecz z West Hamem powinien być jeszcze gorszy, bowiem Wisienki uratowały tylko komiczne decyzje sędziego tamtego spotkania. Tragiczna dyspozycja Asmira Begovicia pozwala wierzyć, że Eddie Howe sięgnie po Artura Boruca. Impuls jest im potrzebny, tym bardziej, że zagrają z Evertonem, który jest w gazie. Ekipa z Liverpoolu przegrała ostatnio w listopadzie, czyli jeszcze nie za kadencji Big Sama. Co więcej, The Toffees mają jakiś patent na Bournemouth. Przegrali z nimi tylko jedno spotkanie, a stosunek bramek jest iście imponujący. Everton zdołał ich wbić drużynie z Dean Court aż 15 w sześciu meczach.

Wobec tego, że pauzuje Harry Kane, Mohamed Salah będzie chciał podgonić Anglika w klasyfikacji strzelców Premier League. Napastnik Tottenhamu ma obecnie osiemnaście bramek na koncie, zaś Egipcjanin 15. Na korzyść gracza Liverpoolu działa także to, że 24-latek może być niedyspozycyjny przez kilka najbliższych kolejek. Wszystko układa się po myśli świeżo upieczonego zawodnika The Reds, ale łatwo mieć nie będzie. Pierwszą przeszkodę stanowi Leicester, czyli zespół, którego Jurgen Klopp i jego podopieczni po prostu nie znoszą. Na ostatnich pięć ligowych spotkań Lisy zdobywały 3 punkty aż dwa razy. To zdecydowanie za dużo, gdy pomyślimy o klasie, do której Liverpoolu predysponuje. Co więcej, będą musieli walczyć z Puelem, a Francuz jest już prawdziwym nemezis The Reds. Kiedy ostatnio jego Southampton walczyło z ekipą z Anfield, kibice tych drugich zostali prawie doprowadzeni do łez.

To będzie starcie dwóch największych niespodzianek tego sezonu. Z jednej strony Huddersfield, które miało być ostatnie, a z drugiej Burnley, które miało walczyć o utrzymanie. Szkopuł tkwi w tym, że obie drużyny zajmują kolejno jedenastą i siódmą pozycję. Obie ekipy można określić jako absolutnych minimalistów. Obydwie strzeliły 18 bramek. Tyle samo co Harry Kane. Siłą tych zespołów jest jednak wykorzystywanie dogodnych okazji. W ich szeregach zabraknie raczej super-strzelca, który zdobędzie kilkanaście trafień, ale spotkamy cały organizm, który będzie pracował na wspólne dobro. Chociaż komunizm jest rzeczą okropną, to dzielenie wszystkiego po równo, w wypadku tych zespołów, jest strzałem w dziesiątkę. Warto również spojrzeć na to spotkanie, bowiem pierwszy mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Wątpię, żeby teraz ktoś zadowolił się tym wynikiem.

Nudne już robi się pisanie o Manchesterze City. Oglądałem ostatnio cały ich mecz z Newcastle United i było to jedno z mniej emocjonujących spotkań w tym sezonie. Gdyby nie błąd Edersona i Walkera, zapewne zasnąłbym przy stole. Dość powiedzieć, że sam Otamendi zaliczył kilkanaście podań więcej niż cała drużyna Srok, która w dwudziestej minucie spotkania miała 10% posiadania piłki.

Obywatele przechodzą od jednego zwycięstwa do drugiego i „nic” nie może ich zatrzymać. Zatem nie wydaje mi się, że dokona tego Crystal Palace, z całym szacunkiem do pracy, którą w Londynie wykonuje Roy Hodgson. Orły zdobyły ostatnio osiem punktów, a niepokonany marsz przerwał dopiero Arsenal (2:3). Problem tkwi jednak w tym, że ostatnio wygrali z Manchesterem w 2015 roku. Z tamtej jedenastki Obywateli przetrwał jedynie David Silva, Sergio Aguero i Fernandinho.

To będzie wielki mecz Arsene Wengera. Francuz stanie się samodzielnym liderem klasyfikacji szkoleniowców. Przegoni samego sir Alexa Fergusona pod względem poprowadzonych meczów w lidze. Zakończy wieloletnią pogoń, wreszcie zdecydowanie wyprzedzi w czymś Szkota. Jego dzień będzie jednak niejako zagrożony. Całą imprezę postara się zepsuć West Brom. Prawdą jest, że Alan Pardew póki co zupełnie się nie sprawdza. Jego gracze są po prostu nijacy i wyprzedzają tylko absolutnie tragiczne Swansea City. W ostatnich spotkaniach zdołali jednak ograbić Liverpool. Bezbramkowo zremisowali z Evertonem i The Reds. To samo postarają się zrobić z Kanonierami, wszak na The Hawthorns przegrali z nimi dopiero w 2014.

 

By | 2018-01-01T23:00:11+00:00 Grudzień 30th, 2017|Możliwość komentowania 5 powodów, dla których warto oglądać 21. kolejkę Premier League została wyłączona

O autorze:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.
Sprawdź mnie na Twitterze