West Ham United to klub z ogromną historią, który przez dekady był jednym z najbardziej charakterystycznych zespołów w angielskim futbolu. Trzykrotny zdobywca Pucharu Anglii, zwycięzca europejskiego trofeum jeszcze w latach 60., a w nowoczesnej erze stabilny uczestnik Premier League od sezonu 2012/13. Przez lata funkcjonowali jako solidna drużyna środka tabeli, która potrafiła napsuć krwi największym i regularnie ocierała się o europejskie puchary.

Szczyt tego projektu przyszedł w 2023 roku. West Ham wygrał wówczas Ligę Konferencji Europy i wydawało się, że klub wchodzi na zupełnie nowy poziom. Sukces w Europie miał być fundamentem do dalszego rozwoju.

Dziś rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

Po 32 kolejkach obecnego sezonu West Ham ma zaledwie 32 punkty i znajduje się na granicy strefy spadkowej. Zespół wygrał tylko osiem spotkań, a więcej straconych bramek w lidze ma od nich jedynie tragiczne Burnley i Wolves. Klub, który jeszcze chwilę temu świętował europejski triumf, dziś walczy o przetrwanie.

Moment, w którym pękł fundament całego projektu

Latem 2023 roku West Ham sprzedał Declana Rice’a do Arsenalu za ponad 100 milionów funtów. Na papierze był to rekordowy transfer i ogromny zastrzyk finansowy. W praktyce okazał się początkiem rozpadu tego, co klub budował przez kilka lat.

Rice nie był po prostu jednym z zawodników. Był osią całego zespołu. To przez niego przechodziła większość akcji, to on zabezpieczał przestrzeń przed linią obrony i to on nadawał rytm grze. W systemie Davida Moyesa pełnił rolę, której nie dało się łatwo zastąpić jednym transferem.

W sezonie poprzedzającym jego odejście Rice notował średnio ponad 60 kontaktów z piłką na mecz i był jednym z najczęściej zaangażowanych zawodników w rozegranie. Jednocześnie należał do czołówki ligi pod względem odbiorów i przechwytów. Łączył w sobie cechy defensywnego pomocnika i zawodnika rozpoczynającego akcje, co w praktyce czyniło go piłkarzem kompletnym dla tego konkretnego systemu.

Po jego odejściu West Ham stracił nie tylko jakość, ale przede wszystkim strukturę. Zniknął zawodnik, który spajał wszystkie fazy gry. Środek pola przestał kontrolować tempo, obrona została bardziej odsłonięta, a wyprowadzanie piłki stało się znacznie bardziej przewidywalne.

To właśnie wtedy zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy problemu, który dziś widzimy w pełnej skali. Drużyna zaczęła tracić więcej bramek, częściej oddawać inicjatywę rywalom i coraz rzadziej była w stanie narzucić własne warunki gry.

Sprzedaż Rice’a nie była błędem samym w sobie. Problem polegał na tym, że West Ham nie miał przygotowanego planu na życie po nim. I to właśnie ten brak planu okazał się początkiem obecnego kryzysu.

Rekrutacja bez planu

West Ham po odejściu Rice’a próbował odpowiedzieć transferami, ale zamiast jednego lidera sprowadził kilku zawodników o zupełnie różnych profilach. James Ward-Prowse wniósł liczby i jakość przy stałych fragmentach, Edson Álvarez fizyczność i odbiór, a Mohammed Kudus dynamikę i drybling.

Problem polegał na tym, że żaden z nich nie był w stanie przejąć pełnej roli Rice’a.

W efekcie środek pola stracił swoją najważniejszą funkcję, czyli kontrolę nad meczem. West Ham często oddaje inicjatywę rywalowi i nie potrafi narzucić własnego tempa gry. Zespół gra bardziej bezpośrednio i szuka szybkich przejść do ataku, ale bez odpowiedniej równowagi prowadzi to do otwartych spotkań i dużej liczby straconych bramek.

Brak jednego zawodnika, który spajałby wszystkie fazy gry, sprawił, że drużyna przestała funkcjonować jako spójna całość.

Regres widoczny w liczbach

Już sezon zakończony triumfem w Lidze Konferencji był sygnałem ostrzegawczym. West Ham zajął wtedy dopiero 14. miejsce w lidze i zdobył 40 punktów. Wyniki ligowe wyraźnie odbiegały od sukcesu w Europie, a drużyna przez dużą część sezonu miała problemy z regularnością.

Kolejny sezon przyniósł poprawę pozycji w tabeli, ale za tą zmianą nie szła stabilizacja. West Ham stracił aż 74 bramki, co było jednym z najgorszych wyników w lidze. Drużyna zaczęła grać bardziej otwarcie, ale bez odpowiedniego zabezpieczenia, przez co mecze często wymykały się spod kontroli.

Obecne rozgrywki to już pełne ujawnienie kryzysu. Po 32 spotkaniach West Ham ma aż 57 straconych bramek w lidze, co plasuje ich wśród najgorszych defensyw w Premier League. To daje średnią blisko dwóch straconych goli na mecz i jasno pokazuje skalę problemu.

