Mamy końcówkę kwietnia, a więc sezon Premier League wchodzi w szczególnie intensywny okres. Do gigantycznego wysiłku fizycznego, którym piłkarze są obciążeni, na pierwsze miejsce zacznie wysuwać się presja. Możesz przez pół roku grać fenomenalny futbol, ale jeśli na finiszu zwolnisz tempo, ostatecznie zostajesz z niczym – o ile wicemistrzostwo najlepszej ligi świata można nazwać „niczym”. Idealnym przykładem w ostatnich dniach jest drużyna Mikela Artety. Jeszcze trzy tygodnie temu żaden kibic The Gunners nie wyobrażał sobie, że może dojść do sytuacji, w której żadne trofeum być może nie wpadnie do gabloty. Teraz Manchester City jest na drodze, aby całkowicie zniszczyć sezon zespołowi z Londynu. Premier League zna jednak historie, w których trwoniono jeszcze większe przewagi, a losy mistrzostwa odwracały się w najmniej spodziewanych momentach. Poznajcie największe straty punktowe Premier League w historii walki o mistrzostwo.
Arsenal 1997/98 – 13 punktów
Alegoria losu w czystej postaci. To właśnie Arsenal jest rekordzistą pod względem odrobienia największej straty punktowej w drodze po tytuł. Pod koniec grudnia 1997 roku ówczesna drużyna Arsena Wengera traciła 13 punktów do Czerwonych Diabłów. W tamtym momencie ciężko było optymistycznie patrzeć w przyszłość. Jednak po Świętach Bożego Narodzenia Kanonierzy przeżyli prawdziwe odrodzenie – odnieśli dziesięć zwycięstw z rzędu, tracąc zaledwie trzy bramki, a dwie porażki ponieśli dopiero w ostatnich dwóch kolejkach, gdy tytuł był już w ich rękach. W lutym przewaga United wynosiła 12 punktów, a ostatecznie legendarny francuski szkoleniowiec z Arsenalem podniósł swój pierwszy tytuł. W swoim pierwszym pełnym sezonie, mając jeden punkt przewagi.
𝗦𝗲𝗮𝘀𝗼𝗻: 1997/98
𝗧𝗲𝗮𝗺: @Arsenal
𝗠𝗮𝗻𝗮𝗴𝗲𝗿: Arsene Wenger
𝗣𝗹𝗮𝘆𝗲𝗿𝘀: Seaman, Dixon, Bould, Adams, Winterburn, Parlour, Vieira, Petit, Overmars, Bergkamp, Wright pic.twitter.com/SLq4DmvzKX
— Premier League (@premierleague) May 27, 2020
Manchester United 1992/93 – 12 punktów
Tutaj żadnego zaskoczenia nie ma. Początek złotej ery Sir Alexa Fergusona. Na początku grudnia 1992 roku drużyna z Old Trafford traciła 12 punktów do liderującego Norwich i zajmowała odległe, siódme miejsce w tabeli. Spory wkład w wielki comeback miała przyszła gwiazda United – Eric Cantona, który świeżo trafił do klubu. Czerwone Diabły tempo narzuciły wręcz niebywałe, w połowie stycznia byli już na szczycie tabeli Premier League. Ogromny wpływ na to miał spadek formy Kanarków, którzy nie wygrali w sześciu meczach na przełomie grudnia i stycznia. W tamtym momencie jednak United nadal miało wahania formy. Najlepsza dyspozycja przypadła na okres od kwietnia, kiedy drużyna Fergusona wygrała ostatnich siedem meczów i zdobyła pierwszy tytuł Premier League (a swój pierwszy od 26 lat tytuł mistrzowski) z dziesięciopunktową przewagą nad drugą Aston Villą. Tamten okres zapoczątkował dominację i nową erę klubu z Old Trafford.
Manchester United 1995/96 – 12 punktów
Kolejny wielki powrót. Jeżeli jakiś kibic United w styczniu ’96 powiedziałby o tym na głos, to uznaliby go za wariata. 21 stycznia strata do liderującego Newcastle wynosiła dokładnie 12 punktów. Obie drużyny miały tyle samo rozegranych meczów i nic nie wskazywało na zmianę sytuacji. Drużyna z Old Trafford jednak idealnie wstrzeliła się z formą i seria sześciu wygranych spotkań z rzędu pozwoliła zbliżyć się do Srok na trzy punkty, przed bezpośrednim starciem. Po skromnym zwycięstwie, w którym jedna bramka Erica Cantony wystarczyła, Newcastle liderowało tylko dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu. Walka o tytuł wchodziła w decydującą fazę. Sir Alex Ferguson już w mediach zaczął psychologiczne zagrania, publicznie pytając, czy Nottingham i Leeds włożą tyle samo wysiłku w spotkania z Newcastle, ile włożyły w starcia z United. Gierki przyniosły efekt. W ostatniej kolejce Diabły pokonały Middlesbrough 3:0, a Newcastle zremisowało swój mecz 1:1. Cztery punkty przewagi, kolejny tytuł w gablocie na Old Trafford. Co to były za czasy by być kibicem United!
Manchester United, 1995/96. pic.twitter.com/o1MddGbaIg
— 90s Football (@90sfootball) December 8, 2017
Manchester United 1996/97 – 10 punktów
Następny sezon, następna historia, następny tytuł. 17 grudnia 1996, szóste miejsce w tabeli i dziesięć punktów straty do The Reds. Wydawałoby się, że to nie może się wydarzyć sezon po sezonie. Pocieszeniem dla Czerwonych Diabłów w tamtym momencie było to, że mieli dwa rozegrane spotkania mniej od Liverpoolu. Sezon trwał w najlepsze. Kwietniowe zwycięstwo z bezpośrednim rywalem 3:1 po dwóch bramkach Pallistera oraz jednej Cole’a, przybliżyło United do celu. Ostatecznie sezon zakończyli na szczycie tabeli, wyprzedzając o 7 punktów aż trzy drużyny: Arsenal, Newcastle i Liverpool. Warto wspomnieć, że Diabły zakończyły sezon mając 75 punktów na koncie, co do tej pory jest najmniejszą liczbą, która zapewniła mistrzostwo Premier League.
Manchester United 2002/03 – 10 punktów
Fakty są niepodważalne, po raz kolejny przyjrzymy się legendarnej drużynie Sira Alexa Fergusona. Początek sezonu? Iście fatalny. Zaledwie dwie wygrane w sześciu rozegranych spotkaniach. Jednak znając możliwości tamtej drużyny, było pewne, że słaby start nie oznacza słabego finiszu. W listopadzie United traciło dokładnie 10 punktów do drużyny, której ówczesnym stadionem było legendarne już Highbury. Kibice Czerwonych Diabłów zdążyli się już przyzwyczaić, że w tamtym okresie rzadko mieli powody do dobrego humoru. Moment przełomowy? Boxing Day i wyjazdowa porażka z Middlesbrough 1:3. Od tego spotkania piłkarze Fergusona przeszli w tryb prawdziwych wojowników. Ani jednej porażki w ostatnich 18 meczach Premier League. Pod koniec sezonu Arsenal zgasł (jak to ma już w zwyczaju w ostatnich sezonach), a United wparowało na fotel lidera i do końca sezonu już go nie wypuściło. Nostalgia może dobić zagorzałych fanów z Old Trafford.
Manchester United squad 2002/03#MUFC #OldTrafford pic.twitter.com/xyFma13Umg
— (Fan Page) Manchester United (@Unitedfans2023) November 14, 2023
Manchester United 2008/09 – 10 punktów
Parę lat minęło od ostatniego comebacku, ale Czerwone Diabły się nie zmieniły. Powrót. Tutaj sytuacja wyglądała jednak zgoła inaczej. United, jako triumfator w rozgrywkach Ligi Mistrzów w poprzednim sezonie, było zobligowane do rozegrania Klubowych Mistrzostw Świata. W grudniu strata do Liverpoolu wynosiła rzeczywiście 10 punktów, ale ogromny wpływ miał na to rozgrywany turniej, który spowodował, że zawodnicy SAF-a mieli rozegrane trzy spotkania mniej.
Forma United tak naprawdę była w miarę stała, nie było takich anomalii jak w poprzednich sezonach z pogonią za mistrzostwem. Kluczowe spotkania rozgrywały się na przełomie marca oraz kwietnia. Dwie porażki z rzędu (po raz pierwszy od 2005) z Liverpoolem i Fulham, co spowodowało, że zawodnicy The Reds wyprzedzili Diabły w tabeli. United wróciło na tron po szalonym meczu z Aston Villą, w którym dwie bramki zdobył Cristiano Ronaldo, a jedną dołożył debiutant, Federico Macheda.