Niepokojące jest również to, że zespół nie jest w stanie zrównoważyć tych strat ofensywą. Liczba zdobytych punktów i ogólny bilans pokazują, że drużyna nie robi postępu, a z sezonu na sezon traci swoją konkurencyjność.

To nie jest chwilowy spadek formy, tylko konsekwencja problemów, które narastały przez ostatnie dwa sezony.

Trenerzy bez wpływu na stabilizację

David Moyes prowadził West Ham od końcówki 2019 roku do maja 2024. To on zbudował drużynę, która zdobyła europejskie trofeum i potrafiła rywalizować z najlepszymi.

Jego styl opierał się na organizacji defensywnej i szybkich przejściach do ataku. Dopóki wszystko było poukładane, ten model działał i dawał wyniki.

Po jego odejściu klub nie znalazł kontynuacji. Graham Potter objął zespół, ale jego przygoda z West Hamem bardzo szybko zaczęła się sypać. Początek sezonu był fatalny — w pierwszych pięciu meczach ligowych drużyna przegrała cztery razy i wygrała tylko raz. Do tego doszło szybkie odpadnięcie już w pierwszej rundzie Carabao Cup po porażce z Wolverhampton.

Potter nie był w stanie ustabilizować sytuacji i szybko stracił pracę.

Następnie drużynę przejął Nuno Espírito Santo, który trafił do klubu w trakcie kryzysu i od początku musiał działać pod ogromną presją wyników. Jego zadaniem nie było budowanie projektu od zera, tylko szybkie uporządkowanie zespołu i próba wyciągnięcia go z bardzo trudnej sytuacji w tabeli.

Problem polegał jednak na tym, że Nuno przejął drużynę kompletnie niespójną pod względem stylu i profili zawodników. Część składu była budowana jeszcze pod Moyesa i grę z kontry, część pod bardziej kontrolowany futbol Pottera, a całość nie tworzyła jednego, logicznego systemu.

W takich warunkach trudno było o natychmiastową poprawę. Zespół nie miał wypracowanych automatyzmów, brakowało pewności w grze, a każda zmiana tylko pogłębiała wrażenie chaosu.

W efekcie West Ham nie tylko nie odzyskał stabilności, ale jeszcze bardziej oddalił się od jakiejkolwiek spójnej tożsamości na boisku.

Stadion, który nie daje przewagi

West Ham przez ponad sto lat grał na Upton Park, stadionie, który był jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w angielskim futbolu. Atmosfera była tam intensywna, trybuny znajdowały się bardzo blisko boiska, a rywale często mieli problem z odnalezieniem się w tych warunkach. To był obiekt, który realnie wpływał na przebieg spotkań i potrafił nieść drużynę w trudnych momentach.

W 2016 roku klub przeniósł się na London Stadium. Decyzja miała zapewnić większe przychody, większą pojemność i rozwój infrastruktury, który miał pomóc w wejściu na wyższy poziom sportowy.

Nowy stadion okazał się jednak problematyczny. Trybuny są oddalone od boiska przez bieżnię, co sprawia, że kontakt kibiców z wydarzeniami na murawie jest ograniczony. Atmosfera często nie dorównuje tej z Upton Park, a mecze domowe nie stanowią już tak dużego wyzwania dla rywali jak kiedyś.

W dłuższej perspektywie odebrało to West Hamowi jeden z jego największych atutów. W kontekście walki o utrzymanie to element, który może mieć realne znaczenie, bo drużyna nie ma dziś wyraźnej przewagi własnego boiska.

West Ham wciąż na granicy

Wysokie zwycięstwo nad Wolverhampton (4:0) pozwoliło West Hamowi wydostać się ze strefy spadkowej, ale trudno mówić o przełomie, który całkowicie zmienia obraz sezonu. To raczej chwilowe odbicie niż dowód na odzyskaną stabilność.

Forma zespołu przez większość rozgrywek nie dawała powodów do optymizmu, a brak powtarzalności w grze sprawia, że trudno przewidzieć, w którą stronę to pójdzie. West Ham wciąż nie wygląda jak drużyna mająca pełną kontrolę nad swoją sytuacją, a jeden dobry mecz nie wymazuje problemów, które narastały miesiącami.

Sytuacja w tabeli pozostaje bardzo napięta. Różnice punktowe są minimalne, a walka o utrzymanie zapowiada się na jedną z najbardziej wyrównanych w ostatnich latach. Każdy kolejny mecz może ponownie zmienić układ sił.

Jeszcze dwa lata temu West Ham świętował europejski sukces i wydawał się klubem na fali wznoszącej. Dziś nadal znajduje się w grze o utrzymanie i nic nie jest przesądzone.

To historia o tym, jak brak planu, utrata lidera i chaos organizacyjny mogą w krótkim czasie rozmontować dobrze funkcjonujący projekt, ale też o tym, że w Premier League jedna seria może wszystko odwrócić.

I właśnie dlatego ten sezon dla West Hamu jeszcze się nie skończył.