🇮🇹🔴 17 years ago today: Federico Macheda's 93rd minute winner vs Aston Villa! 💫
It was his debut and he was only 17-years-old at the time when scoring this crucial goal. 👏 pic.twitter.com/qLpULqTtlG
— EuroFoot (@eurofootcom) April 5, 2026
W kolejnych spotkaniach drużyna z Old Trafford straciła zaledwie dwa punkty, co pozwoliło o cztery oczka wyprzedzić Liverpool.
Manchester City 2018/19 – 10 punktów
Kolejny przystanek w Manchesterze, ale tym razem ma on związek z rywalem zza miedzy, Manchesterem City. Przechodzimy do zdecydowanie nowszej historii Premier League. Historii, która przez parę pięknych lat stała pod znakiem rywalizacji dwóch fenomenalnych szkoleniowców – Pepa Guardioli i Jürgena Kloppa. Na półmetku sezonu wydawało się, że tylko apokalipsa zatrzyma rozpędzony Liverpool. Pod koniec roku zawodnicy niemieckiego szkoleniowca mieli świetny bilans osiemnastu wygranych spotkań i dwóch remisów. W tym samym czasie Manchester City przegrał 3 mecze w grudniu. Strata dziesięciu punktów do lidera na takim etapie wskazywała na to, że to woda na młyn dla maszyny Kloppa. Jednak nie tym razem.
Po Bożym Narodzeniu zawodnicy Guardioli wygrali 18 z 19 spotkań, w tym mecz bezpośredni z Liverpoolem (była to ich jedyna porażka w całym sezonie).
FULL-TIME Man City 2-1 Liverpool
The title race takes another twist as the champions inflict the Reds' 1st #PL defeat of the season#MCILIV pic.twitter.com/PxKuUF1Cbl
— Premier League (@premierleague) January 3, 2019
The Reds resztę punktów roztrwoniło w remisach. Ostatecznie Manchester City ukończył sezon z dorobkiem 98 punktów, wyprzedzając drużynę z Anfield o jedno oczko. Niebywałe, że 97 punktów nie wystarczyło do zdobycia mistrzostwa. Do tej pory jest to rekordowy wynik, który nie zagwarantował tytułu Premier League. Zdecydowanie jeden z najciekawszych sezonów na boiskach angielskiej ekstraklasy w jej najnowszej historii. Drużyna Kloppa wypuszczenie tytułu na krajowym podwórku odbiła sobie wygraniem Ligi Mistrzów. Całkiem nie najgorzej to sobie wymyślili.
Manchester City 2022/23 – 8 punktów
Drużyny z Manchesteru kompletnie przejęły to zestawienie. Zaledwie 3 lata temu Arsenal przeszedł do historii. Jednak nie był to powód do dumy. Kanonierzy jako pierwsza drużyna w historii Premier League rozsiadła się na szczycie tabeli przez 248 dni, po czym wypuściła tytuł z rąk.
248 – Arsenal led the Premier League table for 248 days in 2022-23, the most for a team who failed to win the title in English top-flight history. Agonising. pic.twitter.com/KR1E2DgjNS
— OptaJoe (@OptaJoe) May 20, 2023
W kwietniu przewaga nad zawodnikami Pepa Guardioli wynosiła osiem punktów. To jest problem, z którym drużyna Artety boryka się i w obecnym sezonie. Roztrwonienie takiej przewagi, będąc liderem przez praktycznie cały sezon, zdecydowanie było ciosem dla Arsenalu. Nie można oprzeć się wrażeniu, że ciągnie się to do teraz, ponieważ aktualna kampania może zakończyć się w bardzo podobny sposób. Jeśli tak się wydarzy, to chyba prędzej Manchester United wróci na tron, niż zrobi to Arsenal…
Chyba każdy się zgodzi, że takie sezony budzą najwięcej emocji. Nieważne jakiemu klubowi się kibicuje, to właśnie takie kampanie na długi czas zapadają nam w pamięci. Skrajne emocje w czystej postaci. Obecny sezon może nie jest najlepszy pod względem piłkarskiej jakości u większości drużyn, ale ogromnych emocji nie można odmówić. Kibicom Arsenalu szczególnie współczujemy ciągłego napięcia w ostatnim czasie, a fanom City można pozazdrościć tych pozytywnych emocji.
